Minął miesiąc i nie potrafię wygrzebać się z czarnej dziury, którą mam w sobie głęboko w środku. Matencja przeżyła 83 lata, ja za chwilę będę mieć 57. Przy dobrych wiatrach zostało mi jakieś 15-20 lat...
Mówi się, że nie ma dobrego momentu na śmierć. W przypadku Matencji to był dobry moment. Naprawdę. Stan pogarszał się w tempie błyskawicznym. W marcu świętowaliśmy jej urodziny, była aktywnym uczestnikiem, rozmawiała z nami, ładnie budowała zdania, dziękowała nam że przyszliśmy, a zaraz potem wszystko po kolei zaczęło zanikac. I w niecały miesiąc później zmarła. Dziękuję bardzo za komentarze, że jest już wolna od Alzheimera, otepienia. Bardzo mi to pomogło. Pozwoliło spojrzeć na tę sytuację z jej perspektywy. Naprawdę.
Od śmierci SzM już niewiele mnie rusza, taka jestem zamrożona od środka. Śmierć Tatencjusza, wtedy zastanawiałam się nawet czy nie jestem jakąś zimną ..., która nie uroni łzy na pogrzebie ojca. Owszem uroniłam, ale bardziej dlatego, że przypomniał mi się SzM, jego pogrzeb i wszystko co za tym szło i idzie. Na pogrzebie Matencji było inaczej. Płakałam za nią, płakałam, bo przed oczami widziałam ją młodszą, energiczną, sprawczą, taką jaką była dawniej. Nie tą nieporadną zagubioną staruszką, którą trzeba było wspierać, tylko energiczną zaradną kobietą w pełni sił.
Opróżniamy mieszkanie Matencji, dobrze że od momentu gdy wkroczyłam do Matencji i Tatencjusza z pełną opieką to zaczęłam też tzw. inwentaryzacje i remanent. Ile worów różnych przydasików wyrzuciłam, wywiozłem to tylko ja wiem. Nie potrafię sobie wyobrazić co by to było gdybyśmy dopiero zaczynali. Przekłada się to również na moje zdrowie psychiczne, bo przeglądanie tego nie jest łatwe, bo wracają wspomnienia. A oprócz tego żeby uniknąć zarośnięcia rzeczami i siebie, żeby moje dzieci nie musiały wyrzucać tony przydasików i niepotrzebnych klamotów, już po raz kolejny przeglądałam swoje mieszkanie. Za każdym razem znajduje coś niepotrzebnego i kolejny worek wylatuje z mojego domu albo w świat albo po prostu na śmietnik. Jeszcze kilka miejsc zostało do uporządkowania, więc trochę jeszcze muszę pozyc, jeszcze nie jestem gotowa.
Codziennie obiecuje sobie, że wezmę się w garść, zepnę poślady i wyjdę z tego stuporu, w którym trwam. Jeśli mam poukładane terminy, zajęcia, spotkania to trzymam się ich sztywno. Najgorzej jest gdy nie mam planu. Wtedy stupor, bo w domu brak mi totalnie sił by funkcjonować normalnie. Najchętniej bym spała. Wtedy jest ok. Bo generalnie to nie jest. Z zewnątrz tego nie widać, bo to w środku siedzi.