Stali bywalcy :)

wtorek, 9 lipca 2024

21/2024

Nadrabiam zaległości...
W czwartek najpierw musiałam kontrolnie ogarnąć Matencję, potem załatwić to i owo w banku, a potem jeszcze odwiedziny szpitalne u Tatencjusza w szpitalu. Jak w końcu ściągnęłam wieczorem do domu to już nie miałam siły na nic.
W piątek też sporo się dzialo, bo najpierw znowu bank, potem zajrzałam do siostry SzM i Teściowej, gdzie pojechałam ze swoim zaległym urodzinowym ciastkiem dla Teściowej. Pokawkowaliśmy, a przy okazji załapałam się na pierogi z borówkami (nie mylić z jagodami). Wieczorem wpadła mi jeszcze kompletnie nieplanowana wizyta u Matencji, bo jej sąsiadka dała mi cynk, że Matencja umowiła się z lekarzem POZ. Szlag mnie jasny trafił, bo kompletnie nie było takiej potrzeby, a ona sama, Matencja znaczy się, twierdziła, że on ten lekarz po prostu sam chciał do niej przyjść. Ręce mi opadły. Zjechaliśmy tam z bratem oboje, usiłowaliśmy naświetlić lekarzowi sytuację, no i chyba w końcu przejrzał na oczy i zobaczył, że ona, Matencja, jest odklejona od rzeczywistości, bo tylko powiedział, że musimy być świadomi, że problem będzie narastał. Odkrywca jakiś czy co... Ustaliliśmy, że jeśli Matencja bedzi do niego dzwonić i cokolwiek chcieć to ma się kontaktować z nami. Zobaczymy czy to zadziała, bo faktem jest, że ona przy każdej domowej wizycie (w ramach NFZ!) odpala mu kasę. Czekamy aż skończy jej się gotówka 😉
W piątek byłam tak rozwalona emocjonalnie, że nie umiałam zasnąć, jeszcze pamiętam jak zegarek wskazywał godzinę 2:40. A pobudkę miałam wczesną, bo w sobotę jechałam z liczną grupą biegowych znajomych na wycieczkę w góry. Emocjonalnie dużo mnie to kosztowało. Rozkleiłem się w środku siebie jeszcze w samochodzie, gdy jechaliśmy znajomą trasą tyle razy przejechaną razem z SzM. I początek wędrówki też nie był fajny, żałowałam że pojechałam, bo emocjonalnie mnie to przerastało. Gdy brałam leki miałam wrażenie, że jestem zamrożona, bez emocji, a teraz nie potrafię sobie z nimi dać rady. Koniec końców dałam radę, starałam się trzymać fason, chyba nie było źle... W sumie przewędrowaliśmy 15 kilometrów, najedliśmy się jagód, nacieszyliśmy oczy cudownymi widokami i było po prostu miło. 
W niedzielę spontanicznie pojechałam z koleżankami na wycieczkę rowerową. Pogoda nie była zbyt fajna, ale kto nie ryzykuje ten nie ma chlupoczącej wody w butach, tak nas zlało 😄😉. A nakręciłyśmy 42 km. Po powrocie do domu szybki prysznic, ciepła herbatka, choć chciałoby się piwa, no i wiooo do Matencji, a potem do Tatencjusza. 
W poniedziałek, znaczy wczoraj, przebadany ustabilizowany wzmocniony Tatencjusz został wypisany do domu. W ferworze wypisu, ogarniania jego powrotu, męczących telefonów Matencji, która dorwała się do ulotki leku i twierdziła, że tego leku brać nie będzie bo nie jest psychiczna, potem sprawdzania leków czyli co jest a co wykupić, ułożyć to potem w tygodniowych kasetach na leki, ogarnąć ich domowo itd. zapomniałam o sobie. Zapomniałam o wyznaczonym ustalonym terminie terapii, a zgodnie z zasadami jeśli nie odwołam odpowiednio wcześniej to i tak płacę. Udało mi się ustalić nowy termin, taki na cito, bo już dziś, a miła pani terapeutka jednak mnie dzisiaj nie skasowała za tamtą nieobecność. Bardzo to było miłe.
Dziś wtorek i w koncu mam leniwe popołudnie; tylko zaraz po pracy byłam na wspomnianej terapii, a teraz zajadam się pysznym bobem i piszę sobie notkę. Przed chwilką zadzwonił Młody na pogaduchy. Fajne jest to że chce i dzwoni. Bo ja nauczona Matencją, nie obdzwaniam moich dzieci, choć czasem się zastanawiam czy nie przeginam w drugą stronę.
Emocjonalnie tak w ogóle nie jest mi łatwo. Takie mam emocjonalne wzloty i upadki. Od głębokiej czarnej toni do wypłynięcia na powierzchnię, bo o wchodzeniu na szczyt nikt nie mówi ;/ Jak uda mi się pobyć trochę na powierzchni to już jest dobrze. A jak jest źle to po prostu nie mam siły by to wszystko ciągnąć. Jestem zadaniowcem więc piszę sobie po kolei zadania i staram się je realizować, tylko mam wrażenie, że mam na to coraz mniej sił. I tak się toczy. 
A propos wody i wizualizacji... 
W czasie covidowego kryzysu pracowego miałam wrażenie że stoję na małej lodowej krze na środku szerokiej, głębokiej, rwącej rzeki i staram się przeskakiwać z jednej kry na drugą. Do brzegu daleko, kładki, mostu nie widać, a brzegi rzeki są wysokie, niedostepne. Tak bylo. Tak się wtedy czulam. 
Ostatnio na terapii powiedziałam, że teraz moja rzeka jest rwąca, bez kry, ale to taka bystra, górska rzeka z licznymi kamieniami, głazami, które są śliskie, brzegi rzeki są co prawda łagodniejsze, ale pełne tych kamieni i głazów. Wokół jest ładnie, zielono, ale nie umiem wydostać się na zewnątrz, a mostu, kładki wciąż na horyzoncie brak. Podczas sobotniej wycieczki w górach brodziłam w takiej górskiej prawdziwej rzece, ale ta "moja" zwizualizowana obecna rzeka jest szersza, głębsza, szybsza i ma zdecydowanie bardziej krystalicznie czystą wodę. Bez kry, ale ze śliskimi wystającymi kamieniami i wciąż niedostępnymi brzegami...


