Stali bywalcy :)

sobota, 22 sierpnia 2026

24 / 2026

35 lat temu zostałam po raz pierwszy mamą. Urodziłam syna i mój świat się zmienił. Świadomość, że jestem odpowiedzialna za nowe życie bardzo mnie paraliżowała. A nasz mały chłopczyk, który był całym moim, naszym światem pięknie się rozwijał. Noworodek nazwany przez Matencję "pomarańczką" z uwagi na barwę skóry (żoltaczka fizjologiczna), który uwielbiał spać na brzuszku. Niestety były też masakryczne kolki. Pamietam, że po kropelki na te kolki Tatencjusz jechał do apteki do dalekiego miasta, takie to były czasy. Pamiętam grzanie suszarką brzuszka osłoniętego pieluszką, bo w zasadzie tylko to pomagało. I tak przez prawie cztery miesiące. Młody był niesamowitym łakomczuchem, jego brzuszek nigdy nie był pełny. Zawsze było "am, am", bez względu na to czy przed chwilą zjadł czy nie. Zaowocowało to niestety nadwagą, która zgubił w okresie nastoletnim (mamusia zapisała na zajęcia sportowe), a która w wieku dojrzałym się uaktywniła i walczy z nią do dziś. Po porodzie zamieszkaliśmy na kilka miesięcy u moich rodziców. Zakochana we wnuku Matencja na samiuśkim początku prawie go zaanektowała i musieliśmy jej zwrócić uwagę że dziecko jest nasze :) A po pół roku przenieśliśmy się do siebie. Wieczorne rytuały tzw. usypiania, były męczące, ale dziś wspominam je z czułością. Trzeba go było ukołysać, by nie dopuszczać do płaczu z uwagi na przepuklinę pępkowa, pachwinową, a potem stan po zabiegu. Był dzieckiem ciekawym świata, raczej grzecznym, bo specjalnych problemów mam nie sprawiał, zasypywał nas tysiącem pytań o wszystko. Pamiętam ten moment gdy powiedział mi coś czego ja mu nie tłumaczyłam i wtedy zdałam sobie sprawę, że on już czerpie wiedzę ze świata zewnętrznego, nie tylko ode mnie. Nie pamiętam o czym mówił, ale pamiętam ten moment. Pamiętam, że kochałam go tak mocno że gdy byłam w ciąży z Małą pełna byłam obaw jak to będzie gdy urodzę drugie dziecko. Czy dam radę kochać je tak samo. Uwielbiałam na niego patrzeć gdy spał, przytulać to małe ciałko. Od małego dbałam by słyszał od nas słowa, że go kochamy. Gwiazdkę z nieba byśmy mu dali do momentu gdy na Boże Narodzenie nie daliśmy rady kupić pod choinkę tego konkretnego zestawu LEGO (zamówionego oczywiście w liście do Aniołka) i dostał podobny, ale inny. Pokaz złości i rozczarowania, który wtedy nam zafundował nasz pięciolatek był dla nas zimnym prysznicem, zdaliśmy sobie sprawę że dyscyplinowanie, tzw. kindersztuba, bo był dzieckiem tzw. dobrze wychowanym, to nie wszystko :) Do dziś myślę, że sześć, prawie siedem lat życia jedynaka siedzi w nim głęboko. Wspominam nasze wieczorne rozmowy przed snem, które zabrał mi dopiero Big Brother, bo wsiąkłam i jak gooopia go ogladałam zamiast cieszyć się ze wspólnych chwil z Młodym. Nie pamiętam by były z nim jakieś poważne problemy. Naprawdę. Raz była bójka w szkole podstawowej, ale jak powiedziała wtedy na zebraniu wychowawczyni "ona się nie dziwi, bo ten kolega go wyśmiewał". Do dziś pamiętam jak w liceum nauczycielka przy okazji innej rozmowy pogratulowała mi wysokiej kultury osobistej syna. Zawsze był pokojowo nastawiony do świata. Zapisany przeze mnie na treningi sportu walki chętnie chodził a gdy przyszla pora na walki grzecznie podziękował i powiedział, że walczyć nie chce. Był wytrwały i systematyczny. Kolejny sport, wodny tym razem, wytrwale jeździł nawet na poranne (6!) treningi przez blisko chyba trzy lata mimo że nigdy nie był w czołówce. Przez całe studia dorabiał w fajnym miejscu, ale miał zajęte wieczory, weekendy, czasem święta i zawsze Sylwestry. Z minusów żeby nie było tak pięknie: koloryzował i ubarwiał treści zdarzeń i opowieści. To po Tatencjuszu, którego opowieści trzeba było dzielić na cztery i koniec końców słuchaliśmy ich nie wierząc w nie. A gdy sama siebie kiedyś na tym złapałam źle się z tym poczułam i potem już świadomie zwalczyłam to w sobie. Tępiliśmy to u Młodego, podawaliśmy przykład niewiarygodnego dziadka i chyba się nawet w końcu udało, bo jakoś nie kojarzę by teraz coś było na rzeczy. 

Za co go kocham teraz, gdy jest dorosły? Źle postawione pytanie, bo nie kocha się za coś. Bardziej mi tu pasuje "dlaczego?" Bo jest moim synem. Bo widzę w nim tego małego nieporadnego, szczerego do bólu chłopca, który jest czarno-biały i zasadniczy, trochę jak jego tata. I nie potrafi być sprytny i dyplomatycznie poprawny, a czasem mi tego u niego brak. Nie muszę go lubić, bo z tym różnie bywa przy różnych sytuacjach, ale rozumiem że jest oddzielnym dorosłym bytem. Podziwiam i bardzo szanuję go za decyzję dotyczącą adopcji. Wiem, że musiał do tego dojrzeć. Mówi się, że syna wychowuje się dla synowej. Kiedyś nie mogłam sobie wyobrazić takiego obrotu sprawy. Wydawało mi się niemożliwe powstanie sytuacji gdy nie będę dla mojego dziecka już najważniejszą osobą, gdy zostanę przesunięta gdzieś obok. Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. I z jednej strony dumna jestem z niego, że tak dba o swoją kobietę i rodzinę, a z drugiej jak przystało na Teściową zastanawiam się co robi synowa oprócz tego że leży i pachnie, gdy wszystko ogarnia Młody :) Mam nadzieję, że jest mu w życiu dobrze, że jest szczęśliwy, że jest kochany, doceniany i że spełnia się dokładnie tak, jakby chciał i że ma swoje marzenia do spełnienia. 

... to że matka-Anonimka czasem sobie na niego tu pomarudzi i ponarzeka to osobna historia, bo nie zawsze musi być pięknie i idealnie, przecież musi być gorzej żebyśmy docenili to lepiej.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz