Stali bywalcy :)

czwartek, 2 lipca 2020

27 / 2020

Powoli wszystko wraca do normy, wszyscy wrocili do swoich zajęć, a ja usiłuję ogarnąć swoje pracowe podwórko, a co chwile ktoś czegoś chce od mnie... I przyszedł dzień gdy zagrały fanfary i słowa uznania płynęły zewsząd. A jednocześnie właśnie w tym dniu zdałam sobie sprawę z tego, że w tym konkretnym przypadku machnęłam się i to na maxa. I to machnięcie zdyskredytowało mnie samą w swoich oczach. To jest okropne uczucie. Trzeba dodać do tego fakt, że tak naprawdę to brak mi pewności siebie, że mam takie wewnętrzne przekonanie, że tak naprawdę to jestem do niczego bo co ja tam wiem.
I nawet pisać mi się nie chce.
Diagnozując się sama mogę powiedzieć, że ta zawodowa porażka to zżera mnie ambicjonalnie i emocjonalnie.

niedziela, 14 czerwca 2020

26 / 2020

Zbliżają się urodziny Tatencjusza. Strzela mu równe 80 lat. I chciałabym móc jakoś uświetnić ten dzień, zrobić niespodziankę, trochę radości... Grubo wcześniej Matencji planowała uroczystość w knajpie, nawet przykazała mu zbierać kasę na ten cel. Koronawirus pokrzyżował wiele planów, ten również. Sytuacja wygląda tak, że oboje powinni siedzieć w domu i o ile Matencja siedzi, bardziej z musu, niż z rozwagi, bo ma problem z chodzeniem, o tyle Tatencjusza odpuścił wszelkie zalecenia. W związku z tym my odpuściliśmy robienie im zakupów i trzymanie ich pod kloszem, bo nic na siłę. I teraz a propos zbliżającej się uroczystości... Matencja nie ma sił by przygotować coś w domu, to raz. Na pewno nie zwalimy się im na głowę do domu, zarówno z powodu tego że wirus jak i tego że patrz zdanie wcześniej. Na imprezę w knajpie kasy nie mają, poza tym uważają ze jeszcze nie ten czas na uroczystości że względu na wirusa. Wstępnie rozważałam zrobienie niespodzianki pt. obiad w knajpie i zyczenia, ale skoro mówią że to za wcześnie to chyba się obawiają. Najprościej byłoby podrzucić życzenia i upominek, ale nie jest to prosta sprawa. Bo nie ma takiej rzeczy dostępnej dla mnie, na świecie, która sprawiłaby radość mojemu ojcu. I w tym temacie jestem kompletnie bezradna.

I żeby nie było, że nie jestem córka swojego taty... Zbliżają się moje urodziny i kompletnie nie wiem czego ja mogłabym sobie zażyczyć na urodziny. Nie żeby ktoś pytał, ale tak sama dla siebie. Czego bym chciała... Spokoju przede wszystkim.


poniedziałek, 8 czerwca 2020

25 / 2020

I pomyśleć że powinniśmy być na wczasach... Tak, ten świrus covid pozmieniał nam życie dość solidnie.
Poczawszy od tego, że moje życie zawodowe wywróciło się do góry nogami i to w taki sposób, którego nie byłabym chyba w stanie sama wymyślić, nawet po pijaku.
Poprzez odwleczenie w czasie wesela Młodego i Panny na za rok.
Aż do kompletnego rozbicia urlopu. Zwykle rezerwujemy miejscówki wcześnie. Zdarzało się nam rezerwować w grudniu albo i styczniu. Tym razem przebilismy samych siebie. W maju 2020 mamy zrobiona rezerwację na rok 2021 (udało się przenieść żeby nie stracić wpłaconej zaliczki). W zamian kompletnie rozpierniczone wakacje 2020. SzM urlopuje, ja pracuję. Może uda nam się w sierpniu razem wyskoczyć gdzieś na tydzień.
Potrzebne mi to wolne, potrzebuję spokoju, potrzebuję oderwać się od pracy, od dzwoniącego telefonu, wiecznych problemów pracowych... Nie ukrywam, że miło jest słuchać wyrazów uznania i pozytywnych opinii pod własnym adresem, ale tylko ja wiem jak wiele mnie to kosztowało, ile pracy, nerwów, stresu... zdecydowanie za dużo. 
Tak na dobrą sprawę, szczerze powiem, to takie rozwiązanie też ma swoje plusy, bo brakowałoby mi takiego doprowadzenia zadania do końca, pewnego rodzaju przekazania pałeczki. Dam radę, teraz to już spoko luz. Jeszcze ciut wytrzymam i przekażę stery. Odliczam dni.
Psychicznie posypałam się bardzo. Liczę na to, że gdy odetchnę, naładuje baterie i wrócę do formy. Czasem się zastanawiam czy to długotrwały stres, wyczerpanie, przepracowanie czy może początki demencji albo innego Alzheimera... 

Matury dziś za startowały. Dopiero rano w pracy się dowiedziałam. Nie mam czasu na wiadomości w TV. Jak już mam czas to spędzam go z komórką w garści w poszukiwaniu wiedzy merytorycznej, że niby tylko na chwilkę coś tylko sprawdzę, a potem nagle robi się ciemna noc.
A moja matura 30 lat temu... Matko i córko, ależ ze mnie dinozaur... Kiedyś gdy słyszałam, że ktoś jest 30 lat po maturze, to prawie się dziwiłam, że jeszcze żyje 😉

A nasza Mała Młoda czeka na termin obrony pracy licencjackiej. Najprawdopodobniej będzie to obrona zdalna, ale tak na pewno to nikt nie wie. Na chwilę obecną powiedziała, że idzie na magisterkę, żeby nie tracić zniżek i ulg studenckich. Każda motywacja jest dobra. Chyba. Ale czy tak zrobi to się dopiero okaże.

Dobranoc. 

środa, 27 maja 2020

24 / 2020

Dzień Matki

Do południa telefon z życzeniami od Młodego. Standard. "... a spotkamy się jak się to wszystko uspokoi...". To moje dziecko, ale słuchać już nie mogę jakie ta jego Panna ma pracowe przygody i jak bardzo jaet nrazona na zagrożenie. Panie wybacz, ale nie wydalam, nie daje rady...

Grzeczna córeczka, ta która wciąż siedzi w głębi mnie samej kazała mi pojechać do Matencji z życzeniami. Mało tego, przekroczyłam próg mieszkania i wypiłam u nich kawę. Do tej pory trzymaliśmy się z dala. Początkowa ich izolacje odpuściliśmy. Nawet nie tyle my co oni sami. Ale trudno żebyśmy jak goopki latali robili zakupy, nosili pod drzwi, z zachowaniem ostrożności, izolacji itp. A Tatencjusz spoko-loko sam wędruje po mieście. Najpierw ochrzanialam, a potem już po prostu wchłonęła mnie praca i po prostu nie miałam czasu na użeranie się z nimi i uszczęśliwianie ich na siłę. I tak to stało się. Dziś przekroczyłam granice. Byli stęsknieni mojej obecności i relacji z mojej Fabryki. Tak więc w zasadzie oni nic, a ja gadałam jak nakręcona. Potem już w domu pomyślałam, że może to i lepiej, bo jakby oni gadali to na bank by się pokłócili. 

A potem... Wróciłam do domu i przy parkowaniu spotkałam Małą w drodze na spacer. Tak więc zaliczyłyśmy wspólny spacer po naszym lesie. W drodze powrotnej wymyśliłyśmy pizzę z ulubionej pizzerni. Potem deser dla mnie czyli przepyszna sałatka owocowa, prosto z lodówki. Pycha!
A potem... Domowe Spa 😁
Świece, zapachy, muzyczka, miejsce do leżenia, wałek pod nogi, opaska na włosy i gabinet kosmetyczny w mojej własnej sypialni się był zrobił 😁😁
Ekokosmetyki, masaż, relaks, pełne rozluźnienie... Tego mi było trzeba. 
Najlepsiejszy mój Dzień Matki ever.

Jak fajnie, że urodziłam sobie jeszcze córkę. Gdyby nie to mój dzisiejszy Dz M skończyłby się na życzeniach przez telefon.
😁😁😁😉

niedziela, 24 maja 2020

23 / 2020

Ostatni miesiąc to dla mnie naprawdę trudny czas, szkoła życia. Nie wiedziałam, że potrafię że stresu i bezsilnosci płakać, mieć odruchy wymiotne, zanik apetytu, kłopot z koncentracją, ze snem. Cały czas z tyłu głowy głęboki i ogromny stres. Początkowo praca zdalna i ręczne sterowanie firmą, potem już z siedziby. Bez wsparcia, rzucona na głęboka wodę liczyłam że potrwa to tydzień, może dwa. Niestety w tym tygodniu minął miesiąc i dalej trwa. Na szczęście stan ogromnego kryzysu już chyba za nami. Oby tak było. Mój obecny szef zapytał czy też stwierdził, że chyba samą siebie zadziwiłam, że dałam radę. Bo piał hymny pochwalne na moją cześć. Mile to było, nie powiem ze nie. Nieskromnie przyznam się tu sama sobie, że było ciężko, że płakałam, ale nie miałam takiego momentu zwątpienia w siebie. Bardziej obawiałam się o sprawy, które nie zależą ode mnie, a definiują mój stan i moja pracę. No i o zdrowie swoje, bo stres zżerał mnie na maxa. Poza tym praca prawie 24 h na dobę jeszcze nikomu nie wyszła na dobre. 
Będzie dobrze, jeszcze parę chwil i będzie. Musi być. 

poniedziałek, 18 maja 2020

22 / 2020

Da się oswoić stres, przywyknąć do niego. Pastylka do ssania na literkę V moim ulubionym przyjacielem jest. Nawet jeżeli działanie ma mikre to moją psyche podnosi mi mocno. A to najważniejsze. 
Zapracowana jestem na maxa. Uszczęśliwiona na siłę pewnego rodzaju awansem, którego na pewno nie chce dłużej niż to konieczne.

Wakacje
przeniosłam nasza rezerwację na przyszły rok. Pandemia totalnie spieprzyła nam urlopy. I sam wyjazd i terminy. Nie wyjeżdżamy, posnujemy się rowerowo tu na miejscu, o ile dostanę ten mój urlop. 



sobota, 2 maja 2020

21 / 2020

Nigdy w życiu nie wymyśliłabym scenariusza swojego obecnego zawodowego życia. Nie uwierzyłabym, gdyby mi wcześniej ktoś opowiedział moje ostatnie dwa pracowe tygodnie.
Nowa sytuacja, nowe wyzwania, potężny kryzys, a w tym wszystkim ja, świeżynka w każdej dziedzinie. Dziś ciut, ale tylko ciut lepiej. Natomiast zaznajomiłam się z uczuciem paniki, lęku i stresu. Nieprzespane, albo przedrzemane ze stresem w tle, noce, fizyczny ból mięśni, ściśnięty żołądek, nudności, uczucie zamknięcia w pułapce, mega stres, bezsilnosc, łzy bezradności i osamotnienia, a do tego świadomość że tylko ja bo nikt inny i w końcu po prostu płacz ze stresu. Niejeden.
Słowem masakra czyli nie jest łatwo. I nikt nie wie jak długo to potrwa...

piątek, 17 kwietnia 2020

20 / 2020

Koronawirus. To stan wojny z niewidzialnym wrogiem, wobec którego jesteśmy bezsilni.
Idę na wojnę, nikt nie pyta czy chce, czy dam radę. Trzymajcie kciuki.

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

19 / 2020

Wielkanocna Niedziela za nami. Leniwa, spokojna, bez spiny, bez pośpiechu, stresu...
Z tyłu głowy miałam jednak cały czas tę myśl, że Matencja i Tatencjusz sami tam u siebie, że nie wiem jak tam między nimi się ułożyło, bo tam to jak zawieje wiatr...
Tak, to prawda, spodobały mi się takie Święta, kiedy na pełnym legalu nic nie muszę, a ta grzeczna córka siedząca we mnie ma pełną dyspensę i w świetle prawa nie może nic robić, żeby zabić swoje chyba irracjonalne wyrzuty sumienia. 😁😁😁

Hmmm... Czy dałoby to coś gdybym to wszystko co czuję i myślę powiedziala im czyli Matencji i Tatencjuszowi prosto w oczy? Próbowałam, mówiłam, tłumaczyłam... Teraz to bez sensu. Matencja jest na takim etapie, że słyszy tylko to, co chce usłyszeć, reszta po prostu do niej nie dociera. Przerobiłam to nawet ostatnio, chyba ze dwa tygodnie temu.
Chyba powiem moim dzieciom, że jak przyjdzie czas, że będę taka jak teraz Matencja to mogą mnie odstrzelić żeby mieć ze mną spokój...

Szczerze, to największy problem mam sama że sobą... Bo w to, że jestem skrzywiona psychicznie to nie wątpię.
Zawsze miałam wdrukowane do głowy, że ojciec to ten zły w ich małżeństwie. Ona zajmuje się domem i dziećmi, nie pracuje. On zarabia na rodzinę, ma własną działalność i nielimitowany czas pracy. Poziom życia całkiem ok. On jest od zarabiania kasy, w nic więcej się nie angażuje, ona ma na głowie resztę. Jego w domu więcej nie ma niż jest. Od zawsze wiem, że ona w tym małżeństwie jest nieszczęśliwa. Bo ja zdradzał, bo jej nie szanował, bo ja poniżał. Nie, nie było niebieskiej karty, ale słowo też boli. Nie byliśmy świadkami tych utarczek małżeńskich, ale mama zawsze dbała bym wiedziała, że on ją źle traktuje, a ona jest nieszczęśliwa.
Do dziś Wigilia kojarzy mi się z tym, że już po kolacji mama siadała słuchać kolęd i płakać, bo "u nich w domu to tak było radośnie, rodzinnie, i jak sobie to wszystko wspomina to jej żal". Nielimitowany czas pracy ojca nie sprzyjał dochowywaniu wierności. Matencja na straconej pozycji, bo znerwicowana, bez środków do życia, więc o konkretnej decyzji pt. rozwód nawet nie było mowy (proponowałam, pytałam wręcz zarzuciłam, czemu nie zrobiła tego wcześniej), bo w ogóle nie brała tego pod uwagę. Przerobiłam rolę negocjatora między nimi, ustawiacza do pionu Tatencjusza, terapeuty Matencji. Zawsze była serdeczna, skora nam do pomocy, często nawet aż za bardzo, nieba była skłonna mi, nam przychylić, ale zawsze powtarzam, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Zwłaszcza, gdy potem pada tekst o byciu niewdzięcznym "gdy ona tak komuś robi dobrze". Był czas gdy sytuacja między nimi była bardzo napięta, sprawy finansowe się komplikowały, a on, ojciec znaczy się jak to ona mówiła "nie wiadomo gdzie chodził". Potrafiła dzwonić do mnie po 20 razy dziennie, żeby się wyżalić, a głównie po to, żeby nadawać na niego, a mnie się wtedy chciało wyć gdy słyszałam, że dzwoni telefon. Szczerze mówiąc z perspektywy czasu to myślę, że dobrze ze mi się wtedy nie rozsypało małżeństwo... Dopiero SzM powoli pokazywał mi obecną sytuację trochę bardziej obiektywnie. Sprawił, że przestałam myśleć z automatu że on, ojciec znaczy, jest ten zły.
Niestety nie byłam, nie jestem i nie będę już w stanie sprawić, by Matencja przy ich każdej najdrobniejszej scysji, sprzeczce nie omieszkała wygarnąć Tatencjuszowi ile to on jej złego zrobił, że to przez niego jest taka znerwicowana, ile dobrego ona włożyła w te rodzinę, i jak bardzo on ja unieszczęśliwia... Nawet gdy się nie kłócą to niestety ile razy może tyle razy wbije mu jakąś szpilę. Niejednokrotnie pisałam tu, że wykorzystuje naszą, moją obecność do rozegrania czegoś tam. Jest po prostu mistrzynią manipulacji. A jak słyszę "powiedz mu to, śmo i owo" to nóż mi się w kieszeni otwiera. On jej w odwecie też nie pozostaje dłużny i tak się kółeczko zamyka... Ona na niego narzeka że się nie odzywa, że jak jest w domu to do niej nawet nie zajrzy, nie zainteresuje się. A on mi mówi, że woli się nie odzywać, bo jak powie coś nie tak to ona się czepia, a jak już się czepi to gada jak nakręcona.
Ileż ja się już do nich nagadałam...

A psychicznie ja osobiście nie potrafię sobie poradzić z tym, że:
- po pierwsze jestem zła na Matencję, że od dziecks kreśliła mi negatywny obraz ojca (mimo że wiem, że nie był kryształem) i potem w moim dorosłym życiu, wtajemniczala w zakamarki ich spraw małżeńskich. I zaraz potem myślę sobie, że komu miała się wyżalic, zwierzyć, że chyba bardziej powinnam być zła na niego, bo to on jest przyczyną...
- po drugie zła jestem na siebie, że nie potrafię być dla niej bardziej serdeczna, że nie jestem taką córeńką przytulaskiem, która przytuli, pocieszy... Mam wrażenie że nie robię tego z obawy, że wzmocnię ją w poczuciu racji i doznanej krzywdy, a ona będzie jemu dokuczać jeszcze bardziej i będą jeszcze bardziej skonfliktowani.
A może to dla mnie tylko dobre wytłumaczenie...
- po trzecie jestem na siebie zła za taki a nie inny stosunek do niej, że zamiast być wdzięczna, za to że tyle mi pomogła to ja taka do doopy córka jestem.

I nie próbuje już żadnych uskuteczniajacych rozmów, negocjacji, tekstów z cyklu, we dwoje jesteście musicie dbać o siebie nawzajem, bo on przytaknie, ale co z tego skoro i tak ma ją w głębokim poważaniu, a od niej zaraz usłyszę, że on jej tyle krzywdy zrobił, to jak ja teraz mogę tak mówić. No i oczywiście, że trzymam jego stronę.

I tak to...


niedziela, 12 kwietnia 2020

18 / 2020

Kwarantanna trwa. Matencja z Tatencjuszem to dramat. Matencja sama w sobie jest uciążliwa dla otoczenia, wiek, dziwactwa, charakter plus zmiany po udarowe to nie jest fajna mieszanka. Do tego animozje z mężem osobistym, Tatencjuszemoim moim znaczy się. No dramat. I tak długo wytrzymali bez porządnej awantury. Każde z nich ma swoje racje. A mnie zostaje tylko współczuć Tatencjuszowi i wysłuchać Matencji. A gadane to ona ma. Z charakteru to ja podobno jestem cały tata, no wypisz, wymaluj, tak mówią, więc ja go doskonale rozumiem, znam jego tok rozumowania, bo mam to samo. A Matencja stoi na stanowisku że skoro nie jestem z nią, to jestem przeciwko niej. Mam dość wiecznego "Ty musisz mu powiedzieć..." Staram się... Za każdym razem staram się i obiecuję sobie być miłą, serdeczną, współczującą... A po kilku minutach rozmowy budzi się we mnie agresor i robi się ze mnie sukencja po prostu.

U nas w domu ok, dajemy radę, nie kłócimy się, nie dokuczamy sobie, bałam się, że będziemy zmęczeni sobą, a mam wrażenie, że jesteśmy bliżej siebie. Może nie na linii SzM i ja, ale na pewno my - Mala/Młoda. Jutro śniadanie wielkanocne, w naszym maleńkim gronie trzyosobowym. Każdy będzie świętować osobno, Teście, moi rodzice, Młody z Panną i my. Inne to będą Święta...

Moja praca zdalna wykończy mnie psychicznie, spalam się, nie potrafię się odciąć od firmy. A telefon dzwoni mi praktycznie cały czas. Tęsknię za normalnością.
Na wakacje w terminie nie liczę na pewno. Przeniosę rezerwację na jesień, choć wiem, że raczej nie pojedziemy jesienią, ale może uda mi się tak poprzesuwać żeby nie stracić tej zaliczki.
Drżę na myśl o weselu Młodego, bo slyszalam, że do 31.08 odwołane komunie i bierzmowania, a śluby odbywać się mają w ograniczonym składzie tj. 5 osób. Przekładać? odwoływać?... a zaliczki nie do odzyskania...
Hmmm. Cóż.

Mimo wszystko życzę Wam spokojnych i radosnych Świąt, a do tego szybkiego powrotu do codziennej normalności, za którą już zaczynam tęsknić...