czwartek, 4 lipca 2024

20/2024

...i jak zwykle mam problem z zaśnięciem, a w głowie myśli różne...
Z Tatencjuszem niby lepiej, ale wciąż jest w szpitalu i nikt jeszcze nie mówi o wypisie. Wiem, że tak, jak powiedziała pani doktor "to że on mówi że czuje się dobrze, to nie znaczy, że stan jest dobry, bo nie jest". Z tym jego samopoczuciem to też różnie bywa, zależy od dnia. Na szczęście upały minęły, bo pogoda nie sprzyjała. W szpitalu zobili mu masę badań, jestem pod wrażeniem. W środowisku wszystko byłoby na odległy termin, więc nie ma tego zlego... Bardzo liczę na to że go zdiagnozują, trochę wyprostują i ustawią lekowo. Dziś nie udało mi się dodzwonić do pani doktor, będę próbować jutro. Wysokie markery nowotworowe to nie brzmi dobrze. Denerwuje się, że jeszcze leczenie onkologiczne nam dojdzie. Zmiany mózgowe wskazują że ma prawo gorzej funkcjonować i nie jarzyc tak jak wcześniej. Nie wiem co zrobimy gdy oboje będą wymagali stałego nadzoru. Póki co brat ogarnia jakąś opiekę długo terminową czy coś w ten desen. Na to też trzeba czekać, wiadomo, ale niech już będą w tej kolejce. Matencja w domu. Sama. Bardzo trudno jej przystosować się do nowej sytuacji. Najchętniej widziałaby mnie codziennie u siebie. Wciąż narzeka, że cały czas w domu sama i nie ma z kim porozmawiać. Dzwoni bardzo często w ciągu dnia,  codziennie pyta czy do niej przyjadę. Nie przyzwyczajam jej do codziennych odwiedzin, bo nie ma takiej potrzeby. Funkcjonuje całkiem ok, tylko towarzystwa jej brak. Nie wchodzę w dyskusję, bo nie ma sensu. Zachęcam do TV, do kontaktów telefonicznych z rodziną, ze znajomymi. Kiedyś całe życie towarzyskie prowadziła przez telefon, a teraz ma swoją filozofię, że skoro oni do niej nie dzwonią, to ona dzwonić nie będzie. Nie przyjmuje żadnych argumentów bo jak zwykle ona wie lepiej. Wiem, że to choroba, że wiek, ale powoli wysiadam trochę psychicznie. Jestem zmęczona, przemielona, jak wyciśnięta gąbka. 
W sobotę tradycyjne babskie spotkanie towarzyskie odbyło się u mnie. Moje urodzinowe tym razem, bo cyferka przeskoczyła nie tak znowu dawno. Nie odwolywalam, bo uznałam że dam radę ogarnąć wszystko. W piątek wieczorem ciacho, w sobotę rano reszta, potem do Tatencjusza do szpitala i do Matencji do domu. Szybki powrót, prysznic i już domofon dzwonił. 
W niedzielę odwiedziła mnie Mała, najpierw zapraszała mnie do siebie, ale ostatecznie to ona do mnie przyjechala. Polegiwałysmy sobie luzacko na kanapie z serialem w tle. Taka smętna była ta niedziela. Odwiozlam ją do domu i w drodze powrotnej ugadalam się z koleżanką/sąsiadką na krótkie spotkanie. Miało być u niej, a wyszło u mnie (u mnie chłodniej było). I tak minął mi weekend.
W poniedziałek miałam wolne, bo z Matencją na kontrolną wizytę do urologa trzeba było jechać. Zaliczyłyśmy lekarza, bieliźniane zakupy, wizytę na cmentarzu u SzM, chciałam też zabrać ją do parku, ale nie chciała wysiąść. Spędziłam z nią pół dnia i gdy wychodziłam powiedziała mi że tak krótko byłam. Potem wymyśliła, że mam ją do siebie zabrać i wieczorem odwieźć. Jakaś resztka rozsądku w mojej głowie powiedziała uprzejme, ale stanowcze nie. Miałam szczere chęci iść na jogę, bo od maja czy nawet może kwietnia mnie tam nie widzieli. Jak już zaparkowałam to okazało się, że przez okres wakacji zajęcia są w innych godzinach. I tyle było z mojego jogowania. Wróciłam tak wyprana, że po prostu strzeliłam sobie mega drinka popijając resztki % z soboty. 
Wtorek już był moim dniem pracowym. Po południu zaliczyłam odwiedziny u Tatencjusza w szpitalu. U Matencji był brat.
Środa właśnie się skończyła. Rano przeżyłam rozczarowanie, bo jakoś przekonana byłam że to już czwartek. Bolesna była ta info, że do końca tygodnia jeszcze trochę zostało. Po pracy zmobilizowałam się i pocwiczylam jogę z jedną taką z YouTube. I w planie miałam TV czyli  serial, ale zadzwoniła koleżanka z zaproszeniem na planszówki. Posiedzieliśmy i przegadaliśmy calutki wieczór, no i żeby nie było na samiuskim końcu podglądaliśmy ich nowe nabytki planszowkowe.
Potem prysznic, toaleta, szybkie samodzielne (!) skrócenie włosów, potem było "zajrzę tylko do neta" i ani się człowiek obejrzał dzień się skończył, spania nie ma, więc wzięłam się za bloga...
I tak to. Spokoju życzę 😄

czwartek, 27 czerwca 2024

19 / 2024

Miałam szczery zamiar pisać zdecydowanie częściej, bo jakoś dobrze mi to pisanie robi na psyche. Ile to już lat? Nie pamiętam, będzie chyba ponad 10 lat. Przy pisaniu myśli mi się układają, porządkują, a jeszcze jak doczytam jakiś dobry komentarz to już w ogóle robi się na serducho cieplej. Niestety plany sobie...
Nie bardzo pamiętam co tam się po ostatnim wpisie działo, a chciałabym chronologicznie ...
Rzut oka do terminarza.
Mała znowu leciała na koniec świata, tym razem w drugą stronę, do Hameryki. A ja niby już przywykłam do jej wojaży, ale "leciałam" razem z nią ;) Mniej stresu mnie to kosztowało, bo owszem leciała sama, ale cały wyjazd był pracowy. 
A ja najpierw polansowalam się na moim pracowym projekcie i zaraz potem zaliczyłam knajpiane wyjście na karaoke. Już drugie, więc tym razem wiedziałam z czym to się je. Niesamowite dla mnie jest spostrzeżenie ilu zdolnych ludzi jest wokół, podziwiam ich gdy śpiewają i da się tego słuchać. Ja niestety nie mam zdolności wokalnych. W głowie zanucę wszystko, gorzej gdy ma to wyjść na zewnątrz więc w trosce o dobro ogółu nie śpiewam publicznie ;)
Brałam też udział w imprezie biegowej. Nie, nie biegałam. Tym razem wspierałam wydarzenie biegowe od strony organizacyjnej.
Zaliczyłam w końcu odwiedziny koleżanki, która zapowiadała się juz kilkakrotnie i zawsze coś nam, a raczej jej, nie pasowalo. No, ale w końcu jednak dotarła. 
W tak zwanym międzyczasie świętowałam urodziny, swoje. Pierwsze wdowie, pierwsze bez SzM... Był we mnie taki głęboki lęk, że nikt nie będzie pamiętał. W ogóle w taki głęboki czarny dół wpadłam w tym okresie przed urodzinami. Bo to i równe 9 miesięcy od śmierci SzM, i jakoś tak bardzo ten i kolejny dzień przeżywalam. Źle mi po prostu bylo. Z urodzinami na szczęście nie było tak źle jak się obawialam. W pracy niespodzianka czyli poranne spontaniczne sto lat od dawnej ekipy, a i obecna ekipa też stanęła na wysokości zadania. Moi Młodzi uprzedzili dzień wcześniej, że się wybierają z popołudniową wizytą. Mała była jeszcze na wyjeździe więc życzenia były przez telefon. Niespodziewajkę zrobiła mi siostra SzM, która zawitała z mężem. Było miło, ale dla mnie ciężko, trudno emocjonalnie.
Zaraz po urodzinach przyszedł czas na realizację prezentu urodzinowego od Małej, który dostałam od niej w zeszłym roku w sierpniu. Bilet na mega koncert stadionowy, na który bardzo chciałam iść, a o bilety trzeba było się bardzo postarać. Na koncercie było super, wspominam i jestem pod wrażeniem tego całego show do dziś. Byłyśmy obie z Małą, bo wracała z wojaży tak prawie na styk żeby zdążyć. A po koncercie jechałyśmy do niej spać i spędzić ze sobą jeszcze kawałek dnia np. na śniadaniu w kafejce. To był dla mnie bardzo dobry czas. Piękne wspomnienie.
No i żeby nie było tak pięknie to ja na koncercie, a mój brat ogarniał Tatencjusz, bo kiepski był no i  Tatencjusz wylądował w szpitalu, a Matencja została w domu. Sama. No i trzeba po pierwsze mieć na nią oko, po drugie ogarniać oboje, po trzecie być wciąż pod telefonem, bo ona dzwoni często, bardzo czesto, po czwarte i kolejne, mieć ogromne pokłady cierpliwości, których mnie brak. Staram się, ale mi nie wychodzi, niepotrzebnie się odpalam, traktuję ją jak normalnie zdrowomyślącą osobę, a to błąd podstawowy. No i była ostrka jazda... Najpierw były dramy żebym z nią została na noc, potem były dramy bo powiedziałam, że nie zostanę, potem były różne szantaże nawet emocjonalne, były wyrzuty ("po co idziesz do domu, przecież nikt tam na ciebie nie czeka")i złorzeczenia, wywoływanie poczucia winy, litości i szloch bez jednej łzy. Wieczorem po powrocie do domu, mojego domu, emocjonalnie byłam wrakiem człowieka, takim praniem wypranym w pralce Frania i wyrzętym przez maglownicę. Wzmocniła mnie bardzo pani terapeutka, gdy jej o tym opowiedziałam. Mam do tego prawo. Mogę nie chcieć. Mogę pomagać i ogarniać, ale nie kosztem siebie. Rozsądnie. Na swoich warunkach. Ustalilysmy że dyskutować nie ma co, ani tlumaczyc
I tak myślę sobie, że jakby nie popatrzeć to generalnie znowu jestem w czarnej doopie... 
Fajnie i dobrze to już było.

czwartek, 13 czerwca 2024

18/2024

Wczorajszy dzień... Jadąc do mechanika zapakowałam do auta swój rower, bo postanowiłam wracać do domu na rowerze. Co też uczyniłam, ale ciut naokoło, bo wyszło mi nieco ponad 33 km, zamiast max 12.
Pojechałam sobie w miejsce gdzie jeździliśmy często; do dużego parku, gdzie staw, pałac, potoczek, wodospadzik, pięknie zagospodarowana roślinność itp. W moim poprzednim życiu którejś wczesnej wiosny podczas wycieczki rowerowej, właśnie w to miejsce, kupiliśmy sobie truskawki w budce stojącej przy drodze i wcinaliśmy je na ławce przy uroczej grobli. Pamiętam, że wtedy było zimno i jakby mniej zielono. Wczoraj w tej samej budce były truskawki, aż się po nie specjalnie wróciłam, grobla była ta sama, ławka też, było cieplej, słonecznej, niby przyjemniej, a jednak nie. Zabrakło towarzystwa i drugiego roweru do kompletu. Posiedziałam na tej ławce, woda uroczo się przelewała, truskawki były pysznie słodkie, trochę podumalam, zatopilam się w myślach, wspomnieniach, zapaliłam papierosa i pojechałam dalej. Tymi samymi ścieżkami co kiedyś we dwójkę... Nie, nie płakałam, choć żal serce ściskał. Czas nie leczy ran, czas przyzwyczaja do rany.

wtorek, 11 czerwca 2024

17/2024

I płynie czas...
Nie potrafiłam zmobilizować się by cokolwiek działać po pracy w zeszłym tygodniu. Ani jogi, ani wykupionego warsztatu w ośrodku kultury, nic... 
W końcu w piątek sama siebie zmusilam by pojechać na miejski koncert, na który miałam wejściówkę. Było miło. Nie żebym zachwyciła się na maxa, ale miło. No i wyszłam z domu, a to ważne.
W sobotę najpierw ogarnęłam chałupę bo miałam wrażenie, że kocie kłaki są wszedzie. 
Jaram się wciąż nowym odkurzaczem. Widać jestem już stara skoro jaram się sprzętem do sprzątania :) Bo teraz jestem szczęśliwą posiadaczką trzech (!) odkurzaczy. Pierwszy tradycyjny, workowy, ale mega cichy, taki co to mogę nim nawet o północy działać, kupiony przez SzM, wyszukany ze względu na tą cichość co by kota nie stresować 😉 Drugi, typu krążek co to sam sprząta i nawet może mopowac. Z ręką na sercu powiem, że mopowałam nim zaledwie kilka razy, bo mi to mopowanie malutką ilością wody jakoś nie podeszło. A odkurzanie owszem. Tyle, że muszę przygotować mu pole do działania żeby mógł się poruszać. No i mieć go na oku, bo niestety lubi się zawieszać na listwach progowych. I nie ryzykuje by puszczać go pod moją nieobecność, bo gdyby tak kot zrobił mi gdzieś jakąś "niespodziankę" to nie chciałabym by odkurzacz mi ją rozmazał po całej chałupie. A teraz jakiś czas temu spontanicznie za mały pieniądz w stosunku do normalnej jego ceny dokupiłam trzeci, stojący, z filtrem wodnym, taki co odkurza i mopuje, ale ma dwa osobne zbiorniki i myje zawsze czystą wodą. Jest rewelacyjny, ma tylko taką wadę że jest głośny. Ale czyści rewelacyjnie i zakupu nie żałuję. Hmmm, czytam co napisałam i odnoszę wrażenie, że brzmi jak wpis sponsorowany :) 
Potem musiałam odbębnic kilka godzin w pracy, a potem pojechałam do rodziców. A tam... Nie chcę się nakręcać, więc nie wchodzę w szczegóły, ale było ostro, wybuchłam, nie dałam rady... 
Jedno moje ja jest świadome tego, że Matencja jest chora, może gadać od rzeczy, wymyślać, pytać po pięć razy o to samo, twierdzić że ona wie lepiej i czepiać się nie wiadomo czego. Wiem jak wygląda dem_en_cja, znam  otę_pie_nie i chorobę na literkę A. Ja to wszystko wiem, ale drugie moje ja jakby nie dopuszcza do siebie faktu, że w tym "opakowaniu" nie ma już dawnej Matencji, moje drugie ja nie daje zgody na te głupoty, które ona gada, więc wchodzi w interakcję, usiłuje tłumaczyć, prostować, dyskutować. I spala się zupelnie niepotrzebnie. A potem wychodzę, siadam w aucie i płaczę z bezsilności i złości na samą siebie.
W niedzielę trochę popracowałam i pojechałam do brata, bo zaprosili (!) mnie na obiad i kawę z ciachem. Bardzo mnie to zaproszenie ucieszyło, naprawdę. Było miło i fajnie. Trochę rozmawialiśmy o Matencji. Ona podobno przy mnie zachowuje się inaczej, na więcej sobie pozwala, narzeka i kaprysi. Tak mi powiedzieli. Może to i prawda, bo z córką jednak są inne relacje, znam to z autopsji. Martwimy się co będzie dalej, bo Tatencjusz też się już trochę gubi, nie tak jak Matencja, ale jednak. No i nie nosi aparatów słuchowych, więc niby jest a jakby go nie było. 
Z racji pracy w weekend w poniedziałek miałam wolne, a we wtorek wzięłam sobie wolne. Poniedziałek cały przebomblowałam, przechodziłam prawie cały dzień w szlafroku i tak się snułam, bo nie umiałam zdecydować się co robić. Pomysłów było mnóstwo: rower, spacer, mycie auta, może zakład kamieniarski i sprawa nagrobka dla SzM, albo w końcu optyk i drugie okulary do czytania itp. Jednak zdecydowanie Dzień Leniwca to był, bo nic nie zrobilam. No i zapomniałam o terminie terapii. Taka ze mnie zaangażowana pacjentka.
Dziś, we wtorek, snucia się ciąg dalszy był, a potem umówiona byłam z Małą na popołudnie i pojechałam do niej. Spędziłyśmy super czas na pogaduchach. 
A jutro niestety do pracy, rodacy. Potem muszę oddać auto do mechanika, bo tarcze, klocki, filtry, oleje i inne... 
I tak to.


