Stali bywalcy :)

piątek, 2 stycznia 2026

1 / 2026

Zorientowałam się właśnie, że blogowo cały 2025 rok zamknęłam w osiemnastu wpisach. Gdzie te czasy gdy w jakimś rocznym rankingu byłam numerem jeden w ilości notek... To chyba za czasów Bloxa było. 

I tak z kronikarskiego obowiązku...

Święta - w skrócie. Do Wigilii siadalyśmy we dwie z Małą/Młodą. Bo jak odpowiedział mi Młody na zaproszenie: w tym roku kolej na Wigilię u rodziców JuzNiePanny. Znaczy tych pasożytów, których długi Młodzi spłacali. Nie ukrywam, że najpierw się we mnie zagotowało, potem zrobiło mi się przykro, a potem pogodziłam się z losem, bo co innego mi zostało. Brat z kolei podziękował za zaproszenie i zapytał czy mogą zajrzeć ale po swojej wigilii. Rozumiem, szanuję, nie mówiłam tez że zostajemy na Wigilię we dwie. Nie zdecydowałam się zabierać Matencji na Wigilię, na Święta, do siebie z różnych względów. Tak ustaliliśmy z bratem. Nie chce mi się wchodzić w szczegóły, ale to była bardzo dobra decyzja. Byłam u niej tuż przed Wigilią, wieczorem po Wigilii i w drugi dzień Świąt. Te wizyty były chyba bardziej dla mnie niż dla niej... A nasza Wigilia, cóż... Szału nie było. Łez nie było. Wzruszenia nie było. Wielu rzeczy nie było. Wieczorem zajrzał brat z rodziną, późnym wieczorem Młodzi. Mała nocowała u mnie, bo w Boże Narodzenie byliśmy zaproszeni na obiad do Siostry SzM. Tej fajnej. Młodzi podpięli się pod transport i pojechaliśmy jednym autem. Podczas imprezy moje młode pokolenie zaliczyło ostrą dyskusję z drugą siostrunią SzM, której nikt nie lubi i każdy omija wielkim łukiem. Temat dyskusji nieistotny, ale wspomnę tylko że w owej dyskusji ostatni argument z jej strony to "mam spojrzenie na sprawę poprzez mój wiek i doświadczenie" i... ręce wszystkim opadły. Nie wytrzymałam gdy zaczęło się robić gorąco i po prostu uciekłam do toalety. Nie lubię konfliktów, a było blisko. Ciocia, która ma ZAWSZE rację i młode pokolenie, to mieszanka wybuchowa. Spasowali widząc brak argumentów z jej strony, ostentacyjnie niejako odpuszczając :) Wieczorem Mała społecznie, towarzysko i rodzinnie przebodźcowana pojechała wcześniej więc nie musiałam jej odwozić do MiastaWojewódzkiego. A spontanicznie podczas drogi powrotnej na drugi dzień świąt zaprosiłam Młodych na obiad pt. zjadamy co zostało z Wigilii, bo zostało sporo ponieważ nie umiem robić wigilijnej kolacji dla dwóch osób. A potem, po tym obiedzie, pojechałam do brata na kawę i ciasto, bo mnie zaprosili. Było miło. I tak minęły mi Święta, których nie lubię, zwłaszcza teraz, coraz bardziej chyba... Próbowałyśmy nawet z Małą znaleźć jakąś ofertę na wyjazd świąteczny, ale zbyt późno już było na rezerwację. Na przyszły rok zrobię to chyba wcześniej nie zważając na to że być może w kalendarzu Młodych będzie kolej na Wigilię u mnie. Z jednej strony boli, z drugiej niby szanuję decyzję bo to jednak rodzice JuzNiePanny, z trzeciej jednak nie rozumiem...

W sobotę po Świętach byłam na wypadzie w górach. To był miód na moje serce, nie sama wycieczka tylko fakt że ktoś o mnie pamiętał, pomyślał że może będę chciała z nimi. Trudne dla mnie było to, że to okolice, które odkrywalismy z SzM. Oswajam po kolei kolejne miejsca, gdzie wcześniej jeździłam z SzM. Taka karma, chciałoby się rzec. A poświąteczny reset w oprószonych śniegiem Górach Opawskich był fajny no i 13 km pykło w nogach. Niedziela była już tylko dla mnie. Zwloklam tyłek z kanapy i z rozpędu przemaszerowałam po okolicy ponad 8 km. Muszę po prostu zacząć więcej chodzić, celowo, rekreacyjnie, byle nabijać km i budować kondycję bo zniknęła, a będzie potrzebna, bo w lutym czeka mnie chyba sporo chodzenia.

Sylwester spędziłam u siostry SzM. Tej fajnej. Nie miałam ochoty na żadne bale, imprezy, wyjazdy, a domowa posiadówka w znanym mi gronie była całkiem ok. Nielubianej siostruni SzM nie bylo. W Nowy Rok najpierw śniadanie, potem wspólny grupowy spacer po lesie, kawa i ciasto, potem szybki obiad i można wracac. Jeszcze po drodze zahaczyłam o cmentarz i już o 18 byłam w domu. Nie robiłam noworocznych postanowień, z życzeń które płynęły w moją stronę wybierałam "zdrowia i spokoju", ale czas już zabrać się za odrabianie zaległości, bo czuję wewnętrznie, że raisefuber mi się powolutku włącza, a jeszcze mam sporo rzeczy do ogarnięcia z mojej listy rzeczy do zrobienia. Pół roku minęło od mojej podróży do Ameryki a zdjęcia wciąż czekają na uporządkowanie i foto książka nawet nie ruszona. Za chwilkę będę mieć kolejne dziesiątki, setki nowych zdjęć do uporządkowania i zginę w tym, pogubię się. Chcę poukładać tamte wspomnienia nim przyjdą nowe. Z przyjemnością wrócę do tych zdjęć, bo to był fajny wyjazd. Chętnie poleciałabym jeszcze raz. A tymczasem czeka mnie postawienie stopy w drugiej Ameryce, tej poludniowej, bo czek mnie R_i_o :) Teraz to już dni polecą mi biegusiem, bo tylko styczeń mam na "pozamykanie" pracowych rzeczy, które zwykle "zamykam" do końca lutego, a czasem nawet do końca marca. Lutowy urlop jest już na wyciągnięcie ręki, a ja bardzo chcę nie musieć już niczego "zamykać" po powrocie z urlopu. Chcę się po prostu cieszyć wyjazdem.

Kronikarsko uzupełnione, a emocjonalnie... Cóż nawet nie wiem jak to określić. Chyba już nauczyłam się tego życia solo. Choć w dalszym ciągu w głębi duszy zdarza mi się dziwić że np. mogę nagle to coś czy też gdzieś po coś, bo przecież i tak nie mam komu powiedzieć gdzie idę, co robię, będę później, albo nie będę. Nikogo to nie obchodzi. Zaraz potem włącza mi się wewnętrzny panik, bo jak już coś się mi stanie to po jakim czasie się ktoś zorientuje, bo przecież nikt nie dzwoni, nie bywa u mnie codziennie i nikomu nie spowiadam się dokładnie z tego co i kiedy będę robić. Teraz przyzwyczajam się wciąż do tego, że odpadła mi stała opieka nad Matencją, uczę się powoli tego, że nie muszę, że mogę wszystko. Ależ to brzmi :)

Często słyszę pytania, nawet tu w komentarzu padło, czy jestem gotowa, czy myślę o nowym rozdziale, o nowym związku. Cóż. Niechciany nowy rozdział mi się zaczął wraz ze śmiercią SzM. Teraz juz jestem ogarnięta, samodzielna, osadzona w realiach, opanowana. A nowy związek...? Nie zarzekam się, bo tego nie lubię, ale myślę że ja już jestem na to za stara, już nie chce mi się trzepotać rzęsami i starać ;) Nie mam takich potrzeb. Towarzysko jestem ogarnięta dosyć szeroko, mam kogo zapytac czy nie chce ze mną do kina, teatru, w góry... Korzystam z tego mocno. Od początku bardzo się starałam by nie wypaść z obiegu kontaktów towarzyskich i jest chyba ok. A do takiego silnego poczucia bliskości, czy też nowego jakiegoś związku chyba nie jestem gotowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Próbowałam o tym myśleć, ale po prostu nie umiem sobie wyobrazić innej relacji niż towarzyska, czy tez stricte przyjacielska. Odpowiadam więc z uśmiechem zainteresowanym koleżankom że poprzeczkę mam ustawioną wysoko, ale chyba zmienię odpowiedź na nowy slogan, który chyba brzmi przyjaźniej nieco: lepiej nie oczekiwać i nie szukac żeby uniknąć rozczarowania, bo kto by mnie teraz chciał. I może to jest ta najszczersza prawda. Chyba jestem już po prostu typem solo. Życie solo też jest fajne, zwłaszcza jak jest co wspominać ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz