Stali bywalcy :)

wtorek, 25 sierpnia 2026

25 / 2026

Pakowanie do podręcznego właśnie uskuteczniam. Czeka mnie skrócona wersja wakacji, praktycznie rzutem na taśmę, bo przecież już się kończą. Tylko 4 dni w hiszpańskim słońcu, ale zawsze to coś. Poza tym to są odwiedziny u koleżanki, ale w fajnych okolicznościach przyrody więc żal było nie skorzystać z zaproszenia. Bardzo się cieszę, zwłaszcza że lecę z Małą. 

Oczywiście mam już opcje lęku załączoną.  Postanowiłam, że się nie dam. Żadne takie. Odpędzam złe myśli, opróżniamy głowę z tej niechcianej energii. Od tamtego okropnego powrotu z Grecji po śmierci SzM zaliczyłam już kilka podróży, a to uczucie lęku w głowie, zaciskania oddechu w piersi, chyba zostanie ze mną na zawsze. 

Edit:   pierwotnie wyliczyłam tu sobie gdzie byłam od tamtego czasu, ale nie czuje się komfortowo z tą wyliczanką, bo wyglądało jakbym się tu chwaliła, a daleka jestem od tego.

sobota, 22 sierpnia 2026

24 / 2026

35 lat temu zostałam po raz pierwszy mamą. Urodziłam syna i mój świat się zmienił. Świadomość, że jestem odpowiedzialna za nowe życie bardzo mnie paraliżowała. A nasz mały chłopczyk, który był całym moim, naszym światem pięknie się rozwijał. Noworodek nazwany przez Matencję "pomarańczką" z uwagi na barwę skóry (żoltaczka fizjologiczna), który uwielbiał spać na brzuszku. Niestety były też masakryczne kolki. Pamietam, że po kropelki na te kolki Tatencjusz jechał do apteki do dalekiego miasta, takie to były czasy. Pamiętam grzanie suszarką brzuszka osłoniętego pieluszką, bo w zasadzie tylko to pomagało. I tak przez prawie cztery miesiące. Młody był niesamowitym łakomczuchem, jego brzuszek nigdy nie był pełny. Zawsze było "am, am", bez względu na to czy przed chwilą zjadł czy nie. Zaowocowało to niestety nadwagą, która zgubił w okresie nastoletnim (mamusia zapisała na zajęcia sportowe), a która w wieku dojrzałym się uaktywniła i walczy z nią do dziś. Po porodzie zamieszkaliśmy na kilka miesięcy u moich rodziców. Zakochana we wnuku Matencja na samiuśkim początku prawie go zaanektowała i musieliśmy jej zwrócić uwagę że dziecko jest nasze :) A po pół roku przenieśliśmy się do siebie. Wieczorne rytuały tzw. usypiania, były męczące, ale dziś wspominam je z czułością. Trzeba go było ukołysać, by nie dopuszczać do płaczu z uwagi na przepuklinę pępkowa, pachwinową, a potem stan po zabiegu. Był dzieckiem ciekawym świata, raczej grzecznym, bo specjalnych problemów mam nie sprawiał, zasypywał nas tysiącem pytań o wszystko. Pamiętam ten moment gdy powiedział mi coś czego ja mu nie tłumaczyłam i wtedy zdałam sobie sprawę, że on już czerpie wiedzę ze świata zewnętrznego, nie tylko ode mnie. Nie pamiętam o czym mówił, ale pamiętam ten moment. Pamiętam, że kochałam go tak mocno że gdy byłam w ciąży z Małą pełna byłam obaw jak to będzie gdy urodzę drugie dziecko. Czy dam radę kochać je tak samo. Uwielbiałam na niego patrzeć gdy spał, przytulać to małe ciałko. Od małego dbałam by słyszał od nas słowa, że go kochamy. Gwiazdkę z nieba byśmy mu dali do momentu gdy na Boże Narodzenie nie daliśmy rady kupić pod choinkę tego konkretnego zestawu LEGO (zamówionego oczywiście w liście do Aniołka) i dostał podobny, ale inny. Pokaz złości i rozczarowania, który wtedy nam zafundował nasz pięciolatek był dla nas zimnym prysznicem, zdaliśmy sobie sprawę że dyscyplinowanie, tzw. kindersztuba, bo był dzieckiem tzw. dobrze wychowanym, to nie wszystko :) Do dziś myślę, że sześć, prawie siedem lat życia jedynaka siedzi w nim głęboko. Wspominam nasze wieczorne rozmowy przed snem, które zabrał mi dopiero Big Brother, bo wsiąkłam i jak gooopia go ogladałam zamiast cieszyć się ze wspólnych chwil z Młodym. Nie pamiętam by były z nim jakieś poważne problemy. Naprawdę. Raz była bójka w szkole podstawowej, ale jak powiedziała wtedy na zebraniu wychowawczyni "ona się nie dziwi, bo ten kolega go wyśmiewał". Do dziś pamiętam jak w liceum nauczycielka przy okazji innej rozmowy pogratulowała mi wysokiej kultury osobistej syna. Zawsze był pokojowo nastawiony do świata. Zapisany przeze mnie na treningi sportu walki chętnie chodził a gdy przyszla pora na walki grzecznie podziękował i powiedział, że walczyć nie chce. Był wytrwały i systematyczny. Kolejny sport, wodny tym razem, wytrwale jeździł nawet na poranne (6!) treningi przez blisko chyba trzy lata mimo że nigdy nie był w czołówce. Przez całe studia dorabiał w fajnym miejscu, ale miał zajęte wieczory, weekendy, czasem święta i zawsze Sylwestry. Z minusów żeby nie było tak pięknie: koloryzował i ubarwiał treści zdarzeń i opowieści. To po Tatencjuszu, którego opowieści trzeba było dzielić na cztery i koniec końców słuchaliśmy ich nie wierząc w nie. A gdy sama siebie kiedyś na tym złapałam źle się z tym poczułam i potem już świadomie zwalczyłam to w sobie. Tępiliśmy to u Młodego, podawaliśmy przykład niewiarygodnego dziadka i chyba się nawet w końcu udało, bo jakoś nie kojarzę by teraz coś było na rzeczy. 

Za co go kocham teraz, gdy jest dorosły? Źle postawione pytanie, bo nie kocha się za coś. Bardziej mi tu pasuje "dlaczego?" Bo jest moim synem. Bo widzę w nim tego małego nieporadnego, szczerego do bólu chłopca, który jest czarno-biały i zasadniczy, trochę jak jego tata. I nie potrafi być sprytny i dyplomatycznie poprawny, a czasem mi tego u niego brak. Nie muszę go lubić, bo z tym różnie bywa przy różnych sytuacjach, ale rozumiem że jest oddzielnym dorosłym bytem. Podziwiam i bardzo szanuję go za decyzję dotyczącą adopcji. Wiem, że musiał do tego dojrzeć. Mówi się, że syna wychowuje się dla synowej. Kiedyś nie mogłam sobie wyobrazić takiego obrotu sprawy. Wydawało mi się niemożliwe powstanie sytuacji gdy nie będę dla mojego dziecka już najważniejszą osobą, gdy zostanę przesunięta gdzieś obok. Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. I z jednej strony dumna jestem z niego, że tak dba o swoją kobietę i rodzinę, a z drugiej jak przystało na Teściową zastanawiam się co robi synowa oprócz tego że leży i pachnie, gdy wszystko ogarnia Młody :) Mam nadzieję, że jest mu w życiu dobrze, że jest szczęśliwy, że jest kochany, doceniany i że spełnia się dokładnie tak, jakby chciał i że ma swoje marzenia do spełnienia. 

... to że matka-Anonimka czasem sobie na niego tu pomarudzi i ponarzeka to osobna historia, bo nie zawsze musi być pięknie i idealnie, przecież musi być gorzej żebyśmy docenili to lepiej.


poniedziałek, 17 sierpnia 2026

23 / 2026

Nosiłam w sobie potrzebę powrotu do starych zapisków. Starych czyli z czasów gdy żył SzM. Bloga prowadzę generalnie od września 2004 roku wiec na dobrą sprawę do czytania mam blisko 22 lata. Stare notki z Bloxa (bo tam zaczynałam) są zarchiwizowane i wiszą sobie u mnie na poczcie mailowej ku pamięci dla mnie, być może dla dzieci, by poczytały to sobie gdy mnie już nie bedzie. A tu na blogu wróciłam do mojego starego życia i przeczytałam sobie rok 2023 od stycznia do września, do dnia w którym wszystko się zmieniło. Czytałam te teksty tak jakby to nie było moje życie, musiałam się bardzo na nich skupiać i wczuć. Inaczej wspomina się małżeństwo w tak zwanym ogólnym podsumowaniu, z perspektywy całości przeżytych wspólnie 32 lat, a inaczej patrzy się na konkretne notki z ostatnich miesięcy wspólnego życia. Celowo wybrałam ten ostatni okres. Chciałam wrócić do tamtego czasu. Skonfrontować to, co wspominam, pamiętam, za czym teraz tęsknię, czego mi teraz brakuje, z tym co wtedy czułam i pisałam. Przypomnieć sobie co mnie męczyło, drażniło, bolało, co analizowałam i mocno przeżywałam. 

Co wyczytałam? 

