Stali bywalcy :)

czwartek, 22 października 2026

33 / 2026

To był dobry czas. Reset i relaks na całego. Hotel, którym się niepokoiłam, bo opinie miał różne, spełnił moje oczekiwania, nie było do czego się przyczepić. Atrakcje czyli piękna egzotyczna dla nas rafa, kolorowe rybki i inne atrakcje, żółwie, delfiny, safari i pustynia o zachodzie słońca plus super sesja foto, masaże, spa i w tym wszystkim najważniejsze czyli nasz wspólny babski czas, mamy z córką. Powrót do domu już oswoiłam. Nie ma we mnie dramy, że wracam i nikt nie czeka.

Weszłam na inny poziom, etap. Polubiłam swoje życie solo, oswoiłam smutki, cienie i szarości codziennego życia. Zajęło mi to trzy lata, ale udało mi się. Smutek i żal za tym co było, a czego nie będzie, jest we mnie, ale już na spokojnie, bez dramy. Celem moje terapii było wyrzucenie ze mnie bólu po śmierci SzM, który we mnie siedział, który się tam gdzieś zamroził z uwagi na kolejne wydarzenia. Dopiero po śmierci mamy, poczułam, że on, ten ból straty SzM tam jest, siedzi i mnie dusi. Bo nie potrafiłam o nim mówić. Bo może nie miałam z kim. Bo może nie miałam odwagi by wracać do tamtego czasu. Bo może bałam się oceny, że minęło tyle(?) czasu, a ja wciąż w tym tkwię. Dużo dało mi cofnięcie się do ostatniego czasu sprzed śmierci, bo poczytałam sobie te swoje zapiski z roku śmierci SzM. Zobaczyłam ile tam było emocjonalnych odcieni szarości i chyba nawet nie znalazłam odcieni różowego. Na sesjach terapii wróciłam do okresu po śmierci SzM, nie było dram, ale pojawiły się łzy, co u mnie naprawdę dużo znaczy, bo ja z tych mało płaczących jestem. To jest przestrzeń na to, by móc wyrzucić z siebie to, co uwiera i boli. Ale też miejsce na powrót do fajnych chwil. Bardzo pamiętam jak było mi dobrze i lekko po opowieści jak się poznaliśmy, jak zaczynał się nasz związek, o początkach naszego małżeństwa. Gdy wyszłam wtedy było mi tak dobrze i lekko. Terapeuta przy pierwszym spotkaniu powiedziała, że może przyjdzie czas by się zezłościć na SzM. Cóż, nie przyszedl. Jestem mu wdzięczna za ten wspólnie przeżyty, za dobre wspomnienia, za dzieci. Był moment, gdy myślałam, że to może lepiej że to mnie przyszło zmierzyć się ze stratą partnera a nie jemu, bo ja sobie lepiej poradzę. Dziś się z tego wycofuje. Nie wiem czy jemu nie byłoby lżej. A to że SzM miał wokół siebie mniej ludzi nie oznacza że byłoby mu trudniej. To mnie potrzebni są ludzie wokół, to ja potrzebuje kontaktu z nimi. To we mnie jest lęk przed samotnością, brakiem kontaktu z żywym człowiekiem.

Tak. Z pewnością mogę powiedzieć, że jest lepiej, że moje życie jest teraz ok i że raczej planuję pożegnać się z terapią.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz