Pracowo
Jest ciężko. Pracuje dużo, naprawdę dużo. Mam takie kwiatki i zagwozdki, że głowa mała. Jestem już po ludzku zmęczona. A do tego zestresowana. Włącza mi się wewnętrzny panik i koniec.
Ten pracowy czas kwietniowo-majowy będzie mi się chyba długo jeszcze odbijał czkawką. Póki co z utęsknieniem czekam na koniec lipca, bo planuje w końcu odpocząć. Minimum 2 tygodnie, a tak po cichutku zastanawiam się nawet nad trzecim tygodniem. Pewnie nic z tego nie będzie, ale co mi zależy myśleć...
Problemów pracowych było całe mnóstwo. Część z nich niepotrzebna, z bólem serca muszę to przyznać, ale chyba mogłabym ich uniknąć. Nieznajomość przepisów nie zwalnia z ich przestrzegania, ale co się napracowałam przez ten czas by dojść do obecnej sytuacji, która wydaje się jasna i klarowna to tylko ja wiem. I tylko ja samej sobie mogę rzucić w twarz, że generalnie to dałam ciała, brzydko mówiąc. Sama sobie życie utrudniałam. Cóż, bywa.
Póki co sytuacje problematyczne, które wiszą jeszcze jak topór nade mną, odsuwam w niebyt, w myśl zasady "pomyślę o tym jutro". Z sentymentem myślę o czasach, tych czasach spokojnych, bez problemów, stresu i lęku. Co było nie wróci i szaty rozdzierać by próżno... Tak mi się skojarzyło :)
Rodzinnie
Mała
... obroniła licencjata i już znalazła pracę. Powiem szczerze, jak na świeżo upieczonego młodego licka to fajna kaskę dostała. Ja tyle nie zarabiam. No i czas nieokreślony. A to jej pierwsza praca na umowę o pracę. Oby jej się dobrze pracowało. Zna swoją fabrykę bo całe studia tam wisiała na zleceniu. Już nam tu śpiewa na temat wyprowadzki do Miasta.
Młody
... jest w trakcie rekrutacji do nowej Fabryki. Długo to trwa.
No i szykują się oboje z Panną do przeprowadzki, do nowego wynajmowanego mieszkania.
Dziś byliśmy u nich. Mieszkają ponad rok, a to była nasza trzecia wizyta u nich. Sami się nie pchamy, a zaproszeń więcej nie było. Taka prawda.
Matencja
... coraz bardziej podupada na zdrowiu. Ma poważne problemy z kręgosłupem, z poruszaniem się poza domem. Po mieszkaniu to jeszcze jako tako.
Tatencjusz
... miał incydenty wysokociśnieniowe. Oczywiście wszystko rozbija się o mnie, bo oni sami to nic. A rodzeństwo moje niespecjalnie skore jest do angażowania się. I to ja muszę wysłuchać żalów Matencji na temat Tatencjusza. Znowu słyszę przez telefon łzy. Nie mam na to siły. No właśnie, powinnam do niego, do Tatencjusza, zadzwonić.
Niestety moi rodzice są niby razem, a niby osobno. Masakra emocjonalna dla mnie.
SzM
... od kwietnia praktycznie prowadzi nasz dom, nasza rodzinę. Gotuje, robi zakupy i dba o nas. Nie wyobrażam sobie, nie potrafię sobie wyobrazić co ja bym zrobiła bez jego pomocy. Takiej czysto praktycznej. Serio.
Inna sprawa, że drażni mnie to, że nie potrafi zrozumieć, że muszę swoje zrobić w pracy, że nikt tego za mnie nie zrobi. I najpierw mam pracowego stres, że nie dam rady, że czasu mało, a potem domowy stres pt. znowu będzie niezadowolony, że pracuję.
Ja
... szczerze powiedziawszy, ot tak, prosto z mostu, to jestem w emocjonalnej czarnej doopie.
Dlaczego?
Bo pracowo zeżarł mnie stres, lęk, nerwy, niepokój i obawa, słowem wszystko.
Bo jak tylko pomyślę o pracy to już mnie ściska i wręcz jest mi niedobrze.
Bo nie mam siły i cierpliwości do własnych rodziców. Świadomie odcinam się od ich problemów i zżera mnie wyrzut sumienia, że moje dzieci też mnie tak będą olewać.
Bo nie pojedziemy nigdzie na te wakacje. A mnie się marzy taki szybki reset. Ludzie jadą bez obaw i strachu, ale mój do przesady rozsądny SzM staje okoniem i nie pojedzie w obce środowisko i koniec. Skończy się na tym że zgarnę Mała i pojedziemy obie. Ale gdybyśmy przywlokły corone do domu to nie umiałabym spojrzeć w oczy SzM. A czy już pisałam, że rodzeństwo ma w domu corone? A wydawało się, że już wszystko mija. Doopa a nie mija.
Bo mam problemy ze słuchem. Coraz częściej łapie się na tym że podglasniam tv, dopytuje co kto powiedział. Czy są na to jakieś leki? Czy już tylko aparat? Jak się bronić przed utratą słuchu, jak go wzmacniać...
Stali bywalcy :)
poniedziałek, 27 lipca 2020
niedziela, 5 lipca 2020
28 / 2020
Pracowo...
Nie chce chwalić dnia przed zachodem słońca, ale mam cicha nadzieję, że to wszystko powoli zmierza do końca, że jeszcze jak przeżyje ten lipiec i wszystko ogarnę to w sierpniu zacznę normalne pracowe życie. A konkretnie to urlop. Bo...
ja marzę o tym by mieć trochę luzu. Mam wrażenie, że jestem przepracowana. Długi czas na bardzo wysokich obrotach w mega stresie. Podejrzewam się o jakieś zaburzenie typu pracoholizm (nie potrafię wyłączyć w głowie opcji pt. Praca), albo mam może jakąś formę depresji pracoholicznej, nie mam na nic siły, ochoty, wszystko inne niezwiązane z pracą wydaje mi się takie banalne, mało ważne. Nie potrafię się skupić, skoncentrować, wiecznie jestem przytomna nieobecna, bo z tyłu głowy kłębią się pracowe problemy i wciąż o nich myślę.
Najbardziej to bym chciała pojechać gdziekolwiek, byle sama i żeby tam nikt nic ode mnie nie chciał. Łapie się na tym, że mam tak przemęczona psyche, że udaje zainteresowanie tym co się dzieje w domu. A mnie się chce błogiego lenistwa i żadnego musu...
Urlop wezmę, ale z wyjazdu nici, bo nie zdecydujemy się jednak na wyjazdowy urlop gdziekolwiek. Nie mamy jakoś odwagi. Zbyt dobrze znamy problem wirusa, kwarantanny, wymazów itp. Średnia przyjemność. Zatem chyba skończymy na wycieczkach jednodniowych albo autem, albo rowerem. Tydzień urlopu mamy wspólny, potem SzM wraca do pracy, a ja będę urlopować drugi tydzień.
SzM już chyba zostanie na pracy zdalnej w domu. Oszczędza czas i kasiorę, bo odpada koszt dojazdu. Przy okazji upichci co nieco. I to jest fajne.
... ale znika mi mój czas, czas gdy byłam w domu sama. Ja bardzo lubię być w domu sama, a teraz to już niemożliwe. Żal...
Mała ma już termin obrony swojej pracy licencjackiej. Stresuje się na bank bo cały czas śpi. A ona stres przesypia.
Młody dostał propozycje zmiany pracy. Rekrutacja jeszcze trwa. Panna Młodego póki co dostała umowę na czas nieokreślony. Może im się poukłada wszystko do kupy jakoś sensownie. Poza tym przez te ostatnie ulewy to mieli w tym wynajmowanym mieszkaniu atrakcje w postaci płynącej wody z dachu, prawie jak walka z powodzią.
Od września zmieniają mieszkanie, też wynajęte, ale zdecydowanie lepsze, większe i niżej. Niestety ciut drożej, ale i tak nie ma dramatu. Wynajem po tak zwanej znajomości. Trochę się obawiam czy dobrze to zrobi samej znajomości 😁
Sportowo niestety nie udzielam się tak bardzo jakbym chciała. Mam stracha by zacząć biegać, boję sie ze znowu odezwie mi się to kolano i wtedy będę mieć szlaban na bieganie i na rower. A tak to póki co bez problemu szalejemy na rowerach.