... przypomniałam sobie jak bardzo się spalałam w sprawie rodziców; już w maju 2023 napisałam że mojej Matencji już w środku nie ma, że zostało tylko ciało. Już wtedy czułam że będzie tylko gorzej. I pamiętam jak dziś, gdy wracając z Grecji do Polski po śmierci SzM, miałam w sobie tę myśl, chęć, potrzebę, gdy chciałam po prostu schować się w ramionach mojej dawnej mamy... I bolała świadomość, że to niemożliwe. I ja musiałam zastanawiać się z bratem czy im o śmierci SzM można mówić bez podania wcześniej leków na uspokojenie. 

... że wtedy brakowało mi czułości, bliskości i zrozumienia ze strony SzM; że nie rozmawialiśmy o emocjach, o tym co czujemy, co nas gryzie, nie mówiłam o swoich bolączkach na głos, bo nikt mnie tego wcześniej nie nauczył; wiele rzeczy odpuszczałam ponieważ nie chciało mi się już o nie walczyć, szarpać się i przekonywać, zaznaczać swojego terenu; miałam w sobie coraz mniejsze poczucie wartości, że miałam wrażenie że często robię coś nie tak jak powinnam, że nie jestem wystarczająca; że nasze życie towarzyskie było w rozsypce i bardzo się starałam by je odbudować.

... że podtrzymywaliśmy tradycje wspólnych spotkań z dziećmi żeby zachować bliskość z nimi. Często też razem gdzieś wyjeżdżaliśmy. I do tego chcę teraz wrócić, bo mimo zapewnień po śmierci SzM rozjechała się tzw. wspólnota rodzinna. Nawet jeśli nie kontaktują się zbyt często ze sobą to chcę mieć świadomość że staram się podtrzymać to wygasłe ognisko domowe, rodzinne. Nie chcę ich zmuszać do organizowania tego u siebie, ale raz w miesiącu będę ich ściągać do siebie na tak zwany niedzielny obiadek u mamusi, tudzież babci 😉

I tak mi mija wolny poniedziałek. Niechcący terapeutycznie chyba 😏😄

sobota, 15 sierpnia 2026

22 / 2026

Terapia.

Jestem wciąż, raptem miesiąc minął, ale wciąż w terapii. Wychodzę powolutku z czarnej dziury. Poszlam tam by pokazać swój ból. Tak powiedzialam, nieświadomie, mimochodem. To wyłapała terapeutka. Ale to prawda. Potrzebowałam się wygadać, opowiedzieć, poukładać myśli i emocje, które mi troszkę puściły. W środowisku nieco się otworzyłam, zaczęłam mówić, przestałam udawać, sprawiać wrażenie że jest ok. Do szału mnie doprowadzały stwierdzenia znajomych "jak fajnie z tego wyszłaś, świetnie że się ogarnęłaś" ... itp. Nie, nie ogarnęłam się i nie wyszłam. Po prostu nauczyłam się żyć sama. A teraz przestało mi się chcieć udawać że jest ok. Wkrótce, za miesiąc, miną trzy lata. Wtedy nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie za rok, dwa. A dziś żyję. Dzień po dniu. Codziennie rano na balkonie z kawą i papierosem zbieram siły by przeżyć dzień kolejny. Nie gloryfikuje SzM w żaden sposób, pamiętam jak mnie wkurzał, drażnił i denerwował, ale był. Nawet jeśli wtedy tak nie myślałam, to teraz wiem, że sama jego obecność w moim życiu była dla mnie wsparciem, dawał mi poczucie bezpieczeństwa, dbał o nas, o mnie. I żyliśmy we dwoje. Mieliśmy wspólne życie.

Moje życie solo.

Samotność nie jest fajna. Dzieci, rodzina, znajomi, koleżanki to wszystko jest fajne, fajnie że ich mam, że są, ale oni mają swoje życie i nie zawsze znajduje się tam dla mnie miejsce. Przychodzi weekend i wiem że nikt nie zajrzy jeśli się wcześniej nie umówię. Jeśli umarłabym w piątek wieczorem to znajdą mnie najwcześniej w poniedziałek gdy zaniepokojeni współpracownicy będą sprawdzać dlaczego nie dotarłam do pracy. Gdy jadę gdzieś po pracy okropna jest świadomość, że nie mam komu dać znać gdzie będę, czy będę później. Nikogo to nie interesuje.

Z obawą, z lękiem myślę co będzie dalej, jak dam sobie radę w późniejszych latach. Co robić by nie być obciążeniem dla dzieci. Póki co likwidując mieszkanie po rodzicach z automatu czyszczę też swoje z wszelkich niepotrzebnych mi rzeczy. Pozbywam się przydasików i kurzołapów. Robię to od dawna a za każdym razem znajduję jeszcze kolejne rzeczy do puszczenia w świat. 

