Stali bywalcy :)

środa, 29 lipca 2026

21 / 2026

Wiedziałam o tym wcześniej, ale co innego suchy fakt rzucony ot tak, a co innego krótka opowieść...

Chciałabym móc przytulić tego małego chłopca, który urodził się pod panienskim nazwiskiem matki, który nie znał swojego ojca, którego matka oddała na wychowanie swoim rodzicom, potem wyszła za mąż i urodziła kolejne dzieci. A jego wciąż wychowywali dziadkowie. A gdy przyjeżdżał do matki i ojczyma który dał mu swoje nazwisko, do rodzeństwa, to dzieci sąsiadów się z niego naśmiewały. I tak prawie do 16 roku życia mieszkał z dziadkami, aż potem brat matki wziął go do siebie, do miasta. Myślę o nim i jego historii z czułością i współczuciem. I myślę że miało to ogromny wpływ na jego życie. Na ten chłód emocjonalny, ten pancerz, ten brak czułości, toporność i niezgrabność taką... Nigdy nie usłyszałam że jest ze mnie dumny, że mnie kocha... Tatencjusz.

czwartek, 23 lipca 2026

20 / 2026

Od dłuższego już czasu pracuję nad naszym drzewem genealogicznym. Szerokim. Badam po kolei wszystkie konary, odnogi, gałązki. Sprawdziłam, że to, co ktos kiedyś szepnął w tajemnicy na ucho, jednak miało miejsce. Zrobiłam ogromną, żmudna robotę sprawdzając groby, archiwa, księgi parafialne, ale wszystko to nie tylko z poziomu komputera, internetu. Teraz zaczynam uzupełniać współczesnych. Podczas tej pracy zdziwiłam się ogromną liczba porodów, które zaliczały wtedy kobiety, wysoką umieralnością dzieci, tym że jeśli dziecko umarło, to następne moglo dostac to samo imię, tym że nastolatka sama emigrowała za ocean do lepszego świata i podawała się za pełnoletnią, tym że jedno dziecko urodziło się przed ślubem jeszcze pod panienskim nazwiskiem matki, tym że ślub dla jednej ze stron nie był pierwszym ślubem a druga strona o tym nie wiedziała, no i różne takie inne. I tak sobie pokopałam w tych zamierzchłych czasach, zweryfikowałam różne rodzinne tajemnice przodków dalszych i blizszych, a teraz mam zagwozdkę - czy dzielić się tymi odkryciami czy lepiej zostawić je dla siebie? Zaznaczam, że nikomu krzywda się nie stała i konsekwencji żadnych prawnych nie będzie. Info mam sprawdzone i zweryfikowane na 200%.  Wszystko, co znalazłam dotyczy osób zmarłych, ale żyją ich dzieci, które są już bardzo mocno dorosłe i pewnie będą zdziwione. I nie wiem czy mówić o tym (w kwestii ciekawostek rodzinnych) czy nie?

czwartek, 16 lipca 2026

19/2026

U terapeuty...

Przyszłam tu po to by w końcu pokazać swój ból.

Tak naprawdę nikomu go nie pokazuję. Nikt nie wie co we mnie siedzi. Wszyscy widzą tylko tyle ile ja im pokazuje. Jestem ogarnięta, samodzielna, często w ruchu, na zajęciach, spotkaniach, wyjazdach. Tak, mam dobre opakowanie. Tylko środek cały pokaleczony i pokruszony. Dlaczego nie uzewnętrzniam się? Bo nie chcę stawiać nikogo w niekomfortowej sytuacji. Nie chcę nikogo kłopotać, obarczać swoimi troskami. Bo co to zmieni... Nie chcę też być oceniana. Do dziś pamiętam określenie dotyczące innej osoby, ale też w żałobie. "Ona sprawia wrażenie, że to się stało wczoraj". Nie chcę tak. Wiem, że to się stało dwa lata i 9 miesięcy temu. Nie czuję już tak intensywnie tej straty. Wydaje się że się przyzwyczaiłam. Nawet wyszukałam kilka dobrych stron mojego obecnego życia. Ale irracjonalnie sama wracam do tamtych złych momentów, do tych czarnych godzin gdy życie mi się zawaliło. Wtedy mam wrażenie, że jestem bliżej SzM. Nie gloryfikuje go, nie ubarwiam, nie wybielam, ale brak mi oparcia, poczucia komfortu, bezpieczeństwa, czyjejś troski. 