I tak to.
A co u Was? Dzieje się?
Nie chce chwalić dnia przed zachodem słońca, ale mam cicha nadzieję, że to wszystko powoli zmierza do końca, że jeszcze jak przeżyje ten lipiec i wszystko ogarnę to w sierpniu zacznę normalne pracowe życie. A konkretnie to urlop. Bo...
ja marzę o tym by mieć trochę luzu. Mam wrażenie, że jestem przepracowana. Długi czas na bardzo wysokich obrotach w mega stresie. Podejrzewam się o jakieś zaburzenie typu pracoholizm (nie potrafię wyłączyć w głowie opcji pt. Praca), albo mam może jakąś formę depresji pracoholicznej, nie mam na nic siły, ochoty, wszystko inne niezwiązane z pracą wydaje mi się takie banalne, mało ważne. Nie potrafię się skupić, skoncentrować, wiecznie jestem przytomna nieobecna, bo z tyłu głowy kłębią się pracowe problemy i wciąż o nich myślę.
Najbardziej to bym chciała pojechać gdziekolwiek, byle sama i żeby tam nikt nic ode mnie nie chciał. Łapie się na tym, że mam tak przemęczona psyche, że udaje zainteresowanie tym co się dzieje w domu. A mnie się chce błogiego lenistwa i żadnego musu...
Urlop wezmę, ale z wyjazdu nici, bo nie zdecydujemy się jednak na wyjazdowy urlop gdziekolwiek. Nie mamy jakoś odwagi. Zbyt dobrze znamy problem wirusa, kwarantanny, wymazów itp. Średnia przyjemność. Zatem chyba skończymy na wycieczkach jednodniowych albo autem, albo rowerem. Tydzień urlopu mamy wspólny, potem SzM wraca do pracy, a ja będę urlopować drugi tydzień.
SzM już chyba zostanie na pracy zdalnej w domu. Oszczędza czas i kasiorę, bo odpada koszt dojazdu. Przy okazji upichci co nieco. I to jest fajne.
... ale znika mi mój czas, czas gdy byłam w domu sama. Ja bardzo lubię być w domu sama, a teraz to już niemożliwe. Żal...
Mała ma już termin obrony swojej pracy licencjackiej. Stresuje się na bank bo cały czas śpi. A ona stres przesypia.
Młody dostał propozycje zmiany pracy. Rekrutacja jeszcze trwa. Panna Młodego póki co dostała umowę na czas nieokreślony. Może im się poukłada wszystko do kupy jakoś sensownie. Poza tym przez te ostatnie ulewy to mieli w tym wynajmowanym mieszkaniu atrakcje w postaci płynącej wody z dachu, prawie jak walka z powodzią.
Od września zmieniają mieszkanie, też wynajęte, ale zdecydowanie lepsze, większe i niżej. Niestety ciut drożej, ale i tak nie ma dramatu. Wynajem po tak zwanej znajomości. Trochę się obawiam czy dobrze to zrobi samej znajomości 😁
Sportowo niestety nie udzielam się tak bardzo jakbym chciała. Mam stracha by zacząć biegać, boję sie ze znowu odezwie mi się to kolano i wtedy będę mieć szlaban na bieganie i na rower. A tak to póki co bez problemu szalejemy na rowerach.
I tak to.
A co u Was? Dzieje się?
czwartek, 2 lipca 2020
27 / 2020
Powoli wszystko wraca do normy, wszyscy wrocili do swoich zajęć, a ja usiłuję ogarnąć swoje pracowe podwórko, a co chwile ktoś czegoś chce od mnie... I przyszedł dzień gdy zagrały fanfary i słowa uznania płynęły zewsząd. A jednocześnie właśnie w tym dniu zdałam sobie sprawę z tego, że w tym konkretnym przypadku machnęłam się i to na maxa. I to machnięcie zdyskredytowało mnie samą w swoich oczach. To jest okropne uczucie. Trzeba dodać do tego fakt, że tak naprawdę to brak mi pewności siebie, że mam takie wewnętrzne przekonanie, że tak naprawdę to jestem do niczego bo co ja tam wiem.
I nawet pisać mi się nie chce.
Diagnozując się sama mogę powiedzieć, że ta zawodowa porażka to zżera mnie ambicjonalnie i emocjonalnie.
I nawet pisać mi się nie chce.
Diagnozując się sama mogę powiedzieć, że ta zawodowa porażka to zżera mnie ambicjonalnie i emocjonalnie.
niedziela, 14 czerwca 2020
26 / 2020
Zbliżają się urodziny Tatencjusza. Strzela mu równe 80 lat. I chciałabym móc jakoś uświetnić ten dzień, zrobić niespodziankę, trochę radości... Grubo wcześniej Matencji planowała uroczystość w knajpie, nawet przykazała mu zbierać kasę na ten cel. Koronawirus pokrzyżował wiele planów, ten również. Sytuacja wygląda tak, że oboje powinni siedzieć w domu i o ile Matencja siedzi, bardziej z musu, niż z rozwagi, bo ma problem z chodzeniem, o tyle Tatencjusza odpuścił wszelkie zalecenia. W związku z tym my odpuściliśmy robienie im zakupów i trzymanie ich pod kloszem, bo nic na siłę. I teraz a propos zbliżającej się uroczystości... Matencja nie ma sił by przygotować coś w domu, to raz. Na pewno nie zwalimy się im na głowę do domu, zarówno z powodu tego że wirus jak i tego że patrz zdanie wcześniej. Na imprezę w knajpie kasy nie mają, poza tym uważają ze jeszcze nie ten czas na uroczystości że względu na wirusa. Wstępnie rozważałam zrobienie niespodzianki pt. obiad w knajpie i zyczenia, ale skoro mówią że to za wcześnie to chyba się obawiają. Najprościej byłoby podrzucić życzenia i upominek, ale nie jest to prosta sprawa. Bo nie ma takiej rzeczy dostępnej dla mnie, na świecie, która sprawiłaby radość mojemu ojcu. I w tym temacie jestem kompletnie bezradna.
I żeby nie było, że nie jestem córka swojego taty... Zbliżają się moje urodziny i kompletnie nie wiem czego ja mogłabym sobie zażyczyć na urodziny. Nie żeby ktoś pytał, ale tak sama dla siebie. Czego bym chciała... Spokoju przede wszystkim.
I żeby nie było, że nie jestem córka swojego taty... Zbliżają się moje urodziny i kompletnie nie wiem czego ja mogłabym sobie zażyczyć na urodziny. Nie żeby ktoś pytał, ale tak sama dla siebie. Czego bym chciała... Spokoju przede wszystkim.
poniedziałek, 8 czerwca 2020
25 / 2020
I pomyśleć że powinniśmy być na wczasach... Tak, ten świrus covid pozmieniał nam życie dość solidnie.
Poczawszy od tego, że moje życie zawodowe wywróciło się do góry nogami i to w taki sposób, którego nie byłabym chyba w stanie sama wymyślić, nawet po pijaku.
Poprzez odwleczenie w czasie wesela Młodego i Panny na za rok.
Aż do kompletnego rozbicia urlopu. Zwykle rezerwujemy miejscówki wcześnie. Zdarzało się nam rezerwować w grudniu albo i styczniu. Tym razem przebilismy samych siebie. W maju 2020 mamy zrobiona rezerwację na rok 2021 (udało się przenieść żeby nie stracić wpłaconej zaliczki). W zamian kompletnie rozpierniczone wakacje 2020. SzM urlopuje, ja pracuję. Może uda nam się w sierpniu razem wyskoczyć gdzieś na tydzień.
Potrzebne mi to wolne, potrzebuję spokoju, potrzebuję oderwać się od pracy, od dzwoniącego telefonu, wiecznych problemów pracowych... Nie ukrywam, że miło jest słuchać wyrazów uznania i pozytywnych opinii pod własnym adresem, ale tylko ja wiem jak wiele mnie to kosztowało, ile pracy, nerwów, stresu... zdecydowanie za dużo.
Tak na dobrą sprawę, szczerze powiem, to takie rozwiązanie też ma swoje plusy, bo brakowałoby mi takiego doprowadzenia zadania do końca, pewnego rodzaju przekazania pałeczki. Dam radę, teraz to już spoko luz. Jeszcze ciut wytrzymam i przekażę stery. Odliczam dni.
Psychicznie posypałam się bardzo. Liczę na to, że gdy odetchnę, naładuje baterie i wrócę do formy. Czasem się zastanawiam czy to długotrwały stres, wyczerpanie, przepracowanie czy może początki demencji albo innego Alzheimera...
Matury dziś za startowały. Dopiero rano w pracy się dowiedziałam. Nie mam czasu na wiadomości w TV. Jak już mam czas to spędzam go z komórką w garści w poszukiwaniu wiedzy merytorycznej, że niby tylko na chwilkę coś tylko sprawdzę, a potem nagle robi się ciemna noc.
A moja matura 30 lat temu... Matko i córko, ależ ze mnie dinozaur... Kiedyś gdy słyszałam, że ktoś jest 30 lat po maturze, to prawie się dziwiłam, że jeszcze żyje 😉
A nasza Mała Młoda czeka na termin obrony pracy licencjackiej. Najprawdopodobniej będzie to obrona zdalna, ale tak na pewno to nikt nie wie. Na chwilę obecną powiedziała, że idzie na magisterkę, żeby nie tracić zniżek i ulg studenckich. Każda motywacja jest dobra. Chyba. Ale czy tak zrobi to się dopiero okaże.
Dobranoc.
środa, 27 maja 2020
24 / 2020
Dzień Matki
Do południa telefon z życzeniami od Młodego. Standard. "... a spotkamy się jak się to wszystko uspokoi...". To moje dziecko, ale słuchać już nie mogę jakie ta jego Panna ma pracowe przygody i jak bardzo jaet nrazona na zagrożenie. Panie wybacz, ale nie wydalam, nie daje rady...
Grzeczna córeczka, ta która wciąż siedzi w głębi mnie samej kazała mi pojechać do Matencji z życzeniami. Mało tego, przekroczyłam próg mieszkania i wypiłam u nich kawę. Do tej pory trzymaliśmy się z dala. Początkowa ich izolacje odpuściliśmy. Nawet nie tyle my co oni sami. Ale trudno żebyśmy jak goopki latali robili zakupy, nosili pod drzwi, z zachowaniem ostrożności, izolacji itp. A Tatencjusz spoko-loko sam wędruje po mieście. Najpierw ochrzanialam, a potem już po prostu wchłonęła mnie praca i po prostu nie miałam czasu na użeranie się z nimi i uszczęśliwianie ich na siłę. I tak to stało się. Dziś przekroczyłam granice. Byli stęsknieni mojej obecności i relacji z mojej Fabryki. Tak więc w zasadzie oni nic, a ja gadałam jak nakręcona. Potem już w domu pomyślałam, że może to i lepiej, bo jakby oni gadali to na bank by się pokłócili.
A potem... Wróciłam do domu i przy parkowaniu spotkałam Małą w drodze na spacer. Tak więc zaliczyłyśmy wspólny spacer po naszym lesie. W drodze powrotnej wymyśliłyśmy pizzę z ulubionej pizzerni. Potem deser dla mnie czyli przepyszna sałatka owocowa, prosto z lodówki. Pycha!
A potem... Domowe Spa 😁
Świece, zapachy, muzyczka, miejsce do leżenia, wałek pod nogi, opaska na włosy i gabinet kosmetyczny w mojej własnej sypialni się był zrobił 😁😁
Ekokosmetyki, masaż, relaks, pełne rozluźnienie... Tego mi było trzeba.
Najlepsiejszy mój Dzień Matki ever.
Jak fajnie, że urodziłam sobie jeszcze córkę. Gdyby nie to mój dzisiejszy Dz M skończyłby się na życzeniach przez telefon.
😁😁😁😉
niedziela, 24 maja 2020
23 / 2020
Ostatni miesiąc to dla mnie naprawdę trudny czas, szkoła życia. Nie wiedziałam, że potrafię że stresu i bezsilnosci płakać, mieć odruchy wymiotne, zanik apetytu, kłopot z koncentracją, ze snem. Cały czas z tyłu głowy głęboki i ogromny stres. Początkowo praca zdalna i ręczne sterowanie firmą, potem już z siedziby. Bez wsparcia, rzucona na głęboka wodę liczyłam że potrwa to tydzień, może dwa. Niestety w tym tygodniu minął miesiąc i dalej trwa. Na szczęście stan ogromnego kryzysu już chyba za nami. Oby tak było. Mój obecny szef zapytał czy też stwierdził, że chyba samą siebie zadziwiłam, że dałam radę. Bo piał hymny pochwalne na moją cześć. Mile to było, nie powiem ze nie. Nieskromnie przyznam się tu sama sobie, że było ciężko, że płakałam, ale nie miałam takiego momentu zwątpienia w siebie. Bardziej obawiałam się o sprawy, które nie zależą ode mnie, a definiują mój stan i moja pracę. No i o zdrowie swoje, bo stres zżerał mnie na maxa. Poza tym praca prawie 24 h na dobę jeszcze nikomu nie wyszła na dobre.
Będzie dobrze, jeszcze parę chwil i będzie. Musi być.
poniedziałek, 18 maja 2020
22 / 2020
Da się oswoić stres, przywyknąć do niego. Pastylka do ssania na literkę V moim ulubionym przyjacielem jest. Nawet jeżeli działanie ma mikre to moją psyche podnosi mi mocno. A to najważniejsze.
Zapracowana jestem na maxa. Uszczęśliwiona na siłę pewnego rodzaju awansem, którego na pewno nie chce dłużej niż to konieczne.
Wakacje
przeniosłam nasza rezerwację na przyszły rok. Pandemia totalnie spieprzyła nam urlopy. I sam wyjazd i terminy. Nie wyjeżdżamy, posnujemy się rowerowo tu na miejscu, o ile dostanę ten mój urlop.
sobota, 2 maja 2020
21 / 2020
Nigdy w życiu nie wymyśliłabym scenariusza swojego obecnego zawodowego życia. Nie uwierzyłabym, gdyby mi wcześniej ktoś opowiedział moje ostatnie dwa pracowe tygodnie.
Nowa sytuacja, nowe wyzwania, potężny kryzys, a w tym wszystkim ja, świeżynka w każdej dziedzinie. Dziś ciut, ale tylko ciut lepiej. Natomiast zaznajomiłam się z uczuciem paniki, lęku i stresu. Nieprzespane, albo przedrzemane ze stresem w tle, noce, fizyczny ból mięśni, ściśnięty żołądek, nudności, uczucie zamknięcia w pułapce, mega stres, bezsilnosc, łzy bezradności i osamotnienia, a do tego świadomość że tylko ja bo nikt inny i w końcu po prostu płacz ze stresu. Niejeden.
Słowem masakra czyli nie jest łatwo. I nikt nie wie jak długo to potrwa...
Nowa sytuacja, nowe wyzwania, potężny kryzys, a w tym wszystkim ja, świeżynka w każdej dziedzinie. Dziś ciut, ale tylko ciut lepiej. Natomiast zaznajomiłam się z uczuciem paniki, lęku i stresu. Nieprzespane, albo przedrzemane ze stresem w tle, noce, fizyczny ból mięśni, ściśnięty żołądek, nudności, uczucie zamknięcia w pułapce, mega stres, bezsilnosc, łzy bezradności i osamotnienia, a do tego świadomość że tylko ja bo nikt inny i w końcu po prostu płacz ze stresu. Niejeden.
Słowem masakra czyli nie jest łatwo. I nikt nie wie jak długo to potrwa...
piątek, 17 kwietnia 2020
20 / 2020
Koronawirus. To stan wojny z niewidzialnym wrogiem, wobec którego jesteśmy bezsilni.
Idę na wojnę, nikt nie pyta czy chce, czy dam radę. Trzymajcie kciuki.
Idę na wojnę, nikt nie pyta czy chce, czy dam radę. Trzymajcie kciuki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)