Stali bywalcy :)

środa, 27 maja 2026

14 / 2026

Moi Młodzi doczekali się finału sprawy bardzo dla nich ważnej. Nie pamiętam czy ja o tym tutaj pisałam, ale ich kilkuletnie starania o dziecko nie przynosiły pożądanych efektów i podjęli decyzję o adopcji. Całe zamieszanie z tym związane długo trwało, ale w końcu mamy to. No i w związku z tym, że kilkuletnia Mała-Istotka, którą los im wybrał w końcu jest u nich na stałe to mogę napisać, że zostalam babcią;) Kompletnie tego nie czuję, nie kumam czaczy, ale w skrócie mówiąc dzielnie "walczę" by nasze relacje były fajne. 

Pierwszy Dzień Matki bez mojej mamy. Byłam na cmentarzu, ogarnęłam ten prowizoryczny grób, bo lada dzień będą stawiać nagrobek, położyłam różę... Bez życzeń, bo już nie ma komu. Wydaje mi się, że nie przeżywam, nie dramatyzuje, nawet zastanawiam się czy coś ze mną nie tak, że ja może za zimna jakaś nieczuła jestem. Ale potem myślę tak na chłodno, że chyba jej choroba tak mi dała psychicznie w kość, że głupio to zabrzmi, ale poczułam ulgę gdy umarła. Mówi się że nie ma dobrej pory na umieranie, na śmierć, ale śmiem twierdzić że w przypadku Matencji to był dobry moment. Gdy tak sobie myślę z perspektywy czasu to widzę jak się nam to organizacyjnie wszystko pięknie pospinało... Jeszcze tylko ogarnąć i sprzedać mieszkanie. Stopniowo opróżniam, widzę coraz więcej pustych półek, szafek. Każda wizyta tam sporo mnie kosztuje. Chyba odreagowuję to potem u siebie gdy po raz stosiedemnasty robię przegląd swoich szafek, półek i zakamarków, i za każdym razem znajdę coś czego nie chcę, nie potrzebuję, co jest zbędnym durnostojkiem lub innym balastem więc aby moje dzieci po mojej śmierci miały łatwiej przy opróżnianiu mojego mieszkania wyrzucam, sprzedaję, rozdaję. Nie lubię być obrośnięta rzeczami, nigdy tego nie lubiłam, a teraz szczególnie.

Mój Dzień Matki? Telefoniczne życzenia od Mlodego, który mieszka prawie rzut beretem ode mnie i zaproszenie, a potem wspólnie spędzony czas u Malej, do której mam ponad 20 km. Życzenia telefoniczne trochę mnie zabolaly, ale po jego  SMS-ie z okazji Dnia Kobiet nie byłam już tak zdziwiona, czy może bardziej rozczarowana. Zwłaszcza, że to był dla nich, Młodych, też bardzo ważny dzień więc jest to usprawiedliwienie, ale jak to się mówi dla chcącego nic trudnego. 

Wspólny czas z Małą za to był fajny. Pomijając fakt, że wrąbałam się w szczyt korków i jechałam do niej godzinę. Czasem Bozia odcina mi prąd do rozsądku i umawiam się jak kretynka na 17.00, a potem obiecuje sobie, że następnym razem zdecydowanie później, ale pamięć moja krótka jest i mam to, co mam. Żeby nie było tak pięknie to musi być łyżka czegoś gorzkiego w tym garncu miodu. Mała tęskni za tatą, i ma poważne rozkminy. Zmieniła pracę i chyba cały ten proces tak się na niej odbija. Zmiana pracy to była jej decyzja, ale do nowego otoczenia i zasad trzeba się przyzwyczaić. I ma doła. Nie pomaga też to, że wciąż nie ma swojej drugiej połówki, a ostatnio właśnie pomaga koleżance w organizacji jej wesela. Serce mi pęka gdy słyszę jaką ona ma niską samoocenę, jak bardzo w swojej opinii jest niewystarczająca. Nie potrafię jej pomóc, nie mam takiej siły, mocy i wiedzy. Ledwo daję(?!) sobie radę sama ze sobą. Wspieram ją bardzo jak mogę, jak umiem, słucham i przytulam. I bardzo się o nią martwię.

I tyle.


niedziela, 17 maja 2026

13 / 2026

Minął miesiąc i nie potrafię wygrzebać się z czarnej dziury, którą mam w sobie głęboko w środku. Matencja przeżyła 83 lata, ja za chwilę będę mieć 57. Przy dobrych wiatrach zostało mi jakieś 15-20 lat...

Mówi się, że nie ma dobrego momentu na śmierć. W przypadku Matencji to był dobry moment. Naprawdę. Stan pogarszał się w tempie błyskawicznym. W marcu świętowaliśmy jej urodziny, była aktywnym uczestnikiem, rozmawiała z nami, ładnie budowała zdania, dziękowała nam że przyszliśmy, a zaraz potem wszystko po kolei zaczęło zanikac. I w niecały miesiąc później zmarła. Dziękuję bardzo za komentarze, że jest już wolna od Alzheimera, otepienia. Bardzo mi to pomogło. Pozwoliło spojrzeć na tę sytuację z jej perspektywy. Naprawdę.

Od śmierci SzM już niewiele mnie rusza, taka jestem zamrożona od środka. Śmierć Tatencjusza, wtedy zastanawiałam się nawet czy nie jestem jakąś zimną ..., która nie uroni łzy na pogrzebie ojca. Owszem uroniłam, ale bardziej dlatego, że przypomniał mi się SzM, jego pogrzeb i wszystko co za tym szło i idzie. Na pogrzebie Matencji było inaczej. Płakałam za nią, płakałam, bo przed oczami widziałam ją młodszą, energiczną, sprawczą, taką jaką była dawniej. Nie tą nieporadną zagubioną staruszką, którą trzeba było wspierać, tylko energiczną zaradną kobietą w pełni sił. 

Opróżniamy mieszkanie Matencji, dobrze że od momentu gdy wkroczyłam do Matencji i Tatencjusza z pełną opieką to zaczęłam też tzw. inwentaryzacje i remanent. Ile worów różnych przydasików wyrzuciłam, wywiozłem to tylko ja wiem. Nie potrafię sobie wyobrazić co by to było gdybyśmy dopiero zaczynali. Przekłada się to również na moje zdrowie psychiczne, bo przeglądanie tego nie jest łatwe, bo wracają wspomnienia. A oprócz tego żeby uniknąć zarośnięcia rzeczami i siebie, żeby moje dzieci nie musiały wyrzucać tony przydasików i niepotrzebnych klamotów, już po raz kolejny przeglądałam swoje mieszkanie. Za każdym razem znajduje coś niepotrzebnego i kolejny worek wylatuje z mojego domu albo w świat albo po prostu na śmietnik. Jeszcze kilka miejsc zostało do uporządkowania, więc trochę jeszcze muszę pozyc, jeszcze nie jestem gotowa.

Codziennie obiecuje sobie, że wezmę się w garść, zepnę poślady i wyjdę z tego stuporu, w którym trwam. Jeśli mam poukładane terminy, zajęcia, spotkania to trzymam się ich sztywno. Najgorzej jest gdy nie mam planu. Wtedy stupor, bo w domu brak mi totalnie sił by funkcjonować normalnie. Najchętniej bym spała. Wtedy jest ok. Bo generalnie to nie jest. Z zewnątrz tego nie widać, bo to w środku siedzi.