wtorek, 4 czerwca 2024

16/2024

Miała być fotka, ale nie potrafię jej dodać :( Zatem poklikam.

"Kiedy za czymś tęsknimy, to zawsze jest związane z czymś, co jest dla nas cenne, z czymś, co kochamy. Gdybyśmy tego nie kochali, nie byłoby nam żal. Jeśli ktoś umiera, a nie był ci bliski, nie będziesz w żałobie. (...) Czujemy żal za tym, co kochamy.

Zrozumienie tego jest kluczowe dla naszego procesu zdrowienia."

Adyashanti

poniedziałek, 3 czerwca 2024

15 / 2024

I po weekendzie... 
Piątek, co ja robiłam w piątek? Nie pamiętam. Naprawdę. Nie potrafię sobie przypomnieć mimo szczerych chęci. Trochę mnie to martwi, nie ukrywam.
Sobota rano to był czas lenistwa, papierosow i kawy na balkonie, plus nadrabianie zaległości blogowych. Potem kucharzenie czyli catering dla rodziców, no i dostawa do nich, a tam rozkładanie leków i takie inne. Prosto od rodziców na babskie imprezowe spotkanie podjechałam autem, bo byłam mocno spóźniona, ale zaplanowalam, by je tam zostawić i odebrać w niedzielę 😉 To była dobra decyzja. Spotkanie było super. Wspominałyśmy nasz babski wyjazd, raczyłysmy resztę towarzystwa zdjęciami (na TV) i już planowałyśmy kolejny wypad, być może w większym gronie. Było fajnie. Bardzo możliwe, że dlatego, że było nas mniej niż zwykle. Łatwiej się rozmawia i skupia na takiej rozmowie gdy jest nas mniej.
Niedziela - to nic, że Matencja zadzwoniła o 6 rano, bo coś. Potem już o cywilizowanej porze zadzwonila koleżanka i zapraszała mnie na popołudniową kawę, ale musiałam odmówić, bo już miałam plany. Miło mi było, że o mnie pomyślała. Zrobiłam krótki spacer po auto, przy okazji załapałam się na niedzielny rosół i pogaduchy przy deserku który kupiłam po drodze w cukierni. Na niedzielne popołudnie już w sobotę zaprosiłam naszych(!) dobrych znajomych na deser własnej roboty, więc mogłam się cukierniczo realizować co też uczyniłam rano. No i na koniec dnia zaliczyłam dawno temu zaplanowany, opłacony koncert. Nastawiłysmy się na przeboje, piosenki zdecydowanie znane, czyli rozrywkę i żywiołowy kontakt wykonawców z publicznością. A niestety w większości były tzw. smutasy i to jeszcze prawie nie znane. Momentami walczyłam by nie zasnąć. Serio. Szanuję ich pracę i podziwiam talent, ale nie zachwycił mnie ten koncert. Drugi raz bym nie poszła.
I tak minął mi weekend. Niepokoi mnie to, że wciąż nie mogę sobie przypomnieć co robiłam w piątek... A już wiem! Odwiedziłam siostrę SzM. Teraz mi się przypomnialo. Czyli weekend był aktywny towarzysko.

sobota, 1 czerwca 2024

14 / 2024


Wyjazd w babskim towarzystwie to był strzał w dziesiątkę. Piękne okoliczności przyrody i sprawdzone koleżanki. Dla mnie kompletną nowością był hotelowy wypoczynek z opcją all inclusive. Spodobało mi się bardzo. Nie było się do czego przyczepić. Hotel super, okolica super, pogoda murowana i dobre towarzystwo. Czego chcieć więcej...
Trauma była, dziwne sny itp. Najpierw śniło mi się, że Tatencjusz nie wytrzymał nerwowo choroby Matencji. Potem że po powrocie z wojaży organizowałam pogrzeb Matencji, bo umarła podczas mojej nieobecności. Kolejnej nocy śniło mi się, że to że SzM umarł to był tylko sen. I w tym śnie nie potrafiłam się ogarnąć, sama siebie pytałam co jest prawdą. Obudziłam się w nocy i nie umiałam się odnaleźć w rzeczywistości, gdzie jestem, co jest prawdą... Nie było to fajne gdy zdałam sobie sprawę że jednak jestem wdową.
W dalszym ciągu łapałam się na tym, że chciałam podzielić się z nim radością z pobytu, wysłać zdjęcie, opowiedzieć... 
Obyłam się w świecie wczasów all inclusive i jestem gotowa na to by kiedys nawet polecieć gdzieś sama. Bo przecież kodeksowy urlop mam wciąż do zagospodarowania. Może będę szukać jakiegoś lasta, bo ceny sezonowe zwalają mnie z nóg.

Zakończyłam leczenie u psychiatry. Już nie biorę leków, ale zostaję w terapii. Przed każdym spotkaniem myślę że już tego nie potrzebuję, ale potem wychodzę z poukładaną głową i wychodzi na to że jednak terapia się przydaje, przynosi efekty.

Boże Ciało spędziłam z dziećmi. Wspólne przygotowanie obiadu, potem deser, spacer , piwko i dobre rozmowy. Mała jak zwykle indywidualistka, ustalilysmy żeby przyjechała wcześniej, żebyśmy mogły nagadac się we dwie i tak jak przypuszczalam, wyjechała wcześniej, po deserze. Bo jak mi powiedziała chciała więcej czasu spędzić ze mną, a na kontakcie z Młodym i JuzNiePanną aż tak jej nie zależy. Rozumiem, szanuję, trochę ubolewam. Ale i tak było miło. To był naprawdę dobry dzień.

Młodzi zarażeni moim zachwytem na swoje wakacje polecą w tym samym kierunku, też na all inclusive. Najpierw odezwał się we mnie sknerus, że jakże to tak, że mogliby przecież przyoszczędzić, że mieszkania przecież nie mają itp. a potem doszłam do tego, że co przeżyją to ich, niech lecą, cieszą się i kolekcjonują dobre wspomnienia, bo nigdy nie wiadomo co będzie potem. I teraz cieszę się razem z nimi.

Nie biorę leków i póki co jest mi dobrze, zaczynam wypełniać się emocjami, wzruszać, potrafię uronić łzę. Paradoksalnie ucieszyło mnie to że znowu potrafię płakać, że nie jestem już taka zamrożona. Chyba też nauczyłam się już trochę życia w pojedynkę. Nie jest łatwo, ale da się.

Miłego weekendu Wam życzę!


