Stali bywalcy :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2020

19 / 2020

Wielkanocna Niedziela za nami. Leniwa, spokojna, bez spiny, bez pośpiechu, stresu...
Z tyłu głowy miałam jednak cały czas tę myśl, że Matencja i Tatencjusz sami tam u siebie, że nie wiem jak tam między nimi się ułożyło, bo tam to jak zawieje wiatr...
Tak, to prawda, spodobały mi się takie Święta, kiedy na pełnym legalu nic nie muszę, a ta grzeczna córka siedząca we mnie ma pełną dyspensę i w świetle prawa nie może nic robić, żeby zabić swoje chyba irracjonalne wyrzuty sumienia. 😁😁😁

Hmmm... Czy dałoby to coś gdybym to wszystko co czuję i myślę powiedziala im czyli Matencji i Tatencjuszowi prosto w oczy? Próbowałam, mówiłam, tłumaczyłam... Teraz to bez sensu. Matencja jest na takim etapie, że słyszy tylko to, co chce usłyszeć, reszta po prostu do niej nie dociera. Przerobiłam to nawet ostatnio, chyba ze dwa tygodnie temu.
Chyba powiem moim dzieciom, że jak przyjdzie czas, że będę taka jak teraz Matencja to mogą mnie odstrzelić żeby mieć ze mną spokój...

Szczerze, to największy problem mam sama że sobą... Bo w to, że jestem skrzywiona psychicznie to nie wątpię.
Zawsze miałam wdrukowane do głowy, że ojciec to ten zły w ich małżeństwie. Ona zajmuje się domem i dziećmi, nie pracuje. On zarabia na rodzinę, ma własną działalność i nielimitowany czas pracy. Poziom życia całkiem ok. On jest od zarabiania kasy, w nic więcej się nie angażuje, ona ma na głowie resztę. Jego w domu więcej nie ma niż jest. Od zawsze wiem, że ona w tym małżeństwie jest nieszczęśliwa. Bo ja zdradzał, bo jej nie szanował, bo ja poniżał. Nie, nie było niebieskiej karty, ale słowo też boli. Nie byliśmy świadkami tych utarczek małżeńskich, ale mama zawsze dbała bym wiedziała, że on ją źle traktuje, a ona jest nieszczęśliwa.
Do dziś Wigilia kojarzy mi się z tym, że już po kolacji mama siadała słuchać kolęd i płakać, bo "u nich w domu to tak było radośnie, rodzinnie, i jak sobie to wszystko wspomina to jej żal". Nielimitowany czas pracy ojca nie sprzyjał dochowywaniu wierności. Matencja na straconej pozycji, bo znerwicowana, bez środków do życia, więc o konkretnej decyzji pt. rozwód nawet nie było mowy (proponowałam, pytałam wręcz zarzuciłam, czemu nie zrobiła tego wcześniej), bo w ogóle nie brała tego pod uwagę. Przerobiłam rolę negocjatora między nimi, ustawiacza do pionu Tatencjusza, terapeuty Matencji. Zawsze była serdeczna, skora nam do pomocy, często nawet aż za bardzo, nieba była skłonna mi, nam przychylić, ale zawsze powtarzam, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Zwłaszcza, gdy potem pada tekst o byciu niewdzięcznym "gdy ona tak komuś robi dobrze". Był czas gdy sytuacja między nimi była bardzo napięta, sprawy finansowe się komplikowały, a on, ojciec znaczy się jak to ona mówiła "nie wiadomo gdzie chodził". Potrafiła dzwonić do mnie po 20 razy dziennie, żeby się wyżalić, a głównie po to, żeby nadawać na niego, a mnie się wtedy chciało wyć gdy słyszałam, że dzwoni telefon. Szczerze mówiąc z perspektywy czasu to myślę, że dobrze ze mi się wtedy nie rozsypało małżeństwo... Dopiero SzM powoli pokazywał mi obecną sytuację trochę bardziej obiektywnie. Sprawił, że przestałam myśleć z automatu że on, ojciec znaczy, jest ten zły.
Niestety nie byłam, nie jestem i nie będę już w stanie sprawić, by Matencja przy ich każdej najdrobniejszej scysji, sprzeczce nie omieszkała wygarnąć Tatencjuszowi ile to on jej złego zrobił, że to przez niego jest taka znerwicowana, ile dobrego ona włożyła w te rodzinę, i jak bardzo on ja unieszczęśliwia... Nawet gdy się nie kłócą to niestety ile razy może tyle razy wbije mu jakąś szpilę. Niejednokrotnie pisałam tu, że wykorzystuje naszą, moją obecność do rozegrania czegoś tam. Jest po prostu mistrzynią manipulacji. A jak słyszę "powiedz mu to, śmo i owo" to nóż mi się w kieszeni otwiera. On jej w odwecie też nie pozostaje dłużny i tak się kółeczko zamyka... Ona na niego narzeka że się nie odzywa, że jak jest w domu to do niej nawet nie zajrzy, nie zainteresuje się. A on mi mówi, że woli się nie odzywać, bo jak powie coś nie tak to ona się czepia, a jak już się czepi to gada jak nakręcona.
Ileż ja się już do nich nagadałam...

A psychicznie ja osobiście nie potrafię sobie poradzić z tym, że:
- po pierwsze jestem zła na Matencję, że od dziecks kreśliła mi negatywny obraz ojca (mimo że wiem, że nie był kryształem) i potem w moim dorosłym życiu, wtajemniczala w zakamarki ich spraw małżeńskich. I zaraz potem myślę sobie, że komu miała się wyżalic, zwierzyć, że chyba bardziej powinnam być zła na niego, bo to on jest przyczyną...
- po drugie zła jestem na siebie, że nie potrafię być dla niej bardziej serdeczna, że nie jestem taką córeńką przytulaskiem, która przytuli, pocieszy... Mam wrażenie że nie robię tego z obawy, że wzmocnię ją w poczuciu racji i doznanej krzywdy, a ona będzie jemu dokuczać jeszcze bardziej i będą jeszcze bardziej skonfliktowani.
A może to dla mnie tylko dobre wytłumaczenie...
- po trzecie jestem na siebie zła za taki a nie inny stosunek do niej, że zamiast być wdzięczna, za to że tyle mi pomogła to ja taka do doopy córka jestem.

I nie próbuje już żadnych uskuteczniajacych rozmów, negocjacji, tekstów z cyklu, we dwoje jesteście musicie dbać o siebie nawzajem, bo on przytaknie, ale co z tego skoro i tak ma ją w głębokim poważaniu, a od niej zaraz usłyszę, że on jej tyle krzywdy zrobił, to jak ja teraz mogę tak mówić. No i oczywiście, że trzymam jego stronę.

I tak to...


16 komentarzy:

  1. Wiesz co, a gdyby tak zasięgnąć porady fachowca, czyli po prostu pójść do psychologa? Pokieruje, pomoże.Przecież nie możesz brać na swoje barki czyichś problemów, nawet jak jest to własna matka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie to się wydaje, że to jest sytuacja bez wyjścia. Żadne nie odpuści. A Matencja potrzebuje tzw. wolnego słuchacza. Muszę po prostu wysłuchać dziennej porcji żalów, pretensji itp. Całej relacji krok po kroku, kto co powiedział i co on sobie nie myśli. Echh...

      Usuń
  2. Kiedy czytam Twoje refleksje, to tak dużo odnajduję w nich siebie i swoich relacji z Mamą. Jedyny plus tego dla mnie jest taki, że jestem świadoma jaka, jako matka mam NIE być. Na szczęście stworzyłam z moim Mężem cudowną rodzinę i dobry, wspierający związek i teraz to jest dla mnie priorytet i punkt odniesienia. A Mamy mi żal, że tak bardzo widzi świat w czarnych kolorach :( A swoim synom, podobnie jak ty mówię: jak będę taka jak Babcia - lać po głowie, nie patrzeć, że niehumanitarnie ;) Cieszy mnie też, że oni tych obciążeń moich relacji między mną a moją mamą, nie dźwigają na sobie. Mają z moją mamą do re relacje i z większym dystansem podchodzą do jej sposobu postrzegania rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też bardzo się staram nie powielać błędów Matencji. Zdaje sobie sprawę z tego co ona zrobiła źle, albo raczej czego nie powinna była robić.
      Moje dzieci wiedzą, że dziadkowie żyją niby razem, a jednak osobno, że babcia zawsze na pretensje do dziadka, że jak z nimi jesteśmy i nie ważne czy u nas czy u nich, to w każdej chwili może się zrobić kwas. Nie wiedzą natomiast o tym, że dziadek zdradzał babcie. Uważam, że ta wiedza nie jest im potrzebna do szczęścia.

      Usuń
  3. Psycholog to by się przydał dawno, Tobie, mnie i wielu innym córkom. U mnie było zupełnie inaczej, relacje między rodzicami były dobre, choć jak ojciec gdzieś zabalował, mama się denerwowała i tymi nerwami nas obdzielała. Miałyśmy wryte z siostrą poczucie obowiązku w stosunku do rodziców a oni - że oni są dla nas na 1 planie, nie zaś nasze rodziny. Uważam,że robiłyśmy dla rodziców bardzo, bardzo dużo a jednak cięgle w tyle głowy było poczucie, że za mało. I tak jak piszesz na początku - jak tylko byłam w swoim domu ciągle miałam poczucie winy, że nie jestem u nich. Nie sądzę by oni kiedykolwiek takie poczucie mieli, pomagali nam tez dużo ale jednak mieli swoje życie. Więc i my miejmy swoje bez poczucia winy. Moi rodzice nie żyją już a mnie to poczucie winy nadal nie opuszcza. Bo może za mało, może byłam egoistką...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze słyszałam, że rodzice są najważniejsi w każdym aspekcie. I powiem szczerze byłam mega zdziwiona gdy sto lat temu gdzieś wyczytałam, że wg kościoła najpierw w hierarchii stoi mąż, żona i własna rodzina a dopiero potem reszta świata czyli rodzice. Tak mocno to miałam wydrukowane.

      Usuń
  4. każdy ma w rodzinie jakąś "matencję"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ukrywam, że stanowi to dla mnie pociechę, bo często myślałam, że to że mną jest coś nie tak.
      😁

      Usuń
  5. Ale przecież nawet wtedy były kobiety, które na 6.00... wychodziły do pracy i cały dom też był na ich głowie, czasem miały też garstkę dzieci (czy była jakaś przeszkoda, że mama nie pracowała?). Te zdrady ojca to pewnik? Wydaje mi sie że Twoja mama ma skomplikowany, również dla samej siebie charakter, ale tego się już nie da zmienić. Tato da radę. Tylko Ty masz najgorzej, bo może tak jak pisze Grażyna nawet po śmierci rodziców będziesz miała wyrzuty sumienia, zupełnie bezzasadne. Niczemu nie jesteś winna, mama nie powinna wprowadzać dziecka (nawet starszego) w takie sprawy tak głęboko. Trzymasz właściwą opcję, tylko nie zamartwiaj się tak bardzo, szkodzisz sobie na zdrowiu, a całej rodzinie jesteś potrzebna.
    Wybacz, ale tak to widzę- zosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zosiu, wiem i szlag mnie trafia gdy słyszę jak miała ciężko w życiu. Nie umniejszam jej pracy, ale zdaje sobie sprawę że jako kobieta nie pracującą zawodowo miała zdecydowanie lepiej. Nie pracowała, bo najpierw uznali, a właściwie to ojciec powiedział, że on zarobi na rodzinę, a ona niech odchowa dzieci, a potem gdy byliśmy już starsi to był czas bezrobocia. Poza tym bez będę szczerą nigdy nie widziałam by robiła cokolwiek w tym kierunku by podjąć pracę zawodowa. Nam też dzięki temu było lepiej, bo mama zawsze była w domu, a potem pomagała mi i mogłam ja wrócić do pracy, a ona pilnowała moich dzieci.
      A propos zdrad... Tak. Pewne.

      Usuń
  6. Widzę ze temat bardzo mi bliski.Po latach zrozumialam ze rodzice nie powinni nie dorosłym dzieciom zatruwac głów swoimi dorosłymi często złymi relacjami i się nimi dziećmi posługiwać.Teraz widzę ze to było bardzo chore i nadawało się do psychologa.Mam wrażenie ze psulo tez relacje rodzic-dziecko lub szczulo jedno na drugiego.Wpłynęło tez na dorosłe moje życie i relacje z partnerami.Bardzo staralam się aby moje dzieci miały inaczej ale wiem ze nie wszystko udało się ochronić przed złymi wzorami jakie widzieli u dziadków.I nie miej wyrzutów bo to oni manipulowali nami jak pionkami w swojej grze.Oboje moi juz nie żyją a ja często wracam myślami dlaczego tak było.Przecież kiedyś chyba się kochali skoro brali ślub.Jak po takim dzieciństwie umieć dobrze zbudować swoje życie i brać dobry przykład. Dobrze ze mieszkasz osobno.Ja uciekła jak najdalej ale telefony były aż gorące od skarg z obu stron.I jak nawet dorosłe juz dziecko może brać którąś ze stron,to manipulacja uczuciami.Trzymaj się zdrowo ,Pozdrawiam serdecznie.Marta uk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to prawda, bardzo się starałam nie powielać wzoru małżeństwa swoich rodziców. Nóż mi się w kieszeni otwierał gdy słyszałam rady od Matencji w sprawie mojego związku, bo akspertem od związków to ona nie była i nie jest na pewno.

      Usuń
  7. Zdrady są bardzo bolesne i na tym rzeczywiście może zasadzać się drażliwość Twojej mamy. Szkoda, że nie potrafi jednak poniechać... chociażby dla mężowskich zalet. Gdyby spojrzała szerzej, jacy potrafią być mężowie, zwłaszcza w pokoleniu Twoich rodziców i wcześniej- zdradzi i cicho sza bo jeszcze pobije!
    Trzymaj się dobra i dzielna dziewczyno!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaje sobie sprawę z tego, że zdrada ma ogromny wpływ na psyche, ale niejednokrotnie apelowałam o zdrowy rozsądek, a nawet o chłodna kalkulację, by odpuściła, odcięła to co było i patrzyła tylko na tu i teraz. Niestety, schiza zdrady działa wciąż (ojciec ma lat 80!), do tego do chodzi czasem jej przekonanie o jego jakimś nieślubnym dziecku, na które pewnie płaci alimenty i stąd problemy finansowe. Zadałam sobie trud i sprawdziłam, uznanego dziecka oprócz nas nie ma żadnego. 😁
      Dramat po prostu...

      Usuń
  8. Ni podpisana: zosia :)
    Dobrej nocy...

    OdpowiedzUsuń