Stali bywalcy :)

sobota, 13 listopada 2021

86 / 2021

... A dziś wycieczka z SzM. Samochodowa. Nie powiem żeby mi się bardzo chciało, ale cóż było robić pojechałam.



czwartek, 11 listopada 2021

85 / 2021

Zaliczyłyśmy z Małą kolejny babski wypad. Tym razem - tadammm! - do Włoch 😁 

Geneza jest taka, że Mała miała zaplanowany urlop, szukała sobie czegoś na singlowy wyjazd w Polsce, ale trafiła na tzw. tanie loty. Ponieważ nigdy jeszcze nie leciała uznała, że potrzebuje wsparcia i w jeden taki piątek do poludnia zadzwoniła do mnie z pytaniem czy nie poleciałabym z nią w niedzielę do Włoch. No to poleciałyśmy i wróciłyśmy. Było fajnie. Pogoda dopisała, zwiedzałyśmy samodzielnie, dokładnie to co akurat nam się chciało, rozsądnie, bez programu, listy must have, której nikt nie zrobił z braku czasu, po prostu tak jak chciałyśmy. 

Powiedziałam Małej, że jadę, ale ona jest pilotem od wszystkiego.  Mała jest młoda, sprytna, biegła w internetach, aplikacjach, anglojęzyczna biegle i włoskojęzyczna trochę (6 lat nauki w szkole). Zatem ogarnęła temat biletów na samolot i hotelu. Nasze tanie bilety nie miały opcji wyboru miejsca, bo trzeba za to dodatkowo zapłacić, nie miałyśmy też żadnego bagażu tylko 1 podręczny plecaczek. Ja z kolei obczaiłam włoskie covidowe wytyczne, wypełniłam formularz lokalizacji, zgłosiłam nas do Odyseusza, co by rządowy MSZ wiedział, że takie dwie są za granicą, i drukowałamj wszystko co trzeba. Jak się okazało Mała hotel wzięła tani, ale na peryferiach. Na szczęście dało się go jeszcze odkręcić i wzięłyśmy ciut droższy, ale w centrum, blisko dworca i do tego taki bardzo mocno włoski, klimatyczny. To były bardzo szybkie akcje, bo prawie z dnia na dzień. W piątek padła propozycja i zapadła decyzja, że wylatujemy w niedzielę, a jeszcze na sobotę po południu mieliśmy już zaproszonych gości. Najważniejsze to formalności, a listę atrakcji się przejrzy w trakcie, szkic był taki, że ma być: Bergamo, Mediolan i jedno jezioro 😁

Dzień 1. 

Na lotnisko podwozi nas SzM. Wszystko przebiega sprawnie. Mała odprawiła nas on line więc jedna kolejka odpada. Upewniamy się, że tak jest i stajemy w drugiej, do kontroli bezpieczeństwa. I potem mamy 2 godziny czekania, bo balysmy się spóźnić 😁 W samolocie udaje nam się zmienić miejsce i siedzimy obok siebie. Ludzi dużo. Wszyscy w maseczkach cały czas. Załoga (włoskojęzyczna) bardzo tego pilnuje. Za oknem ciemno więc widoki żadne. Przylot na miejsce wieczorem. Jedziemy autobusem spod lotniska do Bergamo. Od razu kupujemy bilety komunikacyjne na 3 dni, bo taniej i zdecydowanie wygodniej. 

Nieswojo się czuję, bo obcy kraj, późna pora i sporo młodych ciemnoskórych wyrostków, którzy zachowują się głośno. Przykro to mówić, ale boję się ich. Generalnie to mam też taką fobię, że co chwilę sprawdzam czy kieszenie pozapinane, czy telefon jest tam gdzie powinien, a plecak na plecach mam tylko wtedy gdy jestem w ruchu, gdy przystajemy ściągam go z pleców i trzymam z przodu. 

Dojeżdżamy autobusem na miejsce. Przy okazji obserwuję podróż starszej Pani na wózku elektrycznym; kierowca najpierw wygania tych chłopaków, bo wyciąga z podłogi trap/podjazd dla wózka, potem gdy Pani dojeżdża do celu, znowu trap i jeszcze udziela jej (tak się domyślam) wskazówki co do drogi, gdzie będzie jej łatwiej się poruszać, i tak sobie pojechała sama w środek nocy. Byłam pod wrażeniem. A my też dojechałyśmy do celu, wysiadłyśmy i pomaszerowałysmy do hotelu. Mijałyśmy po drodze grupki ciemno i czarnoskórych mężczyzn, chłopaków. Nie uważam się za rasistkę, ale się ich obawiałam, wyzwali we mnie lęk, bardzo nieswojo się czułam za każdym razem gdy mijałam taką grupkę, zwłaszcza wieczorem. Dotarłyśmy spacerkiem do hotelu i już nigdzie nie ruszyłyśmy się na zewnątrz. Hotel super, klimatyczny, z werandami, arkadami, czyściutki, przestronny, spokojny, mimo, że w środku miasta. Spałam nerwowo, czujnie, słowem źle.

Dzień 2.

Plan: Bergamo i jezioro. 

Mała, maniaczka muzeów, wypisała całą ich listę i w Bergamo i w Milano; nie oponowałam, bo to jej wycieczka, ale miałam cichą nadzieję, że sama dojdzie do tego że to przesada. Doszła 😁 Zaczęłyśmy od włoskiego śniadania w hotelu. Słodkiego. Dodatkowo płatne 5 euro za włoskie, albo 7 za kontynentalne śniadanie dla 1 osoby. Potem autobusem na wzgórze do górnego miasta (Citta Alta), do ogrodu botanicznego (Orto Botanico di Bergamo Lorenzo Rota), który był na liście Małej) i potem powrót spacerkiem po uliczkach Citta Alta, wąskimi uliczkami, z masą pięknych zabytkowych budowli, których nazw szczerze powiem nie pamiętam, potem spacer po dolnym mieście (Citta Bassa), które też jest piękne, klimatyczne i decydujemy się na to, by jeszcze dziś póki jest jasno pojechać nad jezioro.

Wsiadamy do autobusu. Po drodze, już daleko, okazuje się że to nie ten kierunek. Wysiadamy. Idziemy. Czekamy na inny. Wsiadamy. Ten jedzie jednak nie tam gdzie my chcemy. Wysiadamy. Czekamy na kolejny szukając przystanku, łapiąc a raczej usiłując złapać stopa... Jeden miły chyba prawie włoski zaczepiony przez nas facet, który zatrzymał się niedaleko (ale nie z naszego powodu), usiłował nam pomóc, sprawdził trasy, rozkłady, wskazał przystanek (totalnie nieoznaczony), czekał z nami (a w aucie pasażerka, chyba jego kobieta, pod sam koniec zobaczyłyśmy ze była tam z maleńkim bobasem), a kiedy minęła godzina przyjazdu był gotowy podrzucić nas kawałek w lepsze miejsce. Spóźniony autobus jednak przyjechał, gość upewnił siebie i nas, że jedzie on w dobrym kierunku i tym sposobem dotarłyśmy nad Jezioro Iseo w miejscowości Sarnico. Tam najpierw kawa i posiłek, potem spacer po okolicy. Powrót autobusem już bez przesiadek prosto do Bergamo. W autobusie wyszukujemy w necie knajpkę gdzie zjemy kolację. Okazuje się, że byłyśmy tam już, do południa 😁 Prosto z jednego przystanku gdzie wysiadłyśmy, zaraz na drugi żeby znowu, ale tym razem ciemną porą, pojechać do górnego miasta Citta Alta. Kolacja była w prawdziwej włoskiej restauracji Vineria Cozzi, z lokalnymi daniami i wcale nie chodzi o pizzę 😁 Kolacja, deser i znowu autobusem powrót i spacer w okolice hotelu. A przy tym wszystkim piękne nocne panoramy.

Dzień 3. 


Plan: Mediolan czyli Milano.

Nie jemy śniadania w hotelu, zjemy w Milano. Idziemy na przystanek autobusowy, niestety autobus odjeżdża bez nas. No to idziemy na dworzec kolejowy. Jedziemy pociągiem. Mała on line na stronie przewoznika kupuje bilety kolejowe. Przyjeżdżamy, a jeszcze w drodze Mała kupuje całodzienne bilety na komunikację miejską w Milano. Wychodzimy z podziemnego labiryntu kolejowometrowego. I od razu widzimy atrakcje turystyczne, charakterystyczne wieżowce Mediolanu, potem śliczny granatowy tramwaj na torach. Idziemy do wyszukanej w necie knajpy na śniadanie. A potem do muzeum da Vinci. Szczęśliwym trafem to jest tuż obok, a właściwie w Galerii. W muzeum spędziłyśmy prawie 3 godziny. I ruszyłyśmy na dalsze zwiedzanie czyli Galeria Wiktora Emanuela II, Katedra i inne, potem okazało się, że jedyny budynek, na który nie zwróciłam uwagi to La Scala. Pokręciłyśmy się tu i ówdzie podziwiając okolicę i pojechałyśmy tramwajem do Naviglio, takiej małej Wenecji w Mediolanie. Tam podczas spaceru zjadłyśmy obiad w klimatycznej knajpce nad kanałem. 

Potem tramwajowy powrót, a kolejny cel to kościół z kaplicą czaszek. Potem bardziej współczesna Ściana Lalek. 

  

I tak powoli opadały z nas siły i stwierdziłyśmy, że czas na powrót, a w Bergamo pójdziemy wieczorem na lody straciatella (bo to tam je wymyślono). Metrem do przystanku autobusowego. Miało być do Dworca, ale wylądowałyśmy na jakimś peryferyjnym dworcu, gdzie było mrocznie, obco, z grupkami śniadych facetów w tle. To nie było fajne. W końcu wsiadłyśmy do autobusu i to był błąd, bo korki, ale było też atrakcją, bo autostrada i przystanki po drodze, na autostradzie. Podczas podróży powrotnej odechciało się nam tych zaplanowanych lodów, skończyło się na zakupach w sklepie spożywczym żeby coś mieć na śniadanie, bo rano już wylot.

Dzień 4. 


Wstajemy raniutko, śniadanko, pakowanko i do autobusu na lotnisko. Tak bardzo nie chciałyśmy się spóźnić, że znowu byłyśmy 2 godziny przed czasem. Tym razem załoga mówiła po polsku, znowu udało się nam siedzieć razem, ale tym razem było co oglądać, bo lot za dnia i pogoda była ok. I tak to przyleciałyśmy do Polski. Mam świadomość, że Mała mogła i była zmęczona, bo właściwie to ona cały czas trzymała rękę na pulsie, za co jestem jej wdzięczna. I mam cichą, ale ogromną nadzieję, że jeszcze gdzieś się razem wybierzemy, w dowolnym kierunku. 

Podsumowując... 

Warto kupować bilety na kilka dni, okresowe, można wówczas bez problemu i do woli korzystać z komunikacji miejskiej. 

Przed wejściem do restauracji zapoznać się z menu i sprawdzić czy jest tam pozycja pt. coperto. To nie jest napiwek, ale i tak tę pozycję doliczą do rachunku każdej osoby. 

Przystanki autobusowe, nie wiem od czego to zależy. Czasem widoczne, czasem tajniackie. Żeby wysiąść z autobusu trzeba przed przystankiem odpowiednio wcześniej nacisnąć guzik/dzwonek. Żeby wsiąść do autobusu, żeby autobus się zatrzymał trzeba doń pomachać. Nie machniesz, nie stanie. No chyba że akurat ktoś będzie wysiadać 😁

Włosi nauczeni tym co działo się u nich w 2020 roku bardzo pilnują wytycznych covidowych. Wszyscy pilnują maseczek, widzialam ludzi w autobusie w rękawiczkach foliowych, a przed wejściem do muzeów najpierw sprawdzają paszport covidowy, potem pomiar temperatury, w kościołach wyznaczone miejsca, odległości itp. 

Nie wiem czy to efekt pocovidowy czy posezonowy, ale sporo punktów/rzeczy było zamkniętych. 

Tak, to prawda, Włosi są strasznie głośni, hałaśliwi. W knajpach jest bardzo gwarno. 

Ufff, ale się rozpisałam. Kto doczytał do końca? 


niedziela, 24 października 2021

84 / 2021

Przeczytałam to i... jakbym czytała o sobie. Końcówka już nie, ale 3/4 tekstu jest o mnie. Wrzucę sobie tutaj tak, ku pamięci. A może zainteresuje to kogoś z Was?

https://zwierciadlo.pl/psychologia/165536,1,nie-badz-obojetna-na-wlasne-uczucia-i-potrzeby.read


czwartek, 14 października 2021

83 / 2021

Czas na odrobienie zaległości. Zaczynam więc... 

Filmowo

Głęboka woda - Polski serial o pracownikach pomocy społecznej. Zaciekawił mnie. Sezon nr 1 zdecydowanie lepszy.

Sprzątaczka - serial o kobiecie, która chce zmienić swoje życie, pokazuje działalność pomocy społecznej w USA. Podobał mi się.

Nieobecni - polski serial... Zobaczyłam wczoraj reklamę i złapałam się na tym, że owszem, kiedyś oglądałam, ale kompletnie nie mam pojęcia o czym to było i jak się skończyło. No i chyba takie super to to raczej nie było 😁

Domowo

Nudy, panie, nudy... Praca, obiad, wolne popołudnie, bo niestety zero biegania, a na rower za zimno, no to preferuję teraz zajęcia z lotnictwa, indywidualne z pilotem, czyli serial, film, necik, w międzyczasie raz w tygodniu jakieś pranie, runda odkurzacza po mieszkaniu, jakieś drobne zakupy spożywcze, tak bez sensacji, póki co zero stresu, zero musu, niech tak bedzie dlużej, chwilo trwaj... 

Pracowo

Już lepiej, bo tzw. NowaJa już jest wdrożona, jeszcze chodzi i pyta, upewnia się, ale póki co to, co umie robi sama, a to już dużo. Przełom roku będzie trudny, bo znowu na dwa fronty będę musiała działać. A  swoje poletko ogarniam powoli. Przeganiam z głowy myśli, że nie spełniam oczekiwań szefostwa, że powinnam więcej, bardziej... Póki co nadrabiam zaległości, wyrównuję poziom zaawansowania, robię dobra minę do tej gry i jednak sama widzę, że jest progres, że trochę 😉 już ogarniam. 

Relaksowo

Czy ja tu już pisałam, że obie z Małą zaliczyłyśmy babski wypad do SPA? Dwa lata temu byłyśmy po raz pierwszy, rok temu z uwagi na ograniczenia nie doszedł do skutku, ale na bank pojechałybyśmy gdzieś, no i w tym roku zaliczone. Było fajnie. Teraz mi coś świta, że już chyba o tym pisałam 😁

A potem zaliczyłam kolejny babski weekend w górach tym razem z silną grupą pod wezwaniem 😁 To też już pewnego rodzaju tradycja. Nawet już mamy ustalony termin przyszłorocznego wyjazdu 😉

Jutro wieczór imprezowy z pracowym środowiskiem. Chyba pierwszy raz nie mam stresa towarzyskiego. Czuję się zintegrowana. Wiadomo, że nie aż tak, ale nie ma we mnie obawy gdzie i z kim będę siedzieć, czy będzie o czym rozmawiać, czy mnie zaakceptują itp. I nie wiem czy przyłożyło się do tego to, co zafundował nam covidek (bo w obliczu kryzysu jednak prawie wszyscy zbliżyliśmy się mocno), czy mój awans (?! ), czy po prostu dojrzałam, wzmocniłam się wewnętrznie i przestałam przejmować pierdołami. 😁

Zdarzyło mi się też po raz pierwszy od czasu ogłoszenia pandemii i wyprowadzki Małej, że byłam sama samiuteńka (no prawie, bo przecież kot 😁) w domu. SzM pojechał na trzydniową delegację. Było miło, bo lubię być sama. Byle nie za długo 😁

Rodzinnie

Relacje między nami, SzM i mną, wydają się być w porządku. Nie ma motyli w brzuchu i fajerwerków, ale nikt się chyba temu nie dziwi. I tak gdzieś tam głęboko w środku jestem dumna i zdziwiona, że mamy za sobą już 30 lat stażu małżeńskiego. Bo tyle nam pykło w tym roku. No i powiem to; nie jest źle, a raczej jest całkiem dobrze 😁

