Po pierwszej wizycie u terapeutki poczułam po prostu ulgę. Tak się poczułam. Zdziwiłam się sama sobą gdy przy słowach "mój mąż umarł" po prostu ścisnęło mi się gardło i popłynęły łzy. Poczułam się tak, jak na początku, zaraz po jego śmierci, gdy nie potrafiłam tego powiedzieć bez łez. Generalnie to teraz częściej mi się włącza płacz. To nawet nie jest płacz, to są łzy, które po prostu płyną.
Nie pisałam wcześniej, ale dobrze, że poszłaś! Powoli, powoli. Ja wierzę w mozliwosc zmiany i przerobienia tego, co trzeba. Pod twoja trauma związana ze śmiercią męża, mogą być jeszcze inne rzeczy, wierzę, że pomoże ci przyjrzenie się im.
OdpowiedzUsuńInnyglos
Zgadzam się z innymgłosem. No i to potrzebuje czasu...
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki! Czasu trzeba, mimo wszystko...
OdpowiedzUsuńCzytam, choć rzadko komentuje. Przytulam i myślę o Tobie - Irka
Trzymam kciuki. Może to banalne ale wierze, ze czas w pewnym sensie leczy rany.
OdpowiedzUsuń