Dlaczego nie mówię o tym dzieciom? Bo nie chcę ich obciążać swoim bólem, nie chcę żeby się o mnie martwili. Mają swoje problemy, troski i radości i problem z mamą chyba jest im jak najmniej potrzebny. Staram się ich wspierać, bo chyba od tego jest rodzic. Nie chcę robić sobie z nich terapeutycznych poduszek, ale wiedzą, że wróciłam do terapii.

Jestem po drugim spotkaniu z terapeutą. Tam puszcza mi wiele i pojawiają się zalążki łez, ale wyćwiczony mechanizm powstrzymywania się od chęci płaczu jeszcze działa. Podobno dobrze jest nauczyć się płakać. Bo przez płacz dobrze rozładowuje się emocje, stres. A ja do śmierci SzM płakałam tylko wtedy gdy nikt nie widział a i to było rzadkie. Moja Mała po raz pierwszy zobaczyła mnie płaczącą w covidzie, ona miała wtedy 23 lata. Bo ja zawsze byłam tą silną babą, jak ten Atlas co wszystko brał na siebie, czy jakoś tak. I potem płakałam już bez opamiętania w dniu śmierci SzM. I w kolejnych...

poniedziałek, 13 lipca 2026

18 / 2026

Po pierwszej wizycie u terapeutki poczułam po prostu ulgę. Tak się poczułam. Zdziwiłam się sama sobą gdy przy słowach "mój mąż umarł" po prostu ścisnęło mi się gardło i popłynęły łzy. Poczułam się tak, jak na początku, zaraz po jego śmierci, gdy nie potrafiłam tego powiedzieć bez łez. Generalnie to teraz częściej mi się włącza płacz. To nawet nie jest płacz, to są łzy, które po prostu płyną. 

niedziela, 5 lipca 2026

17 / 2026

Zdecydowałam się na spotkanie z terapeutą, nowym. Odczekałam do wyznaczonego terminu. W tym tygodniu mam wizytę. I teraz im bliżej tego dnia, im bardziej myślę tym mniej wiem co mam mu powiedzieć, czego oczekuję. Bo przecież nie poda mi na tacy cudownego sposobu na powrót do dawnej mnie. Po co idę do terapeuty skoro wydaje się, że teoretycznie jestem przygotowana do tematów. 

Po pierwsze każdą żałobę trzeba przeżyć, a ja nie miałam okazji zamknąć jednej (SzM) gdy pojawiała się druga (Tatencjusza), potem trzecia (Teściowa), czwarta (Matencja). Powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza to najważniejsza w moim życiu. Pozostałe niejako zgodne z naturą, bo przecież wiek ma swoje prawa. Śmierć Tatencjusza w cieniu żałoby po SzM, jakoś mnie tak bardzo nie obeszła. Chyba żadna śmierć nie robi już na mnie wrażenia. Mogłabym powiedzieć, że nic gorszego już mnie w życiu nie spotka, ale z tyłu głowy siedzi myśl że przecież mam jeszcze dzieci... Brzmię jak wyrodna córka, na której śmierć ojca nie zrobiła wrażenia, ale taka prawda. Nie byłam związana tak bardzo z Tatencjuszem, był zawsze na wyciągnięcie ręki, gdy trzeba było pomóc, ale bez emocji, rozmów, rad, żadnych rozkmin, które miałyby wpływ na moje życie. Co najbardziej zapamiętałam...? "Gość jest dobry rzadko i krótko", "Mi wódka nie jest dziwna" (bo pił rzadko i mało). Pewnie więcej gdzieś tam jest we mnie, bo przypomina mi się adekwatnie do sytuacji, ale teraz mam pusto w głowie. Podeszłam do jego śmierci jakoś chyba bez emocji, na zimno. Na pewno ogromny wpływ na to miała wiecznie narzekająca na niego i zazwyczaj stawiająca go w złym świetle Matencja. Tego jestem pewna. Począwszy od tekstów, które słyszałam od dziecka "Poczekaj aż przyjdzie ojciec", "Zobaczymy co na to powie ojciec" itp., do późniejszego płaczu i żali jak to on ją unieszczęśliwia i ile krzywdy jej robi. Dziś z perspektywy czasu wszystko widzę ciut inaczej, śmiem twierdzić, że miał do niej anielską cierpliwość, i pewnie dlatego mało go było w domu. Wolał uciec w pracę, bo w domu cokolwiek by nie zrobił, powiedział to było nie tak jak trzeba, źle. Śmierć Teściowej, powiem wprost, w ogóle mnie nie obeszła. Był moment w moim życiu gdy mówiłam do koleżanek że wychodząc za mąż należy wybrać faceta z domu dziecka i upewnić się że jego rodzice mają odebrane prawa rodzicielskie. Dość powiedzieć, że jej dzieci nie mialy o niej dobrego zdania. Wszyscy wiemy, że jej dewizą życiową było "Najważniejsza jestem ja, a reszta świata jest tylko po to, by mnie było dobrze". A śmierć Matencji... To trudna sprawa, bo ta moja prawdziwa mama, ta serdeczna, ciepła, opiekuńcza, zainteresowana mną i moim życiem zniknęła z mojego życia dawno, dawno temu. Więc z jednej strony jej śmierć to dla mnie żal, smutek, bo wiadomo - to mama, z drugiej pewnego rodzaju uwolnienie (mimo tego że była w instytucji opiekuńczej), a z trzeciej - pojawienie się pewnego rodzaju pustki, bo nastąpiło to uwolnienie.