piątek, 17 maja 2024

13 / 2024

Dawno mnie nie było. Nie wiem za bardzo o czym by tu... 
W zasadzie to powinnam się właśnie pakować. Walizka stoi i czeka, a ja tak po trochę coś tam wrzucam i ociagam się jak mogę. Totalnie nie mam weny do pakowania. Jeszcze farba na włosy, henna na brwi, pełna kosmetyka, paznokcie itd. No ale pakowanie to podstawa jednak, a ja odwlekam i ociagam się ile moge. Jutro wieczorem okaże się jak zwykle, że brakuje mi czasu na wszystko co powinnam, co chciałam zrobić. Pakuje się, bo wybywam w świat z dwiema koleżankami, lecimy w ciepłe miejsce, gdzie mamy zamiar aktywnie uprawiać nicnierobienie. Leżeć i pachnieć, zajadać dobre rzeczy i relaksować się na maxa. 
Tak szczerze to bardzo się boję tego wyjazdu, taki mam okropny wewnętrzny lęk, przed samym wyjazdem, przed lotniskiem..., nie przed lotem tylko samym lotniskiem, bo cały czas jest we mnie ten ból, żal i rozpacz, które przeżywałam we wrześniu w Atenach. I czuję taki irracjonalny lęk że to wróci, że coś się stanie... W zasadzie pomyślałam nawet, że nic gorszego już się chyba stać nie może, ale zaraz zgasilam samą siebie myślą okropną, że mam przecież dzieci... Bo rodzice to wiadomo, że z uwagi na ich wiek można się spodziewać różnych rzeczy, bo każdy ich przeżyty dzień jest dniem darowanym. 
Chodzę na terapię. Sama nie wiem czy przynosi efekty. Trochę tak. Miałam takie wewnętrzne przekonanie, zwłaszcza po tym co opisałam w poprzedniej notce, że to ja inicjuję swoje życie towarzyskie, że nikt do mnie nie wyciąga ręki, nie jest zainteresowany. A okazało się, że tak jednak nie jest tylko musiałam przyjrzeć się temu bliżej. Dużo się u mnie dzieje, staram się wychodzić z domu, trochę jakby uciekam. Ale generalnie dbam o to, by nie siedzieć w czterech ścianach zbyt wiele. Joga, kino, koncerty, teatr, spotkania towarzyskie bliższe i ciut dalsze. Nawet karaoke było, niespodziewane. I dwa wypady w góry. Tak, sporo się dzieje. Młody mówi, że ma wrażenie, że ja ciągle jestem gdzieś. Takie ma szczęście że gdy do mnie dzwoni to tak trafia że jestem poza domem.
Leki biorę. I nie wiem czy to leki czy po prostu sama ja wytworzylam sobie taki pancerz, skorupę, że mam wrażenie, że pusta jestem w środku, że tam nic nie ma w środku, żadnych uczuć, emocji. Jestem jak zamrożona. Chętnie bym sobie nawet popłakała, wyrzuciła z siebie to i owo, co tak głęboko siedzi i nie potrafię. Przedtem nie potrafiłam powiedzieć na głos, że SzM umarł, a teraz mam wrażenie, że zobojetnialam. Chyba wypłakałam cały zapas łez. Przedtem było dla mnie ważne by przetrwać, nie rozsypać się, dać sobie radę, przeżyć. Teraz jestem w punkcie pt. przetrwałam i co dalej? Mija dziś 8 miesięcy. Żal mam do siebie, bo nie pamiętam o dacie, dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to akurat dziś. Taka nieuważna jestem, jakby ta data nie miała dla mnie znaczenia. 
Moja kocia towarzyszka ma się dobrze, zostaje pod opieką Młodego. Dobrze, że ją mam. Zawsze to żywa istota do towarzystwa.

Spokojnej nocy...


niedziela, 21 kwietnia 2024

12 / 2024

Kiedy żył SzM jezdzilismy na fajne grupowe wyjazdy. To była konkretna zorganizowana ekipa z jego firmy. Z częścią z nich zaprzyjaźniliśmy się rodzinnie, nawet odwiedzaliśmy się prywatnie, u jednych z nich, tych najbardziej zaprzyjaźnionych (NZ) uczestniczyliśmy w uroczystościach rodzinnych itp. Po pogrzebie były szumne deklaracje z ich strony dalszych wspólnych wyjazdów. Na początku mego życia w pojedynkę pamiętam, że w rozmowie przez telefon JedenOn powiedział że jeszcze nie mogą mnie odwiedzać, bo ON nie jest na to gotowy. Cóż... Trochę mnie to sformułowanie zakłuło. Chyba bardziej niż trochę skoro do teraz je pamiętam. W styczniu zapowiedzieli się i ustaliliśmy odwiedziny u mnie, ktore zostaly niestety w ostatniej chwili odwołane, podobno z powodu choroby Onego. Dzwonią do mnie od czasu do czasu, wydawać by się mogło, że mam z Onymi dobry kontakt. Niestety kolejny raz widzę grupowy wspólny wyjazd, a mnie nawet nikt nie zapytał czy chciałabym. Tam są same pary, więc nie pasuję do tej grupy. Ale czy mam prawo czuć się z tym źle, czy może jednak przesadzam? Wewnętrznie mam ochotę "zabrać swoje zabawki" i trzasnąć drzwiami...