Pomyślałam, że coś wrzucę tu sobie na bloga żeby nadrobić zaległości, ale chyba nie mam weny. Nie mam o czym chyba pisać. Nic mnie jakoś nie porusza, pustka taka we mnie jest ...
Poznałam moja wnuczkę Iskierkę. Przy kolejnym chyba trzecim spotkaniu (na Dzień Dziecka) na powitanie biegła do mnie z rozpostartymi ramionami. Jakie to było miłe...
Zaliczyłam koncert, na który bilety kupowałam blisko rok temu. Było ok. Ten dwa lata temu zrobił na mnie mega wrażenie, pewnie dlatego że to był mój pierwszy tak duży. A ten teraz był po prostu ok.
Sprawa nagrobka/pomnika u rodziców już załatwiona. Mieszkanie w dalszym ciągu jest w procesie opróżniania. Mnóstwo rzeczy wywiozłam, rozdałam, wyrzuciłam. Ile razy tam byłam nawet nie liczę, a każdy raz sporo emocji mnie kosztuje. Większość szafek już jest pusta. Nie chcę by było całe opustoszałe, bo podobno urządzone lepiej się sprzedaje. Musimy się za tą sprzedaz zabrać na poważnie. Tak jak przypuszczałam, kontakt z bratem coraz bardziej zanika. Jak sprzedamy mieszkanie to już nic nas nie będzie trzymać.
Moje życie społeczne jako tako się toczy. Bez szału i entuzjazmu. Po prostu poddaję się temu co życie niesie, ale nie wychodzę z inicjatywą. Wykonanie telefonu z pytaniem co słychać to szczyt moich możliwości. A i tak odwlekam w czasie, za chwilę, za godzinę, później, a teraz to już za późno więc może jutro...
Mała ma teraz gorszy czas. A ja się martwię, bo nie potrafię pomóc. Nie chcę się narzucać, oblepiać jej sobą, a potem sobie wyrzucam, że mogę, że powinnam więcej, bardziej...
Przetrzepuję po raz kolejny chałupę i pozbywam się rzeczy zbytecznych, niepotrzebnych, bo skoro od śmierci SzM z nich nie korzystałam znaczy że nie są potrzebne. Więc też wyprzedaję, rozdaję. Żeby moje dzieci miały mniej roboty gdy przyjdzie im likwidować mieszkanie po mnie. A jeśli kiedyś mnie przyjdzie wena na jakiś remont, odświeżenie go, to na pewno będzie mi prościej to wszystko ogarnąć. Kartony z rzeczami wystawionymi do sprzedaży czekają na nowych właścicieli, a ja zaczęłam przeglądać pudła że zdjęciami. Bo na co komu tyle zdjęć. Są cztery pudła, w planie mam zrobić z nich dwa.
Siedzę w domu i czuję się jak Matencja, która kilka lat temu czekała na odwiedziny, na znak, sygnał, na cokolwiek. Karma wróciła. Teraz ja czekam. Wiem, że to nieporównywalne, ale nie mogę przestać tak myśleć.
Z tygodnia na tydzień odkładam różne rzeczy; klima w aucie (jeszcze chłodzi, ale odgrzybić w końcu po trzech latach trzeba), drobne uszkodzenie po stłuczce w zeszłym roku (niby nie przeszkadza, ale...), mrugająca lampa podłogowa (wkurza więc jej nie używam, dlatego czas poszukać złotej rączki...), sterowanie w rączce odkurzacza (nie działa regulacja, ale odkurza, a poza tym mam przecież dwa odkurzacze). Poza tym po zeszłorocznej diagnozie okulisty na serio rozważałam opcje zrobienia korekty powiek, które wchodzą mi w pole widzenia, a poza tym wyglądam jak pies basset. Czas na ustalenie terminu zabiegu już dawno minął i znowu muszę zacząć od skierowania do okulisty. Od śmierci SzM nie byłam u dentysty, a mam usuwać kamień koniecznie co roku wiec aż się boję co to będzie jak w końcu tam dotrę. Jak już tak wyliczam to i wizyta u kosmetyczki by się przydała... Obiecuje sobie że zacznę coś ze sobą w końcu robić, a biegać nie mogę, rower stoi w piwnicy, stoi i czeka na niewiadomo co, więc chodzenie mi zostaje. A kończy się na tym że siedzę na kanapie z pilotem w garści. I czasem nie wiem nawet co oglądam. Książek nie czytam, bo nie umiem się na nich skupić. Dziś zmobilizował mnie paczkomat, czyli przesyłka do nadania, więc zaraz potem poszłam na szybki marsz. Raptem niecałe 4 km, ale zawsze to coś. W lipcu mam zaplanowany weekendowy wyjazd na Śnieżkę, a drugi na kajaki więc wypadałoby ruszyć się z tej kanapy...
Poważnie zastanawiam się nad powrotem do terapii, bo czuję że przestaję sobie dawać radę. Nie mam inspiracji, chęci do czegokolwiek. Nic mi się nie chce. Robię tylko tyle co minimum. Chyba potrzebuję jakiegoś kopa w tyłek po prostu. I tylko ja to wiem, bo z zewnątrz wszystko jest ok. No może za wyjątkiem tych powiek basseta i kilku kilogramów które mi wróciły.
A jednak się rozpisałam... :)