To tylko dziś...
Krótka rozmowa telefoniczna ze znajomym specem psyche; w temacie Młodej - dać jej dorosnąć, odciąć pępowine, niech dojrzewa i walczy; w temacie ja - ja czyli nad opiekuńczy rodzic, który kocha za bardzo plus lęk przed utratą kontroli.
Kolejna bezowocna dyskusja z Matencją.
Wiek ma swoje prawa i ograniczenia czyli walka z wiatrakami.
Stali bywalcy :)
poniedziałek, 18 listopada 2019
niedziela, 17 listopada 2019
34 / 2019
W telegraficznym skrócie...
Namiastka rozmowy z SzM zaliczona. Efekt raczej dobry, ale i tak oczywiście nie powiedziałam wszystkiego, bo nie umiałam, bo łzy, bo blokada jakaś mi się włącza ...
Doczekaliśmy się w końcu sypialnianego łóżka, takiego prawdziwego. Nie przypuszczałam jednak, że tak to będzie. Uczucia mieszane. Bo w końcu jest, ale kosztem tego że to już etap wypadania z gniazda 😉
Dziś wprosiła się do nas Matencja z Tatencjuszem. To była rzeźnia i masakra w jednym. Nie potrafię być spokojna i miła. Tatencjusz słabo słyszy, aparatów nie nosi, wszystkim wmawia że słyszy. Matencja słyszy dobrze, ale wybiórczo. Tylko to co chce i interpretuje wg swego skomplikowanego tego czegoś. Nie ma za grosz poczucia humoru. Jest wiecznie nieszczęśliwa, skrzywdzona, pełna pretensji do Tatencjusza i swiata. Jeśli nie wybierasz opcji zgodnej z jej rozumieniem to znaczy że jesteś przeciw niej. I w tym wszystkim my.
Nawet płakać nie mam siły...
Namiastka rozmowy z SzM zaliczona. Efekt raczej dobry, ale i tak oczywiście nie powiedziałam wszystkiego, bo nie umiałam, bo łzy, bo blokada jakaś mi się włącza ...
Doczekaliśmy się w końcu sypialnianego łóżka, takiego prawdziwego. Nie przypuszczałam jednak, że tak to będzie. Uczucia mieszane. Bo w końcu jest, ale kosztem tego że to już etap wypadania z gniazda 😉
Dziś wprosiła się do nas Matencja z Tatencjuszem. To była rzeźnia i masakra w jednym. Nie potrafię być spokojna i miła. Tatencjusz słabo słyszy, aparatów nie nosi, wszystkim wmawia że słyszy. Matencja słyszy dobrze, ale wybiórczo. Tylko to co chce i interpretuje wg swego skomplikowanego tego czegoś. Nie ma za grosz poczucia humoru. Jest wiecznie nieszczęśliwa, skrzywdzona, pełna pretensji do Tatencjusza i swiata. Jeśli nie wybierasz opcji zgodnej z jej rozumieniem to znaczy że jesteś przeciw niej. I w tym wszystkim my.
Nawet płakać nie mam siły...
wtorek, 12 listopada 2019
33 / 2019
...
Jestem w tak zwanej czarnej doopie i nie mam siły, chęci i energii na to by cokolwiek zrobić, zmienić...
Nie mam siły na bycie wesołą i radosną, a za taką osobę ma mnie otoczenie, drętwieją mi policzki na myśl o uśmiechu, ale zmuszam się by być pogodną, bo nie zdzierżę pytań w stylu czy coś się stalo...
Nic mi się nie chce, nawet jeść, a to akurat chyba dobrze.
Jesteśmy po weekendowym wyjeździe z liczną grupą znajomych. Zazwyczaj było fajnie. Tym razem się umordowalam, bo męczył mnie bycie w towarzystwie.
Nie zebrałam się na rozmowe. Jeszcze.
...
Widzę młodą mamę z dzieckiem myślę sobie jak spieprzylam tamten czas.
Nie potrafię przypomnieć sobie dobrych chwil, wspomnień. Bardzo się staram, ale wszystko widzę z perspektywy "dlaczego to zmarnowalam" i "nie powinnam była". Czyli podsumowując do doopy że mnie matka.
Widzę parę ludzi, którzy patrzą na siebie z uczuciem. Zazdroszczę im tego szczerze...
Nie potrafię otworzyć się przed SzM i powiedzieć co mi w duszy gra, bo jestem głęboko przekonana że mnie nie zrozumie, wysmieje, poklocimy się itd.
Patrzę na SzM i jest mi go autentycznie żal, że ma taką beznadziejną mnie.
I ten chłód między nami... Widzę, że brakuje mu sił, pomysłu i chęci i przeciegam ta linię jak masochistka, ciągnę i sprawdzam kiedy dostanę obuchem w łeb.
Męczę się okrutnie w relacji z Matencją, która mnie po prostu drażni. Usiłuję samej sobie tłumaczyć, że to matka, że wiek, że choroba, że powinnam, ale kiepsko mi to idzie. Muszę się bardzo pilnować by na nią nie burczec, nie potrafię być córkąprzylepką, taką serdeczną, jakaś uszkodzona w tym wzgledzie jestem. Nie chcę słuchać narzekania i zalow na Tatencjusza, brata, bratową. Nie mogę powiedzieć tego co naprawdę myślę, bo to byłby czysty Armagedon. I tak słyszę wciąż, że trzymam stronę ojca.
I mam wieczne wyrzuty sumienia, a teraz jeszcze myślę, boję się i nie chcę tego by moje dzieci traktowały mnie tak jak ja moją Matencję.
O nieistniejącego relacji z moim osobistym Tatencjuszem nie wspomnę. Ale ten brak otwartości rozmowy z SzM to chyba mam po nim. On niczego nie mówił i nie mówi Matencji w temacie swoich planów, uczuć, wspomnień, refleksji. Łapie sie na tym że robię tak samo. I za to też się nie lubię...
Stały lęk o Małą, co zrobić, co powiedzieć, by zostać dobrze odebraną, zrozumianą. I te myśli, czy to na pewno dobrze, że ona bierze leki, i jak bardzo jest źle że trafiła do psychiatry i czy to na pewno tylko (!?) te jakieś lęki...
I stres o relacje z Młodym, i nasze czyli moje, i Młodego z SzM...
Do tego wszystkiego wkurzające objawy menopauzy... Uderzenia gorąca, tak że aż grzbiet piecze. A w nocy budzę się zlana potem na maksa...
I to uczucie frustracji że czas płynie nieublaganie, że więcej życia za mną niż przede mną...
I wewnętrzny lęk że wkrótce rodziców może zabraknąć i na pewno będę w jeszcze większej czarnej doopie, z mega wyrzutami sumienia...
I mogłabym tak jeszcze długo...
Jestem w tak zwanej czarnej doopie i nie mam siły, chęci i energii na to by cokolwiek zrobić, zmienić...
Nie mam siły na bycie wesołą i radosną, a za taką osobę ma mnie otoczenie, drętwieją mi policzki na myśl o uśmiechu, ale zmuszam się by być pogodną, bo nie zdzierżę pytań w stylu czy coś się stalo...
Nic mi się nie chce, nawet jeść, a to akurat chyba dobrze.
Jesteśmy po weekendowym wyjeździe z liczną grupą znajomych. Zazwyczaj było fajnie. Tym razem się umordowalam, bo męczył mnie bycie w towarzystwie.
Nie zebrałam się na rozmowe. Jeszcze.
...
Widzę młodą mamę z dzieckiem myślę sobie jak spieprzylam tamten czas.
Nie potrafię przypomnieć sobie dobrych chwil, wspomnień. Bardzo się staram, ale wszystko widzę z perspektywy "dlaczego to zmarnowalam" i "nie powinnam była". Czyli podsumowując do doopy że mnie matka.
Widzę parę ludzi, którzy patrzą na siebie z uczuciem. Zazdroszczę im tego szczerze...
Nie potrafię otworzyć się przed SzM i powiedzieć co mi w duszy gra, bo jestem głęboko przekonana że mnie nie zrozumie, wysmieje, poklocimy się itd.
Patrzę na SzM i jest mi go autentycznie żal, że ma taką beznadziejną mnie.
I ten chłód między nami... Widzę, że brakuje mu sił, pomysłu i chęci i przeciegam ta linię jak masochistka, ciągnę i sprawdzam kiedy dostanę obuchem w łeb.
Męczę się okrutnie w relacji z Matencją, która mnie po prostu drażni. Usiłuję samej sobie tłumaczyć, że to matka, że wiek, że choroba, że powinnam, ale kiepsko mi to idzie. Muszę się bardzo pilnować by na nią nie burczec, nie potrafię być córkąprzylepką, taką serdeczną, jakaś uszkodzona w tym wzgledzie jestem. Nie chcę słuchać narzekania i zalow na Tatencjusza, brata, bratową. Nie mogę powiedzieć tego co naprawdę myślę, bo to byłby czysty Armagedon. I tak słyszę wciąż, że trzymam stronę ojca.
I mam wieczne wyrzuty sumienia, a teraz jeszcze myślę, boję się i nie chcę tego by moje dzieci traktowały mnie tak jak ja moją Matencję.
O nieistniejącego relacji z moim osobistym Tatencjuszem nie wspomnę. Ale ten brak otwartości rozmowy z SzM to chyba mam po nim. On niczego nie mówił i nie mówi Matencji w temacie swoich planów, uczuć, wspomnień, refleksji. Łapie sie na tym że robię tak samo. I za to też się nie lubię...
Stały lęk o Małą, co zrobić, co powiedzieć, by zostać dobrze odebraną, zrozumianą. I te myśli, czy to na pewno dobrze, że ona bierze leki, i jak bardzo jest źle że trafiła do psychiatry i czy to na pewno tylko (!?) te jakieś lęki...
I stres o relacje z Młodym, i nasze czyli moje, i Młodego z SzM...
Do tego wszystkiego wkurzające objawy menopauzy... Uderzenia gorąca, tak że aż grzbiet piecze. A w nocy budzę się zlana potem na maksa...
I to uczucie frustracji że czas płynie nieublaganie, że więcej życia za mną niż przede mną...
I wewnętrzny lęk że wkrótce rodziców może zabraknąć i na pewno będę w jeszcze większej czarnej doopie, z mega wyrzutami sumienia...
I mogłabym tak jeszcze długo...
sobota, 2 listopada 2019
32 / 2019
Dlaczego ja Cie tak nienawidzę, tak mnie dziś zapytałes...
To nieprawda. Kocham Cię. Mimo wszystko i na przekór. Czasem Cię nie lubię, czasem mnie draznisz, ale do nienawiści jest mi bardzo daleko, nie przyszłoby mi to nawet do glowy.
Jesteś dla mnie bardzo ważny, chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo; bez Ciebie, Twojej obecności, nie czuję się stabilnie, bezpiecznie; potrzebuję świadomości, że jesteś obok mnie, źle się czuję gdy wyjeżdżasz, wbrew temu co sobie myślisz.
... ale... jestem zmęczona...
... zamartwianiem się o relacje Twoje i dzieci. I nawet może dałabym się przekonywać że jestem w błędzie i przesadzam, ale ostatnie wydarzenia utwierdzają mnie w przekonaniu, że słusznie mnie stres w tym temacie zżerał. Mała stoi na stanowisku, że nie zbudowaliscie żadnych relacji, bo ważniejszy jest film w tv i gry, a jak masz potrzebę nadrobienia czegoś w tym temacie to zabierasz ją na zakupy. Tak to wygląda z jej perspektywy, bo kiepsko się gada z kimś kto jest wpatrzony w tv, albo ekran telefonu...
Wciąż uważam, że nie traktujesz Młodego jak partnera, że masz zapędy by go krytykować i nie zgadzać się z nim tak po prostu i dla zasady, że masz, satysfakcję gdy możesz mu pokazać kto tu rządzi. Tak było i nadal jest. Niejednokrotnie zwracałam Ci uwagę, że lepiej traktujesz swojego siostrzeńca niż syna. Wszystko jest ważne, spojrzenie, gest, tembr głosu, uwaga, zainteresowanie. A Ty go po prostu nie lubisz i nawet nie starasz się by to ukryć. Wiem, że Młody to nie kryształ, też mam mu sporo do zarzucenia, ale to nasze dziecko. O relacje powinny dbać obie strony. Biorąc pod uwagę wcześniejsze naszym zadaniem jest zadbać o obecne. I już nie będę Cię słuchać w tym temacie. Nie chcę go stracić.
... Zmęczona jestem krytyką mnie. Przyzwyczaiłes siebie i poniekąd mnie też, do tego, że nie są mi potrzebne słowa pochwały, akceptacji, dobre słowa po prostu. Słyszę wciąż, że ja zawsze, albo nigdy... i tu oczywiście coś negatywnego, na różnych plaszczyznach. Kiedy mi powiedziałeś ot tak coś miłego, serdecznego, tak od serca...? Zmęczona tym jestem. Czasem atmosfera jest tak gęsta, ciężka, że oddychać nie mogę. W zwykłych rozmowach dotyczących różnych spraw, opinii, stanowisk przestałam dyskutować, oponowac, bo doszłam do tego, że nie warto, szkoda energii, cokolwiek by to nie było Ty wiesz swoje i na pewno lepiej niż ja. Odbiło mi się to czkawką, bo ostatnio Mała słusznie zauważyła, że skąd ma wiedzieć, że ja myślę inaczej skoro ja nie reaguję na to co Ty mówisz.
W głowie mam tyle myśli, refleksji, tyle rzeczy bym chciała Ci powiedzieć, ale rezygnuje, bo wiem, przypuszczam, że skończy się ostrą wymianą zdań. Zostanę skrytykowana, wysmiana. Jak zwykle. Nie chcę tak dłużej.
... I tak... potrzebuję czułości, potrzebuje bliskości, ale nie tylko w łóżku.
Nie chcę powielać błędów moich rodziców, nie chce takiego małżeństwa. A coraz częściej mam wrażenie, że tak się dzieje...
To nieprawda. Kocham Cię. Mimo wszystko i na przekór. Czasem Cię nie lubię, czasem mnie draznisz, ale do nienawiści jest mi bardzo daleko, nie przyszłoby mi to nawet do glowy.
Jesteś dla mnie bardzo ważny, chyba nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego jak bardzo; bez Ciebie, Twojej obecności, nie czuję się stabilnie, bezpiecznie; potrzebuję świadomości, że jesteś obok mnie, źle się czuję gdy wyjeżdżasz, wbrew temu co sobie myślisz.
... ale... jestem zmęczona...
... zamartwianiem się o relacje Twoje i dzieci. I nawet może dałabym się przekonywać że jestem w błędzie i przesadzam, ale ostatnie wydarzenia utwierdzają mnie w przekonaniu, że słusznie mnie stres w tym temacie zżerał. Mała stoi na stanowisku, że nie zbudowaliscie żadnych relacji, bo ważniejszy jest film w tv i gry, a jak masz potrzebę nadrobienia czegoś w tym temacie to zabierasz ją na zakupy. Tak to wygląda z jej perspektywy, bo kiepsko się gada z kimś kto jest wpatrzony w tv, albo ekran telefonu...
Wciąż uważam, że nie traktujesz Młodego jak partnera, że masz zapędy by go krytykować i nie zgadzać się z nim tak po prostu i dla zasady, że masz, satysfakcję gdy możesz mu pokazać kto tu rządzi. Tak było i nadal jest. Niejednokrotnie zwracałam Ci uwagę, że lepiej traktujesz swojego siostrzeńca niż syna. Wszystko jest ważne, spojrzenie, gest, tembr głosu, uwaga, zainteresowanie. A Ty go po prostu nie lubisz i nawet nie starasz się by to ukryć. Wiem, że Młody to nie kryształ, też mam mu sporo do zarzucenia, ale to nasze dziecko. O relacje powinny dbać obie strony. Biorąc pod uwagę wcześniejsze naszym zadaniem jest zadbać o obecne. I już nie będę Cię słuchać w tym temacie. Nie chcę go stracić.
... Zmęczona jestem krytyką mnie. Przyzwyczaiłes siebie i poniekąd mnie też, do tego, że nie są mi potrzebne słowa pochwały, akceptacji, dobre słowa po prostu. Słyszę wciąż, że ja zawsze, albo nigdy... i tu oczywiście coś negatywnego, na różnych plaszczyznach. Kiedy mi powiedziałeś ot tak coś miłego, serdecznego, tak od serca...? Zmęczona tym jestem. Czasem atmosfera jest tak gęsta, ciężka, że oddychać nie mogę. W zwykłych rozmowach dotyczących różnych spraw, opinii, stanowisk przestałam dyskutować, oponowac, bo doszłam do tego, że nie warto, szkoda energii, cokolwiek by to nie było Ty wiesz swoje i na pewno lepiej niż ja. Odbiło mi się to czkawką, bo ostatnio Mała słusznie zauważyła, że skąd ma wiedzieć, że ja myślę inaczej skoro ja nie reaguję na to co Ty mówisz.
W głowie mam tyle myśli, refleksji, tyle rzeczy bym chciała Ci powiedzieć, ale rezygnuje, bo wiem, przypuszczam, że skończy się ostrą wymianą zdań. Zostanę skrytykowana, wysmiana. Jak zwykle. Nie chcę tak dłużej.
... I tak... potrzebuję czułości, potrzebuje bliskości, ale nie tylko w łóżku.
Nie chcę powielać błędów moich rodziców, nie chce takiego małżeństwa. A coraz częściej mam wrażenie, że tak się dzieje...
środa, 30 października 2019
31 / 2019
Ja to chyba tak za bardzo normalna nie jestem... Chciałoby się zapytać dlaczego napisałam chyba... 😁
Tęsknię za czasem gdy dzieci były małe, gdy gonilam w piętkę, gdy czasu mi brakowało, gdy wiecznie było coś do zrobienia... Tęsknię, to chyba złe słowo, bardziej wracam myślą i rozkminiam w głowie jak ja ten czas zmarnowalam, nie celebrowalam, nie cieszyłam się nim...
Wdrukowane poczucie obowiązku, porządku, ogarniania rzeczywistości za wszelką cenę plus puste gniazdo i problemy Małej, to wszystko w kupie chyba spowodowało, że mam teraz takie a nie inne myśli... Inna sprawa, że one teraz się skrystalizowaly, ale pod czachą siedzą już długo.
Dopada mnie jesienna zaduma, syndrom pustego gniazda i psychomenopauza. Trochę dużo.
I nawet nie mogę tego wybiegać z siebie 😉
Tęsknię za czasem gdy dzieci były małe, gdy gonilam w piętkę, gdy czasu mi brakowało, gdy wiecznie było coś do zrobienia... Tęsknię, to chyba złe słowo, bardziej wracam myślą i rozkminiam w głowie jak ja ten czas zmarnowalam, nie celebrowalam, nie cieszyłam się nim...
Wdrukowane poczucie obowiązku, porządku, ogarniania rzeczywistości za wszelką cenę plus puste gniazdo i problemy Małej, to wszystko w kupie chyba spowodowało, że mam teraz takie a nie inne myśli... Inna sprawa, że one teraz się skrystalizowaly, ale pod czachą siedzą już długo.
Dopada mnie jesienna zaduma, syndrom pustego gniazda i psychomenopauza. Trochę dużo.
I nawet nie mogę tego wybiegać z siebie 😉
wtorek, 29 października 2019
30 / 2019
Zbliża się Święto Zmarłych, Wszystkich Świętych... Na naszych miejskich cmentarzach mojej rodziny to tu nie ma, sami znajomi, blizsi lub dalsi, ale znajomi; a ze strony SzM to leżą jego tata, i babcia, i ojciec chrzestny ... A Mała dzisiaj mnie pyta czy musi z nami na te cmentarze, bo tak po prawdzie to ona tych zmarłych, do których chodzimy, to nie zna, nie czuje więzi, potrzeby, więc po co...? Ręce mi z lekka opadły. Wszystkie argumenty mi zbijała po kolei. Rany Julek... Skończyło się na tym, że jak nie chce, nie czuje potrzeby bycia z nami, z rodziną, spotkania z bliskimi, kultywowania tradycji, to nie ma sensu żeby ją ciągnąć tam na siłę.
...
...
poniedziałek, 28 października 2019
29 / 2019
Gdyby nie to, że mnie wcześniej SzM wkurzył na maksa i doprowadził na kres kresów, a potem przepraszająco potulił, no więc gdyby nie ten wstęp, to byłby bardzo fajny weekend. Serio.
Piątek, no fakt, piątek nie był fajny, jakoś nie było nam do rozmowy, on, SzM znaczy się, ciągnął na wycieczkę, ja chciałam pobyć w domu, że niby z Małą, która jak się okazało i tak miała wychodne plany. Spędziliśmy ten piątek przed tv, ja trochę z książką, tak jakoś niejakoś.
Sobota jednak wyjazdowa, dość daleko, bo w sumie zrobiliśmy prawie 400 km. Okoliczności były ładne, jesienne, kolorowe. Końcówka wyjazdu dramatyczna, bo wówczas odbyła się wymiana zdań wspomniana przeze mnie we wcześniejszym wpisie. Doprowadził mnie do tego, że musiałam z domu wyjść. Chyba drugi raz w życiu mi się tak zdarzyło. Wyszłam, strzeliłam szlochem w samotności, przewietrzylam głowę, zebrała siły i wróciłam do domu, gdzie SzM usiłował udać, że nic się nie stało, bo zdał sobie sprawę że przesadził. Na szczęście Małej nie było, nic nie wiedziała.
Niedziela - to najpierw skruszony SzM, a potem rodzinny obiad na który zaprosiłam Młodego z Panną. Mała niestety już miała wcześniej zorganizowane popołudnie, o czym wiedziałam, ale my posiedzielismy sobie całkiem miło i przyjemnie.
A teraz dochodzę do wniosku że ostatnimi czasy ilość moich wpisów na blogu świadczy o mojej kondycji psyche. Im gorzej tym więcej wpisów. Niestety.
I tak to.
Piszę z telefonu i różnie bywa z jakością. Zżeram końcówki, walczę ze słownikiem, publikuję i okazuje się, że potrzebna korekta. Ale się nie poddaję 😉
Piątek, no fakt, piątek nie był fajny, jakoś nie było nam do rozmowy, on, SzM znaczy się, ciągnął na wycieczkę, ja chciałam pobyć w domu, że niby z Małą, która jak się okazało i tak miała wychodne plany. Spędziliśmy ten piątek przed tv, ja trochę z książką, tak jakoś niejakoś.
Sobota jednak wyjazdowa, dość daleko, bo w sumie zrobiliśmy prawie 400 km. Okoliczności były ładne, jesienne, kolorowe. Końcówka wyjazdu dramatyczna, bo wówczas odbyła się wymiana zdań wspomniana przeze mnie we wcześniejszym wpisie. Doprowadził mnie do tego, że musiałam z domu wyjść. Chyba drugi raz w życiu mi się tak zdarzyło. Wyszłam, strzeliłam szlochem w samotności, przewietrzylam głowę, zebrała siły i wróciłam do domu, gdzie SzM usiłował udać, że nic się nie stało, bo zdał sobie sprawę że przesadził. Na szczęście Małej nie było, nic nie wiedziała.
Niedziela - to najpierw skruszony SzM, a potem rodzinny obiad na który zaprosiłam Młodego z Panną. Mała niestety już miała wcześniej zorganizowane popołudnie, o czym wiedziałam, ale my posiedzielismy sobie całkiem miło i przyjemnie.
A teraz dochodzę do wniosku że ostatnimi czasy ilość moich wpisów na blogu świadczy o mojej kondycji psyche. Im gorzej tym więcej wpisów. Niestety.
I tak to.
Piszę z telefonu i różnie bywa z jakością. Zżeram końcówki, walczę ze słownikiem, publikuję i okazuje się, że potrzebna korekta. Ale się nie poddaję 😉
niedziela, 27 października 2019
28 /2019
Czy ja pisałam, że relacje między mną i SzM są ok? Na pewno ja to pisałam? No jednak nie są. Wczorajsza ostra wymiana zdań... Znacie to zdanie że "nie da się czegoś odzobaczyc" ? To samo dotyczy slyszenia tylko nie wiem jak to odmienić... :)
Najchętniej rzuciłabym wszystko w diabły i poszła w szeroki świat... Rzadko płaczę, zazwyczaj w samotności, i musi to być kres kresów, i wczoraj był. I pewnie dlatego, że nawarstwilo się wszystko. Za dużo. Bosze, głowa pęka mi zwykle od myśli, rozważań, a na zewnątrz nie potrafię, nie chcę.
Niejednokrotnie nie zgadzam się z tym co mówi SzM, jakie ma poglądy itp. ale zdarzało się, ostatnio coraz częściej, że nie oponowalam, nie dyskutowalam, bo mi się nie chcialo kruszyc kopii, denerwować, bo uznałam, że nie warto, niech mu się wydaje, niech żyje w nieświadomości. Szkoda moich nerwów. Ale od Małej usłyszałam zdanie, które będzie teraz moim mottem: "a skąd ja mam wiedzieć, że Ty myślisz inaczej, że masz inne zdanie skoro Ty nie reagujesz na to co on mówi?" Święta racja, niestety.
A wczoraj poszło o głupotę, ale to był przyczynek, by wystrzeliło to wszystko co w nas buzuje, co skrzętnie skrywamy pod powierzchnią. On, że się zmieniłam, że związek nam się rozpada, że jestem obojętna, że mam sobie przemyśleć co mówię i robię, że go zbywam, że mówił mi że powinnam zainteresować się Małą, że robi się taka obojętna, niezainteresowana rodziną, a ja go zbywalam, że dojrzewa, że to taki czas, że jej przejdzie, no i że duchem jestem wciąż nieobecna, że tylko siedzę w telefonie. Sporo zarzutów... I jak na to popatrzeć mają pokrycie, ale należałoby się zastanowić nad genezą, przyczyną. Że cokolwiek bym nie zrobiła to nie doczekam się dobrego słowa, że tylko wyrzuty i zawsze krytyka. Że ma zakodowane by mówić "bo Ty zawsze, albo Ty nigdy", a nie potrafi się odnieść do konkretów. Ten temat już przerabiamy nie pierwszy raz. Najprościej było odnieść się do siedzenia w telefonie. To też znany temat, wcześniej było siedzenie przy komputerze. Skoro on spędza czas na oglądaniu filmów, które mnie kompletnie nie interesują to co ja mam robić, czytam książki, siedzę w necie. A to co ja chciałabym oglądać to zazwyczaj oglądam w sypialni, mimo, że gdy kupował tv do sypialni to mówił, że kupuję go po to, by nie zajmować mi dużego tv w salonie gdy będzie chciał oglądać coś innego ("ale ten w sypialni ma mniej programów" , teraz tak argumentuje to że zajmuje duży tv). No i co ja słyszę w odpowiedzi???
- doszedłem do wniosku, że obydwa tv kupowałem ze swoich(!!!) pieniędzy (jakieś nagrody, premie czy inne takie) i mogę oglądać gdzie chcę. (jestem w głębokim szoku i nie wierzę w to co słyszę)
- mam Ci płacić za możliwość oglądania tv???
-... (nie pamiętam, ale coś tam chyba powiedział, że przesadzam)
- dobrze, że zabieg na żylaki (jestem właśnie po ostrzykiwaniu) oplacilam z kasy, którą dostałam na urodziny, bo byś mi wypomnial, że to za Twoje.
- ja nigdy nic Ci nie wypominam (i to akurat jest szczerą prawda).
- nie? To posłuchaj sam siebie sprzed 3 minut!
Kurtyna.
Rozumiem, że jest zdenerwowany Małą, że nie ogarnia sytuacji, że może zjada go poczucie winy, bo dowalilam mu tekstem, że niestety o złych relacjach że mną Mała nie mówiła (ale nie dodałam, że to wcale nie oznacza że nie ma do mnie żalu i że te relacje są dobre), do tego moja tzw. obojętność i zamknięcie się w sobie zapewne mu nie pomaga, wiem, że nie
jest gościu zły i że poniosły go emocje, jestem w stanie go usprawiedliwić i zrozumieć (czy to oznacza, że mam cechy ofiary? :), syndrom sztokholmski czy jakoś tak :) ... ) ale sięganie do argumentów finansowych jest dla mnie ciosem poniżej pasa, na który nie zgadzam się i na który sobie nie mogę pozwolić ambicjonalnie i w ogóle, bo takim argumentem Tatencjusz zawsze zabijał Matencję, a ja obiecałam sobie, że choćby się paliło i walilo będę czynna zawodowo i będę mieć swoje pieniądze. Dla porządku wyjaśnię, że kasę domową mamy wspólną. Na wielki dramat w domu też nie mogę sobie pozwolic, bo nie chce by Mała w tym uczestniczyła, bo jeszcze SzM palnie coś czego nie powinien.
SzM wie, że przesadził i usiłuje dzielnie przejść nad tym do porządku dziennego, że niby nic się nie stalo. A ja jestem urażona, obrazona. Nie mylić z dobrażona 😁
Na obiad dziś przychodzi Młody z Panną więc trzeba trzymać fason, ale niech sobie SzM nie myśli, że mu tak łatwo odpuszczę...
Jak tak wywaliłem z siebie, poukladalam, to już mi lepiej... Blogoterapia 😁
Najchętniej rzuciłabym wszystko w diabły i poszła w szeroki świat... Rzadko płaczę, zazwyczaj w samotności, i musi to być kres kresów, i wczoraj był. I pewnie dlatego, że nawarstwilo się wszystko. Za dużo. Bosze, głowa pęka mi zwykle od myśli, rozważań, a na zewnątrz nie potrafię, nie chcę.
Niejednokrotnie nie zgadzam się z tym co mówi SzM, jakie ma poglądy itp. ale zdarzało się, ostatnio coraz częściej, że nie oponowalam, nie dyskutowalam, bo mi się nie chcialo kruszyc kopii, denerwować, bo uznałam, że nie warto, niech mu się wydaje, niech żyje w nieświadomości. Szkoda moich nerwów. Ale od Małej usłyszałam zdanie, które będzie teraz moim mottem: "a skąd ja mam wiedzieć, że Ty myślisz inaczej, że masz inne zdanie skoro Ty nie reagujesz na to co on mówi?" Święta racja, niestety.
A wczoraj poszło o głupotę, ale to był przyczynek, by wystrzeliło to wszystko co w nas buzuje, co skrzętnie skrywamy pod powierzchnią. On, że się zmieniłam, że związek nam się rozpada, że jestem obojętna, że mam sobie przemyśleć co mówię i robię, że go zbywam, że mówił mi że powinnam zainteresować się Małą, że robi się taka obojętna, niezainteresowana rodziną, a ja go zbywalam, że dojrzewa, że to taki czas, że jej przejdzie, no i że duchem jestem wciąż nieobecna, że tylko siedzę w telefonie. Sporo zarzutów... I jak na to popatrzeć mają pokrycie, ale należałoby się zastanowić nad genezą, przyczyną. Że cokolwiek bym nie zrobiła to nie doczekam się dobrego słowa, że tylko wyrzuty i zawsze krytyka. Że ma zakodowane by mówić "bo Ty zawsze, albo Ty nigdy", a nie potrafi się odnieść do konkretów. Ten temat już przerabiamy nie pierwszy raz. Najprościej było odnieść się do siedzenia w telefonie. To też znany temat, wcześniej było siedzenie przy komputerze. Skoro on spędza czas na oglądaniu filmów, które mnie kompletnie nie interesują to co ja mam robić, czytam książki, siedzę w necie. A to co ja chciałabym oglądać to zazwyczaj oglądam w sypialni, mimo, że gdy kupował tv do sypialni to mówił, że kupuję go po to, by nie zajmować mi dużego tv w salonie gdy będzie chciał oglądać coś innego ("ale ten w sypialni ma mniej programów" , teraz tak argumentuje to że zajmuje duży tv). No i co ja słyszę w odpowiedzi???
- doszedłem do wniosku, że obydwa tv kupowałem ze swoich(!!!) pieniędzy (jakieś nagrody, premie czy inne takie) i mogę oglądać gdzie chcę. (jestem w głębokim szoku i nie wierzę w to co słyszę)
- mam Ci płacić za możliwość oglądania tv???
-... (nie pamiętam, ale coś tam chyba powiedział, że przesadzam)
- dobrze, że zabieg na żylaki (jestem właśnie po ostrzykiwaniu) oplacilam z kasy, którą dostałam na urodziny, bo byś mi wypomnial, że to za Twoje.
- ja nigdy nic Ci nie wypominam (i to akurat jest szczerą prawda).
- nie? To posłuchaj sam siebie sprzed 3 minut!
Kurtyna.
Rozumiem, że jest zdenerwowany Małą, że nie ogarnia sytuacji, że może zjada go poczucie winy, bo dowalilam mu tekstem, że niestety o złych relacjach że mną Mała nie mówiła (ale nie dodałam, że to wcale nie oznacza że nie ma do mnie żalu i że te relacje są dobre), do tego moja tzw. obojętność i zamknięcie się w sobie zapewne mu nie pomaga, wiem, że nie
jest gościu zły i że poniosły go emocje, jestem w stanie go usprawiedliwić i zrozumieć (czy to oznacza, że mam cechy ofiary? :), syndrom sztokholmski czy jakoś tak :) ... ) ale sięganie do argumentów finansowych jest dla mnie ciosem poniżej pasa, na który nie zgadzam się i na który sobie nie mogę pozwolić ambicjonalnie i w ogóle, bo takim argumentem Tatencjusz zawsze zabijał Matencję, a ja obiecałam sobie, że choćby się paliło i walilo będę czynna zawodowo i będę mieć swoje pieniądze. Dla porządku wyjaśnię, że kasę domową mamy wspólną. Na wielki dramat w domu też nie mogę sobie pozwolic, bo nie chce by Mała w tym uczestniczyła, bo jeszcze SzM palnie coś czego nie powinien.
SzM wie, że przesadził i usiłuje dzielnie przejść nad tym do porządku dziennego, że niby nic się nie stalo. A ja jestem urażona, obrazona. Nie mylić z dobrażona 😁
Na obiad dziś przychodzi Młody z Panną więc trzeba trzymać fason, ale niech sobie SzM nie myśli, że mu tak łatwo odpuszczę...
Jak tak wywaliłem z siebie, poukladalam, to już mi lepiej... Blogoterapia 😁
piątek, 25 października 2019
27 /2019
Odkryłam blogowanie przez telefon, bo pisanie z klawiatury telefonu jest o wiele szybsze. Do komputera w domu zasiadam sporadycznie, albo raczej wcale. A przez telefon pyk, pyk i jest. Piszę się może ciut dłużej, ale da się żyć 😁
A obiecałam sobie, że napiszę kilka słów na temat spa...
Nie bywam w wielkim świecie, nie wojażuję po hotelach i w świecie podwyższonego standardu, w tym przypadku czterogwiazdkowego, czuję się jak uboga krewna. Mam wrażenie, że wszyscy wiedzą, że jestem taka nieotrzaskana, że za chwilę strzelę jakiegoś babola i tyle. W temacie zabiegów i usług kosmetycznych nie jestem partnerem do rozmowy. Ja z tego "klubu", któremu się wydaje, że jak kupi krem i postawi na łazienkowej półce to już wystarczy, tak bez używania, bo kto by o tym pamiętał.
I tak leżąc na wypaśnym łóżku w gabinecie spa słuchałam bajerów pani specjalistki na temat mojej skóry i doszłam do wniosku, że... na dobrą sprawę kompletnie nie mam kontroli nad tym co ona mi tam aplikuje. Muszę jej wierzyć, bo jak inaczej 😁 A ponadto jestem przypadkiem klinicznym który idąc na zabieg relaksacyjny np. peeling i masaż całego ciała nie potrafi czerpać przyjemności z tej chwili. Leżę w pięknych okolicznościach, przytłumione nastrojowe światło (dlaczego oni pracują cały czas w półmroku?), świece (a te meble to nie odbarwiają się od tych świec?), fajna muzyczka w tle (o matko, ta babeczka pewnie ma tej muzyki serdecznie dosyć), masaż czy tam peeling się już dzieje (ciekawe ilu pacjentów ma dziennie, i co na to jej kręgosłup i nogi), a ja za cholerę nie potrafię się zrelaksować...
Bogu dzięki, że nie wyświetlają mi się nad głową takie dymki z opisem moich myśli 😁
A obiecałam sobie, że napiszę kilka słów na temat spa...
Nie bywam w wielkim świecie, nie wojażuję po hotelach i w świecie podwyższonego standardu, w tym przypadku czterogwiazdkowego, czuję się jak uboga krewna. Mam wrażenie, że wszyscy wiedzą, że jestem taka nieotrzaskana, że za chwilę strzelę jakiegoś babola i tyle. W temacie zabiegów i usług kosmetycznych nie jestem partnerem do rozmowy. Ja z tego "klubu", któremu się wydaje, że jak kupi krem i postawi na łazienkowej półce to już wystarczy, tak bez używania, bo kto by o tym pamiętał.
I tak leżąc na wypaśnym łóżku w gabinecie spa słuchałam bajerów pani specjalistki na temat mojej skóry i doszłam do wniosku, że... na dobrą sprawę kompletnie nie mam kontroli nad tym co ona mi tam aplikuje. Muszę jej wierzyć, bo jak inaczej 😁 A ponadto jestem przypadkiem klinicznym który idąc na zabieg relaksacyjny np. peeling i masaż całego ciała nie potrafi czerpać przyjemności z tej chwili. Leżę w pięknych okolicznościach, przytłumione nastrojowe światło (dlaczego oni pracują cały czas w półmroku?), świece (a te meble to nie odbarwiają się od tych świec?), fajna muzyczka w tle (o matko, ta babeczka pewnie ma tej muzyki serdecznie dosyć), masaż czy tam peeling się już dzieje (ciekawe ilu pacjentów ma dziennie, i co na to jej kręgosłup i nogi), a ja za cholerę nie potrafię się zrelaksować...
Bogu dzięki, że nie wyświetlają mi się nad głową takie dymki z opisem moich myśli 😁
26 / 2019
SzM w delegacji, a u nas był miły babski wieczór. Taki na totalnym luzaku, pod kocykiem, z herbatą, tulankami, po prostu przegadany...
Zaczytuję się w tematy psyche, depresji, lęków... Wiem, że problem psyche siedzi głęboko w środku, ale analizuję Młodą na wszystkie strony i troszkę podnoszę się na duchu. Studiuje (3 rok), pracuje, od wielu lat jest poważnie zaangażowana w harcerstwo, ma grono przyjaciół, znajomych, wyznacza sobie nowe cele, ćwiczy, biega regularnie na basen... Tak mocno się aktywizuje, że prawie wcale nie ma jej w domu. Faktycznie ostatnio była tylko współlokatorką, bo wychodziła jeszcze przed nami, by zacząć na przykład dzień od basenu, a wracała późnym wieczorem. Zmęczona więc od razu "paciorek, siusiu i spać". Stąd też wziął się ten mój pomysł na babski wspólny weekend...
Wcześniej jeszcze czas zabierał jej chłopak, jeden, drugi, trzeci. Teraz jest bez chłopaka, tzn ten trzeci jest na orbicie, ale w charakterze przyjaciela, bo podobno doszli do tego, że lepiej im w relacjach przyjacielskich. A jeszcze mi powiedziała, że nie potrafi się tak w pełni zaangażować w związek. Zapewne wynika to z obawy, strachu, lęku przed zranieniem, bólem, odrzuceniem. To akurat znam, bo mam dokładnie to samo. Jak to się ona wyraziła, że związki ma na sznurku, czy jakoś tak :) Od zawsze powtarza że nie będzie mieć dzieci, bo nie lubi dzieci (ale przecież jej drużyna harcerska... !) i na pewno byłaby złą matką. Że nie podoła oczekiwaniom pod tytułem mąż, dzieci. To jeszcze podczas wyjazdowego weekendu mi mówiła. Starałam się ją wyprostować w myśleniu, że daleko nam do takich oczekiwań, że ona po prostu ma tak żyć, by być szczęśliwą, a nie spełniać oczekiwania innych.
Hmmm...
Nie wiem czy nie wolałam zastanawiać się czy i ile moje dziecko zrobiło kupek... :)
Zaczytuję się w tematy psyche, depresji, lęków... Wiem, że problem psyche siedzi głęboko w środku, ale analizuję Młodą na wszystkie strony i troszkę podnoszę się na duchu. Studiuje (3 rok), pracuje, od wielu lat jest poważnie zaangażowana w harcerstwo, ma grono przyjaciół, znajomych, wyznacza sobie nowe cele, ćwiczy, biega regularnie na basen... Tak mocno się aktywizuje, że prawie wcale nie ma jej w domu. Faktycznie ostatnio była tylko współlokatorką, bo wychodziła jeszcze przed nami, by zacząć na przykład dzień od basenu, a wracała późnym wieczorem. Zmęczona więc od razu "paciorek, siusiu i spać". Stąd też wziął się ten mój pomysł na babski wspólny weekend...
Wcześniej jeszcze czas zabierał jej chłopak, jeden, drugi, trzeci. Teraz jest bez chłopaka, tzn ten trzeci jest na orbicie, ale w charakterze przyjaciela, bo podobno doszli do tego, że lepiej im w relacjach przyjacielskich. A jeszcze mi powiedziała, że nie potrafi się tak w pełni zaangażować w związek. Zapewne wynika to z obawy, strachu, lęku przed zranieniem, bólem, odrzuceniem. To akurat znam, bo mam dokładnie to samo. Jak to się ona wyraziła, że związki ma na sznurku, czy jakoś tak :) Od zawsze powtarza że nie będzie mieć dzieci, bo nie lubi dzieci (ale przecież jej drużyna harcerska... !) i na pewno byłaby złą matką. Że nie podoła oczekiwaniom pod tytułem mąż, dzieci. To jeszcze podczas wyjazdowego weekendu mi mówiła. Starałam się ją wyprostować w myśleniu, że daleko nam do takich oczekiwań, że ona po prostu ma tak żyć, by być szczęśliwą, a nie spełniać oczekiwania innych.
Hmmm...
Nie wiem czy nie wolałam zastanawiać się czy i ile moje dziecko zrobiło kupek... :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)