Młodzi 

Stopniowo przyzwyczajam się do bycia Babcią. Pierwszy wieczór jako babysitter już zaliczyłam, bo Młodzi zrobili sobie wyjściową randkę. Pierwsza prośba z ich strony niestety nie mogła być zrealizowana, bo termin mi nie pasował, wypadł w mój weekendowy wyjazd. Dziadek-pasożyt wtedy miał dyżur przy wnuczce. Powiedziałam że bardzo chętnie im pomogę ale musimy ustalać terminy wcześniej. A Iskierka jest fajna, przytulaśna, lgnie do mnie. Naczytałam się bajek na dobranoc do syta. Dzisiaj idę na kawę i ciastko z okazji urodzin Iskierki. Młodzi nie zdecydowali się na duże urodzinowe party, bo podobno zaleceniem psychologa jest stopniowe wprowadzanie nowych członków rodziny do jej życia. Poznała już prawie wszystkich (Mała, mój brat z rodziną i Siostrunia nr 1 SzM). Nie poznała Siostruni nr 2 SzM, bo nie mamy z nią dobrego kontaktu. Początkowo planowali zaprosić wujków i ciocie, ale potem uznali że ograniczą się do dziadkow. Tak więc będą teście-pasożyty i ja. Będę się bardzo starać być poprawną, ale wiem że łatwo nie będzie. Znając Młodych nie spodziewam się jakiejś super gościny więc myślę że zajmie mi to max dwie godzinki. 

Mała

Niepokoi mnie że wciąż nie znalazła swojej drugiej połówki. Bardzo by chciała, wiem, ale łatwo nie będzie, bo jest kobietą świadomą, samodzielną, która wie czego chce, potrafi się świetnie zorganizować, ma grono znajomych, ma z kim spędzać czas. Dumna z niej jestem, że dobrze sobie radzi w pracy, jest finansowo niezależna. Zmieniła jakiś czas temu pracę, trochę nerwów kosztowała ją ta zmiana, bo wiadomo nowe środowisko. Nawet były łzy że przecież sama to sobie zrobiła, to była jej decyzja, ale koniec końców jest ok i jest zadowolona, a to najważniejsze.

Moje dzieci niestety nie mają ze sobą kontaktu. Młodzi do dzisiaj jeszcze Malej nie zaprosili do siebie na nowe (2024!) mieszkanie. Nie mam na to wpływu. Boleję, ale nie rozdzieram szat. Może połączą siły gdy ja już będę kiedyś wymagać opieki i wsparcia.

Brat

Jest a jakby go nie było. Póki co jeszcze łączy nas likwidacja mieszkania po rodzicach i potem jego sprzedaż. Nie odwiedzają mnie, a ja ich. Mam silne postanowienie by to zmienić i przyzwyczaić nas do kontaktów wzajemnych. Nie wiem czy to nie jest w mojej głowie problem, bo nie mam oporów by się wpraszać w odwiedziny do Siostruni nr 1 SzM. Natomiast gdy myślę o tym by pojechać do brata to zawsze z tyłu głowy mam że uszczęśliwię ich sobą na siłę i odpuszczam temat, nawet nie próbuję. W ogóle mam w głowie taką zaporę że gdy pojadę do kogoś z naszych wspólnych znajomych z czasów gdy żył SzM to ciągnę za sobą żałobny cień i nie wiem czy ten ktoś będzie się czuł dobrze w moim towarzystwie. 

Praca

Jest ok. Oswoiłam już swojego dyrektora z myślą że nie wybieram się póki co na emeryturę (a mogę już za trzy lata) i że dopracujemy razem do jego emerytury, jeśli zdrowie mi na to pozwoli. I tej wersji będę się trzymać.

Moje życie...

Nie pamiętam o czym tu ostatnio sobie pisałam. Były weekendowe kajaki nad Wartą. Była weekendowa eskapada na Śnieżkę. Było kino. Były imprezowe spotkania na ogródku. Trochę się działo.

Mam sporo znajomych i okazji do spotkań, wypadów, ale mam też w sobie taki niedosyt, że to jest powierzchowne. Ale gdy staje się jakaś nitka nicią bliższą to ja się wycofuję nieco i odsuwam, bo chyba czuję się zbyt przytłoczona. Ważna dla mnie jest świadomość że w razie czego mam do kogo dzwonić np. z prośbą o ratunek lub pomoc. Oczywiście jeśli nauczę się w końcu prosić o pomoc, bo póki co jestem raczej Zosią Samosią, która musi dać sobie radę sama.

I to by było na tyle aktualizacji.