Po drugie SzM... Już nie czuję jego obecności przy moim boku. Znika. Oddalił się, a bym bardzo chciała to jeszcze czuć. Na moje urodziny Młody przyszedł z jego zegarkiem na ręce. Mam ten obraz jak kadr z filmu, bo zobaczyłam kadry z mojego poprzedniego życia. Pisze to i łzy same mi płyną, a nie jestem skora do płaczu. Od dziecka potrafiłam zdusić w sobie chęć płaczu, łez. Nie wiem dlaczego nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego tak mam. Przychodzi mi do głowy, że pewnie dlatego by przy tzw. "klapsie za niegrzeczność" nie pokazać że mnie złamała, a wręcz pokazać że jestem twarda i nic sobie z tego nie robię. A jeśli płakałam to w łazience po cichu w ręcznik. Po śmierci SzM nie potrafiłam przestać płakać, te łzy po prostu same płynęły, nie miałam na to wpływu. I trwało to kilkanaście godzin. Pamiętam ten czas, najpierw czekanie na dworcu autobusowym, potem długa podróż autobusem, oczekiwanie na lotnisku na lot, sam lot i powrót do domu, w którym już nie czekał na mnie SzM. Gdyby nie Mała, umarłabym tam, zaginęła i chyba ktoś musiałby po mnie przylecieć. To wiem na pewno.

Po trzecie... staram się żyć normalnie, ale cały czas mam wrażenie, że żyję za szybą, bez emocji, bez radości. Owszem uśmiecham się, jestem pogodna, ale w środku czarno i pusto. Kompletnie nie interesują mnie opowieści i historie innych. Jestem chyba dobrym słuchaczem, bo staram się, ale wysłucham i to znika, jeśli trzeba to w pamięci zostaje tylko to, co konieczne, czyli praca. A ja potem się stresuję, że to może już początki otępienia, tej choroby na literkę A. Likwidując mieszkanie moich rodziców robię też redukcję rzeczy u siebie w mieszkaniu, żeby po mnie nie było tylu przydasików i klamotów. Wciąż pozbywam się jeszcze rzeczy po SzM, który był niejako hobbystą gadżeciażem. Ileż to ja jego rzeczy już powystawiałam do sprzedaży, ale i tak sporo jeszcze zostało... Każdorazowe grzebanie w tych kartonach też pewnie zostawia we mnie ślad. 

Po czwarte pojawił się w naszym rodzinnym życiu nowy członek rodziny. Kilkuletnia Iskierka, córeczka Młodych. Niby dla mnie żaden stres, bo to ich życie, ale gdy słyszę że JuzNiePanna zmaga się z depresyjnymi myślami, że jednak nie jest łatwo i że wiele ich, ją ta sytuacja kosztuje (ale mają wsparcie psychologa), to jednak zostaje mi w głowie trochę niepokoju. Pojawiła się też pierwsza prośba o przejęcie opieki nad Iskierką na 2-3 godzinki, a tu zonk! bo Babcia-Anonimka ma w kalendarzu trochę zajętych terminów i niestety nie da rady. Z jednej strony przykro mi że tak trafili, ale z drugiej przecież jestem chętna do zaopiekowania się Iskierką po uzgodnieniu terminu, który będzie mi dogodny, o czym im powiedziałam. 

Podsumowując, wiem że wszystko duszę w sobie i to nie jest dobre, ale... Kompletnie nie potrafię mówić o tym co czuję. Bo co mam powiedzieć... I co to zmieni że będę ludziom smędzić że coś mnie zżera.