Celem podsumowania moich trzech lat wdowieństwa szukam dobrych stron tego życia solo... Brak zobowiązań i powinności, zastanawiania się czy coś mogę, czy muszę to ustalić, myślenia o tym co trzeba. Mogę wszystko i tylko ode mnie zależy co wybiorę. Tylko ode mnie zależy co będę robić, gdzie pójdę, pojadę, co zrobię. Nie biorę pod uwagę tego że mogę nie mieć z kim, bo szukam pozytywów, więc tu ważne jest że mogę. Muszę tylko nauczyć się że robienie cokolwiek solo też jest ok. Jeśli chcę to ogarnę, posprzątam, ugotuję, a jeśli nie mam na to ochoty to luz i po prostu nic nie zrobię. Takie mam teraz życie. I przyznam, że to jest fajne. Nie mówię tu o pracy oczywiście. Bo tu trzeba po prostu.
Dziś pani terapeutka powiedziała mi że jestem mądrą, rozsądną kobietą i w zasadzie nie ma potrzeby by mnie jakoś prowadzić, bo prowadzę siebie całkiem ok. Że pomaga mi w przeżywaniu żałoby, w osiągnięciu celu terapii czyli umiejętności pokazania swojego bólu, mówienia o nim, o tym co czuję. Wzmocniła mnie ta opinia bardzo, oczywiście połechtała moje ego, bo miło jest słyszeć o sobie dobre rzeczy. Mam naturę analityka i wiele rzeczy rozkminiam i rozkładam na czynniki pierwsze i zwykle idę w dobrym kierunku.
Dzień rocznicowy spędziłam nieciekawie, w pracy, w międzyczasie na pogrzebie, a potem całe popołudnie na szpitalnej izbie przyjęć jako troskliwa nadgorliwa matka trzydziestoparolatka. Tak, Młody miał problemy zdrowotne, ale skończyło się na badaniach, zaleceniach i receptach. Nie był ten dzień taki zły.
W pracy już powoli wymiękam, bo od lipca pracuję na dwa biurka i nie mam pewności czy nie potrwa to jeszcze dłużej. No i to wszystko w warunkach remontowych po dużej awarii wod-kan. Pocieszeniem jest dla mnie fakt że cokolwiek by się nie zadziało to w październiku mam w końcu dwa tygodnie wakacyjnego urlopu. A w te dwa tygodnie ogarnięte trzy wyjazdy :) Babski weekendowy typu citybreak do stolicy. Potem olekskjuzmi z Małą(!) do ciepłego kraju. No i na koniec weekendowy znowu babski tym razem w góry z fajnymi okolicznościami typu bania z bąbelkami na zewnątrz. Już się cieszę, choć przeraża mnie ta intensywność.
W domu zimno, kaloryfery jeszcze nie grzeją. Kanapa, pilocik, kocyk... Oglądam Lalkę, a właściwie to Lalki :) Najpierw Netflix - ową, podobała mi się, owszem. Od początku zapowiadali że to nie jest ekranizacja, więc się nastawiłam i jest ok. W trzecim odcinku nawet zaczęła mi się podobać uroda Łęckiej. Potem sięgnęłam po tą starą kinową z Beatą Tyszkiewicz. Też całkiem ok, choć tam postać Wokulskiego jakoś fizycznie mi nie odpowiadała. A teraz kończę oglądać stary serial z Małgorzatą Braunek. Ten z kolei trochę mnie nudzi i usypia. No i zaraz na początku października idę do kina na tą najnowszą Lalkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz