Oswajam się z sytuacją. Nie jest mi łatwo... Nie chciałam dokładnie przepytywac, przesłuchać, bazowalam na tym ile sama mi powiedziała, ewentualnie trochę dopytalam. W pierwszej opcji zrozumiałam ją, że ma za sobą dwa lata terapii. No nie, dwa lata zbierała się w sobie by poszukać pomocy, pójść do psychologa. Poszła w maju/czerwcu tego roku. Najpierw na uczelni, potem gdzieś w ramach porad bezpłatnych, czy NFZ, jakoś tak. Obie terapeutki podsumowały ją , że kwalifikuje się bardziej do terapii grupowej, że manipuluje ludźmi. Nie brzmi to dobrze. Za każdym razem zastanawiam się czy jestem manipulowana :)
Na grupową terapię nie poszła, nie chce iść. Drugi psycholog odesłał ją do lekarza psychiatry by włączyć farmakologię. Cała sprawa farmakologiczna dotyczy lęków, napadów paniki, z którymi Mała zmaga się od kilku już lat. Tak mi powiedziała. Do kompletu dołączyła jej niska samoocena, brak więzi z naszej strony (tak ja to oceniam)...
Mała od zawsze była świetnie zorganizowana, dobrze się uczyła, była dla mnie prywatnie nagrodą za to wszystko, czego nie robił Młody :)
Sto lat temu poprosiła o profilowane w Poradni Psych-Pedag w temacie predyspozycji zawodowych. Wówczas, to pamiętam, byłam zaskoczona jej niską samooceną. To było chyba przy wyborze szkoły średniej. Podobno, tego nie pamiętam, Pani psycholog miała powiedzieć, że ta niska samoocena kwalifikuje się do terapii. No i że ona, Mala, domagała się bym poszła z nią do psychologa i dopiero jak stała się pełnoletnia poszła sama. Tu notuję brak zgodności chronologicznej, bo Mala pełnoletniość osiągnęła 3 lata temu. Ale mniejsza o to...
Obwiniam się, owszem, ale to problem złożony. A że nie zrobiłam nic gdy czułam jak mi się Mała wymyka, że nie naciskalam na to by nasze relacje były lepsze, bliższe... Że ślepa po prostu byłam. Ale z drugiej strony nie chciałam na siłę, rozumiałam, że ona potrzebuje swojej strefy, intymności, sama mi mówiła, że są rzeczy o których się z rodzicami nie rozmawia. Ale jakoś za łatwo odpuściłam.
Temat SzM to osobny rozdział. Ja już na zapas się martwię, że on coś palnie, chlapnie, strzeli... Kładłam mu do głowy, że mało istotne jest teraz przerzucanie się winą, argumentami, udowadnianie jej, czy nam, kto się izoluje i dlaczego. Ważne jest by nadrobić relacje, odbudować ten zerwany mostek. Bo najważniejsza jest Mała.
Stali bywalcy :)
czwartek, 24 października 2019
niedziela, 20 października 2019
24 / 2019
Babski wyjazd za nami... Nie ukrywam, że był dla mnie ciężki, psychicznie. Bo generalnie to miał być relaks czyli lekko, łatwo i przyjemnie... Powiem szczerze, nie był.
Jeszcze w czasie wakacji uznałam, przeczuwając chyba to i owo, że mam wrażenie, że Mała/Młoda wymyka mi się z rąk, że tracę z nią kontakt, no i że fajnie by było zaserwowac nam babski wypad. Myślałam o jakiejś zagranicznej krótkiej wycieczce, ale co sobie wymyśliłam to się okazywało, że ona tam już była. W końcu padło na jakieś spa. Młoda dostała zadanie znaleźć coś fajnego żeby jej się spodobało i żeby nie było za daleko, bo kierowcą mam być ja 😉 No i właśnie zaliczyłyśmy ten wyjazd. Generalnie to chyba dobry termin był, bo i obcy teren, i czas, i relaks, i dobre warunki do rozmów...
Ale nie chciałam żeby cały wyjazd był zdominowany jednym tematem, nie chciałam przepytywania... A teraz myślę czy moje intencje zostały dobrze odebrane, bo może się przecież okazać że Mała odbierze to jako np. zbyt małe zaangażowanie, zainteresowanie z mojej strony...
Nie jest to dla mnie łatwa sytuacja, myślę i układam zdania, tyle rzeczy chciałabym jej powiedzieć, a potem nie potrafię przebić się do niej, albo też nie umiem wyrzucić ich z siebie na zewnątrz. Ja pewnie też kwalifikuje się do terapii, zwłaszcza teraz. Ostatnią noc przeryczałam dyskretnie w poduszkę.
Leki przepisane przez psychiatrę Mała bierze na jakieś ataki paniki, lęki z którymi zmaga się od kilku (!) lat. Pod opieką psychiatry jest od pół roku. Podobno pytał czy nie choruje na tarczycę. Leki już były zmieniane, bo nie działały tak jak trzeba. Ten obecny lek miał być inny, ale okazał się być drogi i poprosiła o tańszy. Ręce opadają. Wszystko w ramach NFZ. Nie neguję, wręcz akceptuję, powiedziałam, że to dobrze że znalazła w sobie siłę by szukać pomocy, nie podważam decyzji, ale w głębi duszy myślę sobie czy w ramach NFZ można liczyć na dobrą jakość opieki, zwłaszcza w sferze psyche...? Jaka jest ta opieka? Na ile przemyślana jest decyzja wpisania recepty...?
W temacie skłonności rodzinnych - matencja od lat zmaga się z nerwicą.
Młoda powiedziała mi że jest świadoma tego, że większość problemów jest ze strony SzM, bo ona w ogóle nie czuje z jego strony wsparcia.
Pani psycholog podrzuciła Młodej książkę o relacjach ojciec-córka, po przeczytaniu której moja córka doszła do wniosku, że ona nie ma co naprawiać bo jej relacja z SzM nie istnieje. Ja wówczas tą książkę przejrzałam, usiłowałam nawet zachęcić do lektury SzM, ale na próżno. Dopiero dziś przejrzał skany tych stron, które wydawały mi się istotne.
Mała powiedziała mi otwartym tekstem, że on nigdy nie był i nie jest zainteresowany tym co ona ma do powiedzenia, bo albo leci film, albo gra w coś, albo udaje że słucha i zadaje potem pytanie od czapy którym się dekonspiruje i wychodzi że jej nie słucha. A jeśli już zdarzy się że słucha to zazwyczaj jest w opozycji, albo ją krytykuje. A potem pewnie jak ma wyrzut sumienia to ją zabiera na dobre jedzenie albo na zakupy.
I to jest chyba święta prawda. Ale... to zawsze on dopytuje gdzie jest, kiedy wróci, czy nie trzeba po nią jechać, jest na każde jej zawołanie i skinienie.
Jestem psychicznie wykończona powiem szczerze. Z różnych względów...
... zmęczona jestem byciem buforem na linii SzM i dzieci. Pamiętam, że sto lat temu powiedziałam mu ze gdybym wiedziała jak podejdzie do tematu ojcostwa to bym za niego nie wyszła.
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to SzM kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że Młoda zrobiła się inna i "weź z nią pogadaj" mówił mi zatroskany tatuś. A ja przyzwyczajona do tego, że SzM się czepia uznałam, że na pewno przesadza, bo Młoda dorasta, bo kobita ma te 21 to ma prawo się zmienić, zachować tak a nie inaczej. Nie zauważyłam tylko że ona ma problemy... A ona może liczyła na to, że ma bystrą mamę.
Pomijając sprawę wsparcia czy też jego braku, spełniania naszych oczekiwań (np. dobre oceny - o Matko i Córko w życiu nie domagalismy się świadectw z paskiem, uczyła się dobrze, ale pokażcie mi rodzica który powie do dziecka nie musisz się uczyć, a oceny nie są ważne, jej ostatnie świadectwo które miało być z paskiem to nie bylo (gimnazjum chyba) bo sama nam powiedziała, że jej na pasku nie zależy i może o pasek walczyć ale tylko dla nas i wyraźnie jej mówiłam, żeby opuściła) to mam wrażenie, że za bardzo skupilismy się na sobie, najpierw ja na bieganiu, a ostatnio my oboje na rowerowaniu. Rozlazlo się nam życie rodzinne. Tak chyba od momentu jak się wyprowadził Młody. Bo zrobiło się tak że my sobie, Młoda sobie. Rano wychodzi, wieczorem wraca, bo uczelnia, praca, znajomi, spotkania, zdawkowe cześć co słychać jak leci, dzięki jest ok, nie dopuszcza do bliższych więzi, informacji. A ja dumna durna matka myślałam sobie jaką mam świetnie radzącą sobie i zorganizowaną córkę. Nawet mówiłam głośno, że nauczyła mnie takiej beztroski...
Jeszcze w czasie wakacji uznałam, przeczuwając chyba to i owo, że mam wrażenie, że Mała/Młoda wymyka mi się z rąk, że tracę z nią kontakt, no i że fajnie by było zaserwowac nam babski wypad. Myślałam o jakiejś zagranicznej krótkiej wycieczce, ale co sobie wymyśliłam to się okazywało, że ona tam już była. W końcu padło na jakieś spa. Młoda dostała zadanie znaleźć coś fajnego żeby jej się spodobało i żeby nie było za daleko, bo kierowcą mam być ja 😉 No i właśnie zaliczyłyśmy ten wyjazd. Generalnie to chyba dobry termin był, bo i obcy teren, i czas, i relaks, i dobre warunki do rozmów...
Ale nie chciałam żeby cały wyjazd był zdominowany jednym tematem, nie chciałam przepytywania... A teraz myślę czy moje intencje zostały dobrze odebrane, bo może się przecież okazać że Mała odbierze to jako np. zbyt małe zaangażowanie, zainteresowanie z mojej strony...
Nie jest to dla mnie łatwa sytuacja, myślę i układam zdania, tyle rzeczy chciałabym jej powiedzieć, a potem nie potrafię przebić się do niej, albo też nie umiem wyrzucić ich z siebie na zewnątrz. Ja pewnie też kwalifikuje się do terapii, zwłaszcza teraz. Ostatnią noc przeryczałam dyskretnie w poduszkę.
Leki przepisane przez psychiatrę Mała bierze na jakieś ataki paniki, lęki z którymi zmaga się od kilku (!) lat. Pod opieką psychiatry jest od pół roku. Podobno pytał czy nie choruje na tarczycę. Leki już były zmieniane, bo nie działały tak jak trzeba. Ten obecny lek miał być inny, ale okazał się być drogi i poprosiła o tańszy. Ręce opadają. Wszystko w ramach NFZ. Nie neguję, wręcz akceptuję, powiedziałam, że to dobrze że znalazła w sobie siłę by szukać pomocy, nie podważam decyzji, ale w głębi duszy myślę sobie czy w ramach NFZ można liczyć na dobrą jakość opieki, zwłaszcza w sferze psyche...? Jaka jest ta opieka? Na ile przemyślana jest decyzja wpisania recepty...?
W temacie skłonności rodzinnych - matencja od lat zmaga się z nerwicą.
Młoda powiedziała mi że jest świadoma tego, że większość problemów jest ze strony SzM, bo ona w ogóle nie czuje z jego strony wsparcia.
Pani psycholog podrzuciła Młodej książkę o relacjach ojciec-córka, po przeczytaniu której moja córka doszła do wniosku, że ona nie ma co naprawiać bo jej relacja z SzM nie istnieje. Ja wówczas tą książkę przejrzałam, usiłowałam nawet zachęcić do lektury SzM, ale na próżno. Dopiero dziś przejrzał skany tych stron, które wydawały mi się istotne.
Mała powiedziała mi otwartym tekstem, że on nigdy nie był i nie jest zainteresowany tym co ona ma do powiedzenia, bo albo leci film, albo gra w coś, albo udaje że słucha i zadaje potem pytanie od czapy którym się dekonspiruje i wychodzi że jej nie słucha. A jeśli już zdarzy się że słucha to zazwyczaj jest w opozycji, albo ją krytykuje. A potem pewnie jak ma wyrzut sumienia to ją zabiera na dobre jedzenie albo na zakupy.
I to jest chyba święta prawda. Ale... to zawsze on dopytuje gdzie jest, kiedy wróci, czy nie trzeba po nią jechać, jest na każde jej zawołanie i skinienie.
Jestem psychicznie wykończona powiem szczerze. Z różnych względów...
... zmęczona jestem byciem buforem na linii SzM i dzieci. Pamiętam, że sto lat temu powiedziałam mu ze gdybym wiedziała jak podejdzie do tematu ojcostwa to bym za niego nie wyszła.
Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że to SzM kilkakrotnie zwracał mi uwagę, że Młoda zrobiła się inna i "weź z nią pogadaj" mówił mi zatroskany tatuś. A ja przyzwyczajona do tego, że SzM się czepia uznałam, że na pewno przesadza, bo Młoda dorasta, bo kobita ma te 21 to ma prawo się zmienić, zachować tak a nie inaczej. Nie zauważyłam tylko że ona ma problemy... A ona może liczyła na to, że ma bystrą mamę.
Pomijając sprawę wsparcia czy też jego braku, spełniania naszych oczekiwań (np. dobre oceny - o Matko i Córko w życiu nie domagalismy się świadectw z paskiem, uczyła się dobrze, ale pokażcie mi rodzica który powie do dziecka nie musisz się uczyć, a oceny nie są ważne, jej ostatnie świadectwo które miało być z paskiem to nie bylo (gimnazjum chyba) bo sama nam powiedziała, że jej na pasku nie zależy i może o pasek walczyć ale tylko dla nas i wyraźnie jej mówiłam, żeby opuściła) to mam wrażenie, że za bardzo skupilismy się na sobie, najpierw ja na bieganiu, a ostatnio my oboje na rowerowaniu. Rozlazlo się nam życie rodzinne. Tak chyba od momentu jak się wyprowadził Młody. Bo zrobiło się tak że my sobie, Młoda sobie. Rano wychodzi, wieczorem wraca, bo uczelnia, praca, znajomi, spotkania, zdawkowe cześć co słychać jak leci, dzięki jest ok, nie dopuszcza do bliższych więzi, informacji. A ja dumna durna matka myślałam sobie jaką mam świetnie radzącą sobie i zorganizowaną córkę. Nawet mówiłam głośno, że nauczyła mnie takiej beztroski...
sobota, 19 października 2019
23 / 2019
Nie ogarniam tego Bloggera... Za każdym razem rozkminiam jak tu wstawić nowy post. Pewnie dlatego, że to przez telefon, a nie komp. Już doszłam do tego, że szybciej wstawię cokolwiek z telefonu, bo do łapka siadam sporadycznie, a pracy nie idzie mi pisanie.
Zagubiona jestem... Nie znam klimatów depresji, kompletnie nie wiem czy to na pewno jest to. Póki co skierowanie na badania tarczycowy mamy, ale jeszcze ich nie zrobiła. Analizę włosa póki co sobie darujemy.
Powiem szczerze w czarnej doopie jestem. Dziecko, z którego jestem dumna, które było dla mnie ostoja, swiatelkiem w tunelu i wartoscia nadrzędna, to właśnie dziecko mówi mi, że zmarnowalismy jej dzieciństwo, że nie jest zdolna do miłości, że nie ma perspektyw... Ręce mi opadają...
Faktem jest że większą winą obarcza SzM, ale żadne to pocieszenie...
Rany, mam wrażenie że to tylko sen, film, naiwność każe mi myśleć, że tak naprawdę to okaże się że mnie nie dotyczy...
Zagubiona jestem... Nie znam klimatów depresji, kompletnie nie wiem czy to na pewno jest to. Póki co skierowanie na badania tarczycowy mamy, ale jeszcze ich nie zrobiła. Analizę włosa póki co sobie darujemy.
Powiem szczerze w czarnej doopie jestem. Dziecko, z którego jestem dumna, które było dla mnie ostoja, swiatelkiem w tunelu i wartoscia nadrzędna, to właśnie dziecko mówi mi, że zmarnowalismy jej dzieciństwo, że nie jest zdolna do miłości, że nie ma perspektyw... Ręce mi opadają...
Faktem jest że większą winą obarcza SzM, ale żadne to pocieszenie...
Rany, mam wrażenie że to tylko sen, film, naiwność każe mi myśleć, że tak naprawdę to okaże się że mnie nie dotyczy...
sobota, 12 października 2019
22 / 2019
Jeśli myślisz, ze wszystko jest OK to znaczy, że nie wiesz wszystkiego...
Stany lękowe u Małej /Młodej. W tle depresja. Dwa lata terapii u psychologa, który dał skierowanie do psychiatry... Leczenie farmakologiczne od pół roku...
Co ze mnie za matka?!
Stany lękowe u Małej /Młodej. W tle depresja. Dwa lata terapii u psychologa, który dał skierowanie do psychiatry... Leczenie farmakologiczne od pół roku...
Co ze mnie za matka?!
wtorek, 17 września 2019
21 / 2019
O rany, ileż to razy już się zbierałam do pisania to tylko ja wiem. Niestety, jak widać nic mi z tego zbierania się nie wyszło.
Co to ja chciałam, o czym by tu...?
Żyjemy, mamy się dobrze. Tak mi się przynajmniej wydaje... 😉
Młody w dalszym ciągu i oby nadal, mieszka osobno, ale razem z Panną, teraz już narzeczoną. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie pchamy się tam do nich, niech sobie żyją, docierają się i dzielą życiowe role. Czy ja już pisałam o tym, że w tamtym związku krótko mówiąc on gotuje, ona sprząta. Początkowo mi to przeszkadzało, bo odezwał się we mnie chyba instynkt matki-kwoki, ale potem dojrzałam do tego, że skoro tak chcą to co mnie to..., nie mój cyrk, nie moje małpy. Gdzieś tam w głębi duszy myślę sobie co to będzie jak przyjdzie na świat dziecko, bo chyba kiedyś taki dzień nadejdzie, ale staram się nie dumać zbyt wiele. U nas w domu SzM też gotuje, ale z doskoku, dlatego że lubi, no i to się zadziało na przestrzeni lat, bo większość to jednak kucharzylam ja. Jakoś od 10 lat chyba SzM tak mi się wepchnął do kuchni a mnie to pasuje 😉 A z tym gotowaniem Młodego to największy problem mają obie babcie. A jeszcze gdzieś tam kiedyś do którejś powiedział, że Panna odpoczywa po pracy, a on robi obiad. Dramat i masakra w jednym, rany, ile one miały do powiedzenia...
Na nasze nieszczęście od początku naszego małżeństwa obie nasze mamy się zakolegowały i niestety przez cały ten czas normą jest to, że po pierwsze Matencja streszcza co powiedziała Teściowa, a po drugie obie wiecznie się porównują, rywalizują i mają ze sobą stały kontakt, więc ja np. żeby mieć święty spokój odcięłam Matencję od wielu informacji o nas, celowo.
Miało być o nas, jak zwykle zeszło na Matencję rzec by się chciało... 😉
Młodzi przychodzą do nas rzadko, a my nie naciskamy. W tygodniu to wiadomo, że człowiek jak w kieracie, dom - praca. A weekendy mamy aktywne, nawet bardzo. Rowerowo zwiedzamy okolicę, kręcimy jakieś 60-90 km. Wyjeżdżamy rano, wracamy wieczór. Albo piesza wycieczka w górach. Albo impreza biegowa przeżywana ze strony wsparcia technicznego, bo tak się nam złożyło. I było super. Po drugiej stronie też jest fajnie. Zwłaszcza, że widzę, że SzM się po troszkę wciąga w to moje biegowe towarzystwo, a to mnie bardzo cieszy. 😁
A skoro o bieganiu mowa, to uwaga, chwalę się!
Niespodziewanie zaliczyłam kilkudniowy wyjazd biegowy, podczas którego pokonałam swoje ograniczenia, pokonałam mimo braku regularnych treningów biegowych, bo całe lato tylko rower i rower. Poprawiłam swój czas w biegu na 10 km. I przebiegłam dystans półmaratonski, a nawet ciut więcej i to w biegu górskim. Brawo ja!
😁😁😁
Życie uczuciowe Małej stanowi dla mnie ostatnio zagadkę. Co się przyzwyczaję do jakiegoś Kawalera to zaraz potem przestaje być Kawalerem. A Mała oddala mi się, ucieka jakoś mentalnie. W październiku jedziemy na babski weekend, może wzmocnimy relacje. Bardzo na to liczę. Wymyśliłam sobie babski wyjazd, nie umiałam tylko zdecydować się gdzie i po co. Koniec końców stanęło na Spa w ładnej okolicy 😉 Wrócimy piękne po prostu.
Tyle razy myślałam o tym co chciałabym, zanotowac tu na blogu, że cały czas mam wrażenie, że ja to już tu pisałam.
W ostatni bardzo aktywny weekend między wycieczkę rowerową i biegowe wydarzenie udało się nam wcisnąć wypad na grzyby. I były, tyle że to maluchy jeszcze były. Ale sezon został otwarty.
Chciałam jeszcze o tym, że:
- dojrzałam do kupna tabletek menopauzalnych, bo dreszcze, fale gorąca i potu doprowadzają mnie do nie powiem czego,
- czas odwiedzić gina, bo mojej Mirenie czas się kończy, no i postrachana jestem, co dalej? Kolejna Mirena to chyba już nie, bo za stara chyba jestem, niestety. Pewnie jakieś tabletki, ale czy będą trafione, skuteczne i łatwe w obsłudze?
- Mała jest już po zabiegu usunięcia guzka z piersi, czekamy na wyniki, a dwa lata temu już raz to miała usuwane, ale wypieram z głowy negatywne myśli, wtedy było ok, teraz też będzie.
- listopadowy weekend już mamy zarezerwowany i bardzo się cieszę, bo z fajną ekipą.
- a przed listopadem jeszcze czeka mnie zabieg ostrzykniecia żylaków obu nóg, a potem noszenie tych kompresyjnych ponczoch przez minimum 4 tygodnie i szlaban na bieganie. Będę chodzić z kijkami, bo to mi będzie wolno. Teraz to wymyśliłam właśnie. I wyciągnę ze sobą SzM. Dokladnie rok temu bo pod koniec pazdziernika miałam najpierw skleroterapie laserowa na jedną nogę, a ostrzykiwanie na drugiej nodze. Teraz to już tylko taka ostateczna kosmetyka. Taką mam nadzieję.
- czas tak strasznie zaiwania, że już czas zacząć myśleć o Świętach...
Masakra.
Dobranoc.
PS
Kto tu zajrzał?... i odczytał do tego miejsca?
Buziaki dla Was ❤️
Co to ja chciałam, o czym by tu...?
Żyjemy, mamy się dobrze. Tak mi się przynajmniej wydaje... 😉
Młody w dalszym ciągu i oby nadal, mieszka osobno, ale razem z Panną, teraz już narzeczoną. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Nie pchamy się tam do nich, niech sobie żyją, docierają się i dzielą życiowe role. Czy ja już pisałam o tym, że w tamtym związku krótko mówiąc on gotuje, ona sprząta. Początkowo mi to przeszkadzało, bo odezwał się we mnie chyba instynkt matki-kwoki, ale potem dojrzałam do tego, że skoro tak chcą to co mnie to..., nie mój cyrk, nie moje małpy. Gdzieś tam w głębi duszy myślę sobie co to będzie jak przyjdzie na świat dziecko, bo chyba kiedyś taki dzień nadejdzie, ale staram się nie dumać zbyt wiele. U nas w domu SzM też gotuje, ale z doskoku, dlatego że lubi, no i to się zadziało na przestrzeni lat, bo większość to jednak kucharzylam ja. Jakoś od 10 lat chyba SzM tak mi się wepchnął do kuchni a mnie to pasuje 😉 A z tym gotowaniem Młodego to największy problem mają obie babcie. A jeszcze gdzieś tam kiedyś do którejś powiedział, że Panna odpoczywa po pracy, a on robi obiad. Dramat i masakra w jednym, rany, ile one miały do powiedzenia...
Na nasze nieszczęście od początku naszego małżeństwa obie nasze mamy się zakolegowały i niestety przez cały ten czas normą jest to, że po pierwsze Matencja streszcza co powiedziała Teściowa, a po drugie obie wiecznie się porównują, rywalizują i mają ze sobą stały kontakt, więc ja np. żeby mieć święty spokój odcięłam Matencję od wielu informacji o nas, celowo.
Miało być o nas, jak zwykle zeszło na Matencję rzec by się chciało... 😉
Młodzi przychodzą do nas rzadko, a my nie naciskamy. W tygodniu to wiadomo, że człowiek jak w kieracie, dom - praca. A weekendy mamy aktywne, nawet bardzo. Rowerowo zwiedzamy okolicę, kręcimy jakieś 60-90 km. Wyjeżdżamy rano, wracamy wieczór. Albo piesza wycieczka w górach. Albo impreza biegowa przeżywana ze strony wsparcia technicznego, bo tak się nam złożyło. I było super. Po drugiej stronie też jest fajnie. Zwłaszcza, że widzę, że SzM się po troszkę wciąga w to moje biegowe towarzystwo, a to mnie bardzo cieszy. 😁
A skoro o bieganiu mowa, to uwaga, chwalę się!
Niespodziewanie zaliczyłam kilkudniowy wyjazd biegowy, podczas którego pokonałam swoje ograniczenia, pokonałam mimo braku regularnych treningów biegowych, bo całe lato tylko rower i rower. Poprawiłam swój czas w biegu na 10 km. I przebiegłam dystans półmaratonski, a nawet ciut więcej i to w biegu górskim. Brawo ja!
😁😁😁
Życie uczuciowe Małej stanowi dla mnie ostatnio zagadkę. Co się przyzwyczaję do jakiegoś Kawalera to zaraz potem przestaje być Kawalerem. A Mała oddala mi się, ucieka jakoś mentalnie. W październiku jedziemy na babski weekend, może wzmocnimy relacje. Bardzo na to liczę. Wymyśliłam sobie babski wyjazd, nie umiałam tylko zdecydować się gdzie i po co. Koniec końców stanęło na Spa w ładnej okolicy 😉 Wrócimy piękne po prostu.
Tyle razy myślałam o tym co chciałabym, zanotowac tu na blogu, że cały czas mam wrażenie, że ja to już tu pisałam.
W ostatni bardzo aktywny weekend między wycieczkę rowerową i biegowe wydarzenie udało się nam wcisnąć wypad na grzyby. I były, tyle że to maluchy jeszcze były. Ale sezon został otwarty.
Chciałam jeszcze o tym, że:
- dojrzałam do kupna tabletek menopauzalnych, bo dreszcze, fale gorąca i potu doprowadzają mnie do nie powiem czego,
- czas odwiedzić gina, bo mojej Mirenie czas się kończy, no i postrachana jestem, co dalej? Kolejna Mirena to chyba już nie, bo za stara chyba jestem, niestety. Pewnie jakieś tabletki, ale czy będą trafione, skuteczne i łatwe w obsłudze?
- Mała jest już po zabiegu usunięcia guzka z piersi, czekamy na wyniki, a dwa lata temu już raz to miała usuwane, ale wypieram z głowy negatywne myśli, wtedy było ok, teraz też będzie.
- listopadowy weekend już mamy zarezerwowany i bardzo się cieszę, bo z fajną ekipą.
- a przed listopadem jeszcze czeka mnie zabieg ostrzykniecia żylaków obu nóg, a potem noszenie tych kompresyjnych ponczoch przez minimum 4 tygodnie i szlaban na bieganie. Będę chodzić z kijkami, bo to mi będzie wolno. Teraz to wymyśliłam właśnie. I wyciągnę ze sobą SzM. Dokladnie rok temu bo pod koniec pazdziernika miałam najpierw skleroterapie laserowa na jedną nogę, a ostrzykiwanie na drugiej nodze. Teraz to już tylko taka ostateczna kosmetyka. Taką mam nadzieję.
- czas tak strasznie zaiwania, że już czas zacząć myśleć o Świętach...
Masakra.
Dobranoc.
PS
Kto tu zajrzał?... i odczytał do tego miejsca?
Buziaki dla Was ❤️
piątek, 23 sierpnia 2019
19 / 2019
Wakacje...
Wydawać by się mogło że dopiero co się zaczęły, a już za chwilunię się skończą. Tegoroczne nasze pod znakiem rowerowym. Rozjeździliśmy się dosyć mocno. I to fajne jest.
Mała/Młoda wakacjowała w Portugalii, bez rowerka. My nad Bałtykiem, z rowerami. Przez dwa tygodnie wczasowania nakręciliśmy prawie 500 km. Pojechaliśmy dokładnie w to samo miejsce co rok temu, nawet do tego samego pokoju. I tak jak rok temu narzekaliśmy że ograniczają nas godziny posiłków. Tak więc przypomnijcie mi proszę w stosownym momencie, że my chcemy sam pobyt bez posiłków, no najlepiej to ze śniadaniem, bo resztę sami sobie zorganizujemy. Ale było fajnie, powiem szczerze. Zabrałam ze sobą, jak zwykle stosik książek, ale nie skończyłam nawet pierwszej. Dużo jeździliśmy i chodziliśmy. Szczerze powiem były momenty, że miałam dosyć, że czułam się jak na obozie sportowym, żeby nie powiedzieć przetrwania, bo ten mój SzM to zrzucił zbędne kilogramy, ale chyba dorobił się jakiegoś ADHD😉 W chwili kryzysu przypominałam sobie ze pewnie rok, dwa lata temu, tak się czuł SzM gdy ja go co chwilę angażowalam w ruch. 😁
Wczasy, wczasy i po wczasach... Przed wyjazdem wczasowy zaliczylismy jeszcze kilka wypraw rowerowych, takich terenowych, po 70-80km, i jedną pieszą wycieczkę po górach, taką spacerową.
Przez to rowerowanie trochę mi nie jest po drodze z bieganiem, ale cóż nie można mieć wszystkiego.
😁
Wydawać by się mogło że dopiero co się zaczęły, a już za chwilunię się skończą. Tegoroczne nasze pod znakiem rowerowym. Rozjeździliśmy się dosyć mocno. I to fajne jest.
Mała/Młoda wakacjowała w Portugalii, bez rowerka. My nad Bałtykiem, z rowerami. Przez dwa tygodnie wczasowania nakręciliśmy prawie 500 km. Pojechaliśmy dokładnie w to samo miejsce co rok temu, nawet do tego samego pokoju. I tak jak rok temu narzekaliśmy że ograniczają nas godziny posiłków. Tak więc przypomnijcie mi proszę w stosownym momencie, że my chcemy sam pobyt bez posiłków, no najlepiej to ze śniadaniem, bo resztę sami sobie zorganizujemy. Ale było fajnie, powiem szczerze. Zabrałam ze sobą, jak zwykle stosik książek, ale nie skończyłam nawet pierwszej. Dużo jeździliśmy i chodziliśmy. Szczerze powiem były momenty, że miałam dosyć, że czułam się jak na obozie sportowym, żeby nie powiedzieć przetrwania, bo ten mój SzM to zrzucił zbędne kilogramy, ale chyba dorobił się jakiegoś ADHD😉 W chwili kryzysu przypominałam sobie ze pewnie rok, dwa lata temu, tak się czuł SzM gdy ja go co chwilę angażowalam w ruch. 😁
Wczasy, wczasy i po wczasach... Przed wyjazdem wczasowy zaliczylismy jeszcze kilka wypraw rowerowych, takich terenowych, po 70-80km, i jedną pieszą wycieczkę po górach, taką spacerową.
Przez to rowerowanie trochę mi nie jest po drodze z bieganiem, ale cóż nie można mieć wszystkiego.
😁
czwartek, 22 sierpnia 2019
18 / 2019
Codziennie obiecuję sobie zajrzeć tu i uzupełnić zaległości i niestety nic z tego nie wychodzi...
Z góry przepraszam ewentualnych Czytaczy, jeśli tacy się trafią, za brak polskich liter i literówki, ale jeśli nie wrzucę czegoś tu i teraz, z komórki, to znowu nic nie wrzucę. Tak to.
Gdybym tak miała chronologicznie, to trzeba sięgnąć do czasu poszukiwania kota. A to masakrycznie dawno było...
Z perspektywy czasu jestem pewna że to moja wina, że nasz kot zwial. Początkowo wydawało mi się to niemożliwe, wydawało mi się że gdzieś się schowała i nie ma ochoty wyjść, bo to dziewczynka przecież jest, kotka znaczy się. Faktem jest, że zniknęła rano dnia pierwszego, a znaleźliśmy ją wieczorem dnia drugiego. SzM ją znalazł. Został Bohaterem Rodziny. Ja od niego usłyszałam tekst rzucony wprost, że jej nie dopilnowalam, co poniekąd okazało się po czasie prawdą. A Mała/Młoda była dzielna, bardzo się starała nie rozpaczać i robiła dobrą minę do tej gry. Mam niejasne wrażenie, że robiła to też, a może głównie, z powodu tej uwagi SzM rzuconej w moim kierunku. Tak jakby nie chciała mnie dobijać bardziej. A ja czułam się okropnie. Nigdy więcej takich sytuacji... Niepewność jest gorsza niż cokolwiek innego. To było straszne. Miałam wrażenie, że w domu cisza dzwoni, noc nieprzespana... Masakra emocjonalna. Mała wybuchnęła płaczem dopiero gdy zobaczyła że kotka już jest odnaleziona, gdy miała ją już na swoich rękach. Siła tego jej szlochu pokazała mi jak bardzo stresowala się tą sytuacją i jak bardzo była dzielna.
To tyle w sprawie tej małej
uciekinierki :)
Z góry przepraszam ewentualnych Czytaczy, jeśli tacy się trafią, za brak polskich liter i literówki, ale jeśli nie wrzucę czegoś tu i teraz, z komórki, to znowu nic nie wrzucę. Tak to.
Gdybym tak miała chronologicznie, to trzeba sięgnąć do czasu poszukiwania kota. A to masakrycznie dawno było...
Z perspektywy czasu jestem pewna że to moja wina, że nasz kot zwial. Początkowo wydawało mi się to niemożliwe, wydawało mi się że gdzieś się schowała i nie ma ochoty wyjść, bo to dziewczynka przecież jest, kotka znaczy się. Faktem jest, że zniknęła rano dnia pierwszego, a znaleźliśmy ją wieczorem dnia drugiego. SzM ją znalazł. Został Bohaterem Rodziny. Ja od niego usłyszałam tekst rzucony wprost, że jej nie dopilnowalam, co poniekąd okazało się po czasie prawdą. A Mała/Młoda była dzielna, bardzo się starała nie rozpaczać i robiła dobrą minę do tej gry. Mam niejasne wrażenie, że robiła to też, a może głównie, z powodu tej uwagi SzM rzuconej w moim kierunku. Tak jakby nie chciała mnie dobijać bardziej. A ja czułam się okropnie. Nigdy więcej takich sytuacji... Niepewność jest gorsza niż cokolwiek innego. To było straszne. Miałam wrażenie, że w domu cisza dzwoni, noc nieprzespana... Masakra emocjonalna. Mała wybuchnęła płaczem dopiero gdy zobaczyła że kotka już jest odnaleziona, gdy miała ją już na swoich rękach. Siła tego jej szlochu pokazała mi jak bardzo stresowala się tą sytuacją i jak bardzo była dzielna.
To tyle w sprawie tej małej
uciekinierki :)
wtorek, 2 lipca 2019
😪
Nie miała baba kłopotu to zgodziła się na adopcję kota. Potem się z kotem zżyła i doszła do momentu, gdy zdała sobie sprawę z tego, że "takie małe, a tyle miłości, radości i pozytywnych emocji".
... a potem kot zaginął.
Najgorsze, że byłam ostatnia z rodziny, która ją widziała. I wychodzi na to, że to mnie zaginęła.
To uczucie jest okropne. Raz, że zaginęła, a dwa że przeze mnie...
Ciężko na duszy, bardzo.
Niech mnie ktoś przytuli, pliz!
:(
... a potem kot zaginął.
Najgorsze, że byłam ostatnia z rodziny, która ją widziała. I wychodzi na to, że to mnie zaginęła.
To uczucie jest okropne. Raz, że zaginęła, a dwa że przeze mnie...
Ciężko na duszy, bardzo.
Niech mnie ktoś przytuli, pliz!
:(
Subskrybuj:
Posty (Atom)
