Stali bywalcy :)

poniedziałek, 28 października 2024

46/2024

Rozkleilam się dzis na terapii, nie tak całkiem, ale jak dla mnie to dużo... Rzadko mi się to zdarza, bo ja raczej taka dusząca emocje w sobie jestem, nie dopuszczam do tego by się popłakać. Zaciskam szczęki, gardło i wszystko zduszam, wciskam ten płacz w siebie, nie daję mu ujścia, nie ma prawa, pozwolenia by wyjść na zewnatrz. Chyba mam tak od zawsze, od dziecka. Mam jakieś takie w sobie coś by nie pokazywać "miękkiego podbrzusza", by trzymać fason, grać twardą. Pamiętam z mojego dorosłego życia dokładnie trzy zdarzenia gdy nie utrzymałam łez na wodzy. Pierwszy raz grubo ponad 20 lat temu; gdy dzieci były jeszcze małe, byliśmy na wczasach nad polskim morzem, jak to dawniej bywało na kwaterze, w czwórkę w jednym pokoju. Wszyscy już spali, a ja szykując się do snu, w ciemnym pokoju, patrząc w księżyc w pełni i cudne gwiazdy na niebie jakoś tak po prostu pękłam. Pojęcia nie mam dlaczego, bo nie pamiętam by cos się stało, nie było żadnych dram, kłótni, scysji, złych emocji, kompletnie nic. Po prostu kładąc się do łóżka poczułam potrzebę i się wyszlochalam, po cichu, dyskretnie, w poduszkę, ale na maxa. To raz. 
Drugi to w czasie pandemii, gdy kryzys w mojej Fabryce wyniósł mnie na szczyt, którego nie chciałam. Fabryczny stres, praca na granicy sił, nocne powroty do domu i ten permanentny lęk jak ja dam radę to wszystko ogarnąć... A w domu sceptyczny, marudzący na całą tę sytuację SzM. Przyszedł taki wieczór gdy usłyszałam wyrzut, że przesadzam, bo znowu wracam późno, bo sama siebie wykańczam, a inni mają w nosie i zwiali na L4. Nie wytrzymałam, rozryczalam się i powiedziałam że nie może tak być że ja fabrykę ogarniam w permanentnym fabrycznym stresie i z myślą z tyłu głowy, że muszę więcej i szybciej, bo jak wrócę późno to SzM znowu będzie narzekać; że muszę mieć wsparcie, bo po prostu nie dam rady. Generalnie poskutkowało. Za jakiś czas Mała powiedziała mi że wtedy (miała 22 lata) pierwszy raz w życiu widziała mnie płaczącą. To mój  zapamiętany drugi raz.
A ten trzeci raz to po śmierci SzM. To już był po prostu kompletny brak kontroli nad tym co się ze mną dzieje. Łzy płynęły same, nawet nie wiedziałam że tak się może dziać.  I do teraz moje obecne jakiekolwiek rozklejanie się zawsze jest związane z nim. 

Szłam dzisiaj na terapię i pomyślałam sobie że w zasadzie to mogłabym zacząć już myśleć o jej skończeniu. Stoję już twardo na dwóch nogach, daję radę, jestem silna, osadzona w realiach, wystarczająca i świadoma. 
No a potem pękłam... 

7 komentarzy:

  1. Twardo, twardo, twardo ... przepraszam Cię, nie widzę powodu dlaczego ktoś silny miałby się bać pokazać, że akurat musi się wypłakać. To jest raczej oznaka słabości i permanentnego lęku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie pękłam, płacz jest naturalny i oczyszczający, i bedzie sie zdarzał. Caly czas chcesz wszystko mieć pod kontrolą, to jest problem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdzieś przeczytałam, że łzy nie są oznaką słabości, to raczej wentyl dla tych, którzy zbyt długo próbowali być silni!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wrzód jak pęknie, to potem jest dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  5. To bzdura wpajana zwłaszcza chłopcom że mają nie płakać jak baby.Wszystkie dobre a zwłaszcza złe emocje się kumulują w osobach nie płaczących,krzyczących,wyrzucających na zewnątrz.To często powoduje różne choroby.Jak tylko pozwolisz sobie na płacz ,krzyk złości lub rzucanie czymś na osobności na pewno poczujesz ulgę.Ponoc łzy zawierają jakiś składnik którego pozbycie się ułatwia regenerację organizmu.Jestes dzielna kobietka i pozwól sobie czasem na upust nagromadzonych emocji bo to nie jest chwila słabości według wielu lekarzy.Pozdrawiam serdecznie Marta uk

    OdpowiedzUsuń
  6. O! to mamy pierwszą dużą różnicę między nami siostro, bo ja ryczę, jestem beksą, nie umiem tego zahamować. W drugą mańke mam, do przesady. jakby nas połączyć i podzielić, to by coś normalnego wyszło ;)

    OdpowiedzUsuń