Boleję bardzo nad tym, że moje dzieci nie łączy więź, nie mają potrzeby kontaktu, wspólnych spraw. Boleję, ale nie rozdzieram już szat. Między mną i moim rodzeństwem teraz też jest prawie kompletny brak więzi. Gdyby nie rodzice, potrzeba wymiany informacji, to chyba składalibyśmy sobie tylko życzenia na święta. Z zazdrością obserwuję relacje rodzinne znajomych, ale cóż począć. Z rodzeństwem SzM też tylko z daleka. To chyba z nami jest coś nie tak. 😁

Matencja i Tatencjusz

Rocznik 43 i 40. Póki co dają radę. W dalszym ciągu nie dają sobie pomagać, zwłaszcza Tatencjusz, do tego oporny w używaniu aparatu słuchowego, oporny do ruchu pt. spacer, no i nie przegadasz. Ale intelektualnie wciąż jeszcze jest OK. Matencja, której opis badania rezonansu kręgosłupa ledwo mieści się na 1 stronie A4, która ledwo chodzi, jest mega trudnym pacjentem, czytającym ulotki leków, gazetki apteczne i encyklopedie zdrowia, którego oczekiwaniom na dłuższą metę jeszcze żaden lekarz nie sprostał. Najpierw jest ok, a potem się okazuje, że co on tam może wiedzieć... Niestety widzę jak Matencja się sypie intelektualnie, z dnia na dzień coraz bardziej... 

Młodzi

Żyją sobie chyba dobrze, bo nikt nie dzwonił z reklamacją od czasu ślubu😁 Ja tam nie wydzwaniam, nie chcę ich osaczać tak jak Matencja mnie. Dziś zajrzeli do nas, bo mnie coś naszło i zrobiłam z ziemniaków, które zostały po obiedzie, knedle ze śliwkami i zadzwoniłam żeby przyszli pomóc je zjeść. Myślę, że dobrze im się żyje. Sama ze sobą walczę, układam sobie w głowie, że co do ślubu, wesela to jeszcze mnie nurtowało, że nie dopatrzą, nie dopilnują czegoś i będzie problem, kłopot i wstyd, ale teraz staram się o tym nie myśleć. Ich życie, ich decyzje. Jak będą chcieli rady to poproszą. Uczę sama siebie takiej postawy. 

Mała

Jak powiedziała mieszka jej się bardzo dobrze, to była świetna decyzja o wyprowadzce od nas, potrzebowała własnej przestrzeni. W pracy awansowała. Dostała podwyżkę. Jest singielką, ale mam nadzieję, że znajdzie swoją drugą połowę. Ma kolegów, umawia się na jakieś kawy, herbaty, ma swoje życie. Bardzo cieszę się z tego, że dzwoni i trzyma z nami, zwłaszcza że mną, kontakt. 

Podsumowując 

cały ten długachny wpis mogę póki co szeptem napisać, że jest OK i... niestety zamiast cieszyć się chwilą pełną piersią, to ja z niepokojem czekam kiedy i z której strony coś pierdyknie. Taka jestem, tak mam. Może to się powinno leczyć? 

A co tam u Was? 


środa, 13 października 2021

82 / 2021

Zwykle najpierw zaglądam na zaprzyjaźnione blogi, a dopiero potem sama coś produkuję. Tym razem postanowiłam pisać od razu, bo jak się za czytam, zatopię to ucieknie mi mój wpis. A dziś chciałam o tym, co mnie nurtuje.

Kiedy czytam wpis jakiejś znanej osoby (żeby nie użyć słowa celebryty) która pisze hymny pochwalne na temat swojej rodziny, rodziców, ile dostała pozytywnej energii, jakie ma wsparcie, ile im zawdzięcza, itd. to przyznam szczerze najpierw włącza mi się opcja pt. kurde, ale ma farta, jak ma fajnie. Potem zaraz załącza się sygnalizator pn. poczucie winy (moje dzieci chyba tak nie czują, zresztą jakie "chyba", na pewno nie czują, ja to przecież wiem) i element realnej zazdrości (moja rodzina nie była patologiczna, ale nie miałam poczucia wsparcia i wiary we mnie). No zaraz za nim załącza się automatem taki dinks pt. ile w tym jest prawdziwego życia a ile kreacji?

Tez tak macie? 

niedziela, 19 września 2021

81 / 2021

Utrwaliłyśmy z Małą naszą nową świecką tradycję czyli weekendowy pobyt w spa. Pierwszy był zaliczony w 2019, drugi przez pandemię w 2020 nie doszedł do skutku, ten teraz w 2021 był trzeci i obiecałyśmy sobie kontynuować ten piękny zwyczaj 😁 To był naprawdę bardzo fajnie spędzony wspólnie czas. 

poniedziałek, 13 września 2021

80 / 2021

Zaległości blogowe mam ogromne. Czas by się trochę odgruzowac...

Sygnał alarmowy mi się włączył. Kilka dni przed ślubem Młodego przyjechała do nas Mała. Bardzo się oboje ucieszyliśmy. Złapałam się/nas jednak na tym, że zaczęliśmy z SzM sobie przygadywac nieco. Mała skwitowała to mówiąc: widzę nic się nie zmieniło. A ja ze zgrozą zobaczyłam w tym obrazku swoich rodziców, zwłaszcza Matencję. Bo też chyba ja byłam tą bardziej aktywną, która dawała kontry. Straszna była dla mnie ta chwila gdy uświadomiłam sobie ze widzę tu własnych rodziców. Faktem jest ze normalnie na co dzień nie robię tak, konkretnie to od momentu gdy zostaliśmy we dwójkę. Na początku naszego małżeństwa walczyłam jak lwica, nie odpuściłam, potem po latach zaczęłam odpuszczać bo nie chciało mi się kontrować, konfliktować, bo SzM się zaraz o byle co obraża itp. A jak zostaliśmy sami to po pierwsze mi się nie chce, a po drugie nie chce nas skłócać, a wymiana zdań różnie może się kończyć.

Zastanawiałam się też ostatnio czy SzM ma takie myśli i tak się pilnuje jak ja. Bo ja mam tak, że coś jakąś rzecz, czynność robię, żeby nie słychać potem jego komentarzy, gderania, utyskiwania. No np. idę do sklepu i skupiam się bardzo na tym co mam mu kupić jeśli to on o coś prosił, żeby nie było że znowu(!) źle kupiłam.

Rozmowa z Małą Uderzyło mnie w tej rozmowie, że powiedziała, że dopiero podczas pandemii po raz pierwszy zobaczyła jak ja płaczę. Był taki krytyczny moment, gdy pękłam. Nie zdawałam sobie sprawy, że to był pierwszy raz. Bo zwykle płaczę w nocy. I powiedziała, że jej zdaniem mam/gram w naszej rodzinie rolę bohatera, wszystko na mnie wisi. I wiele innych rzeczy sobie poopowiadalysmy, wyjaśniłyśmy. To była bardzo dobra rozmowa. Często do niej wracam.

Mała zaliczyła samotny wakacyjny wyjazd. Wróciła zadowolona, zbliżona do natury. Denerwowalam się bardzo tą jej  samotną eskapadą, nie ukrywam. I zaliczyła też grupowy wyjazd, terapeutyczny. I jak sama powiedziała, do natury jeszcze bardziej się zbliżyła. 

Wesele, którego nie było już za nami. Z uwagi na to, że Młodzi zdecydowali się na zmianę formuły (zamiast tradycyjnego wesela - uroczysty obiad weselny, z tortem i zimną płytą w ścisłym gronie rodzinnym) tkwiło we mnie takie przeświadczenie, że ta decyzja spotka się z krytyką rodziny. Wspieraliśmy ich w tej decyzji w myśl zasady, że wydasz kasę a i tak Cię obgadają  to lepiej nie robić. Jednak miałam taki dyskomfort psychiczny. Zwłaszcza że zaraz po tym obiedzie, który skończył się ok. 20 (a w zasadzie mógłby trwać dłużej, ale Państwo Młodzi zaczęli się ewakuować) organizowali coś na kształt prywatki dla swoich młodych przyjaciół i znajomych. Nie mniej jednak podsumowując wszystko - było ok. Wyglądali pięknie. Zaraz potem pojechali na 2 tygodniowy urlop nad morze, już wrócili szczęśliwie i mam nadzieję, że zaczną rozglądać się za mieszkaniem.

Pracowo jest ok. W dalszym ciągu ogarniam tematy, bo też jest co ogarniać, ale powoli czuję ten fotel 😉 zarówno w sensie pozytywnym jak i negatywnym. Każdym. A Nasza-Nowa-Ja szybko łapie o co kaman, ale gaduła z niej taka, że czasem to mi ręce opadają, obie.

Relaks - czeka mnie wyjazdowy relaks z Małą. Oby nam pogoda dopisała. A z SzM relaksujemy się na rowerowych wycieczkach. Trochę mnie już jednak one męczą. Stały się prawie obowiązkiem, więc dziś zastrajkowała i miałam dzień lenia. No i rozpoczęliśmy też sezon grzybowy. Wróciliśmy z pełnymi koszami. 

Matencja - wpis bez Matencji byłby niepełny 😁😉 Nie wiem jak to zrobić i co zrobić by wykrzesać z siebie więcej wyrozumiałości, empatii, serdeczności. Staram się bardzo, ale nie daje rady. Jest w niej coś takiego co powoduje że nie daję rady być troskliwą kochaną serdeczną córeczką. Te nasze relacje chore jakieś są. Dzwoni do mnie z pytaniem, po poradę, i jak tylko okazuje się że odpowiedziałam nie po jej myśli to zaczyna mnie przekonywać do swojej opcji. I to wieczne nadawanie, narzekanie na ojca... Szuka u mnie wsparcia, zrozumienia, a gdy tylko znajdzie go choć cząstkę, to zaraz wygarnia Tatencjuszowi, że "Anonimka też powiedziala/uważa, że...". 

Koniec narzekania na Nią. Ja też jestem do bani. Obiecywałam sobie zabrać ich, ją gdzieś na spacer/wycieczke do parku, albo  gdzieś bliżej natury. Wakacje się skończyły, a mojej realizacji nie było do dziś. I tak to. 


Dobrego tygodnia Wam życzę. 


środa, 1 września 2021

79 / 2021

Poweselnie, a raczej poślubnie 😁

Było, minęło, świat pędzi dalej i póki co za wiele to się nie zmieniło.... jestem teściówką 😁
Sensacji-rewelacji nie było. Żadnych wpadek, niespodzianek i szoków. Ot, po prostu impreza rodzinna. 

Coś nie mam dziś weny. Ale jeszcze nadrobię. Przepraszam. 

piątek, 27 sierpnia 2021

78 / 2021

Już prawie weselnie... Ten tydzień to był dramat. Przyodzialam moich rodziców, zabezpieczyłam weselnie już na początku sierpnia, zapowiadając, że tak się organizuje, by nie biegać w ostatnim tygodniu. No i... Jeśli myślisz, że wszystko jest ok to znaczy, że nie wiesz wszystkiego. Dokładnie tak. Przeżyłam: *próbę zmiany kreacji Matencji (bo przecież czarny to taki elegancki kolor), *ostateczną decyzję o zwrocie tej zakupionej sukienki (której niestety zwrócić się nie da, ale żeby mieć problem z głowy wyłożyłam kasę, a kieckę schowałam głęboko w szafie), *ogromny problem krawatowy Tatencjusza (trzeba mu go zawiązać, bo zdaniem Matencji jest zawiązany źle), *dyskusje na temat kwiaty/bez kwiatów/a może wino?, * Mamo zamówiłam dla Was ręcznie robioną kartkę z życzeniami/Wiesz Anonimko, kupiłam kartkę, takie ma piękne życzenia wydrukowane, *Trensport dla gości zalatwiony/Tatencjusz pojedzie samochodem, bo przecież nam bus nie jest potrzebny itd., itp. No ręce i cycki opadają.

Na szczęście osłodą tego wszystkiego była spontaniczna, ale jak bardzo przeze mnie wyczekana, cudowna, otwarta, szczera rozmowa z moją Małą/Młodą. Ogromny kamień który miałam wciąż na piersi, takie trochę (?) irracjonalne poczucie winy w głębi serca, ogromny stres i dyskomfort związany z osobą Małej... odeszło to wszystko. 

A jutro... Jutro zaklinamy pogodę i dobrą energię, żeby pędziła w naszą stronę. Uprasza się o trzymanie kciuków 😁

77 / 2021

Zawsze wiedziałam, że mam świetną córkę. Tak sobie to tylko  zanotuję dla potomnosci, bo dzis/wczoraj to było bardzo udane popołudnie. I zaraz chce się żyć jakoś bardziej... 

😁