Stali bywalcy :)

czwartek, 2 kwietnia 2026

10 / 2026

Z serii "potem"

Dwa okna wciąż czekają na umycie, chałupa czeka na ogarnięcie, kocie kłaki po kątach fruwają, kuweta, pranie w pralce, schody na klatce schodowej, mnóstwo innych rzeczy i czynności do zrobienia, a jeszcze kwiaty w doniczkach karnie stoją na dużym stole czekając na przesadzenie... i tak już od poniedziałku 😉 Brak mi motywacji, chęci i ... czasu. Ale żeby nie było że tak wszystko odkładam; mam już świątecznie ogarnięte groby SzM i Tatencjusza, mam też w końcu po zimie umyte auto w (środku, na zewnątrz i nawet pod spodem); mam zakupy (jak zwykle za dużo) zrobione wszystkie, łącznie z chrzanem do koszyczka. Czyli trochę jednak już zrobilam, a chałupkę z wnętrznościami mogę przecież w każdej niezależnej chwili i o to chodziło :) Plan mam by ile się da to zrobić dzisiaj. Jutro co prawda mam wolne w pracy, ale o 17.00 mam dead-line więc dobrze byłoby finiszować dzisiaj. No ale jak widać póki co snuję się i szukam zajęcia byle nie brać się już do roboty. 

Nie wiem czy jeszcze tu będę zaglądać więc spokojnych Świąt Wam życzę 🐣🥚🐣

niedziela, 29 marca 2026

9 / 2026

Dwa wpisy w jednym dniu? Dlaczego nie?

Młodzi są w trakcie procedury adopcyjnej. Są naprawdę zachwyceni, zapatrzeni w dziecko, szczęśliwi, a ja cieszę się ich radością. Niech im się dobrze układa i dzieje. Szanuję i podziwiam ich za decyzję, wiem że motorem tego była JuzNiePanna, ale zaangażowani są oboje na maxa. Kontakt z dzieckiem (plus dojazdy) zżera im sporo czasu; sprawa przeorganizowania mieszkania (była sypialnia i salon, a teraz jest pokój dziecinny i pokój dzienny ze spaniem); ogarnianie spraw urzędowych plus normalne życie zawodowe ich obojga, to spory bagaż do udźwignięcia, ale przeciez nikt nie mówi że życie jest proste. Chciałam wesprzeć ich finansowo, poważnie o tym myślałam, ale skoro się już zorganizowali chyba w całości to znaczy, że dają radę, a poza tym to sprawa nieco złożona, bo... generalnie to widzieliśmy się tylko z okazji urodzin Matencji u Matencji w domu opieki. Inna sytuacja by była gdybym była jakoś na bieżąco z tym co tam się u nich remontowo dzieje, wtedy spontanicznie mogłabym coś sfinansować albo się dołożyć, a tak to nawet okazji nie ma do pogadania. A poza tym to trochę rzeczy mnie uwiera od powrotu z wojaży, ale od początku.

Po pierwsze... Młody opiekował się kotem podczas mojej nieobecności. Opiekował się to raczej luźne określenie. Po powrocie zastałam dodatkowe miseczki na wodę puste, wyschnięte, na szczescie ta podstawowa była pełna, ale kuweta nie była czyszczona od kilku dni. Nie miałabym pretensji czy uwag bo mogło się zdarzyć, ale czy na pewno moglo, bo przecież zostawiłam dokładny opis co trzeba robić, a kuwetę to wyczyściłabym przynajmniej "dla oka" przed powrotem właściciela, tak z czystej przyzwoitosci. Ręce mi opadły. Przy poprzednich razach/opiekach niestety było podobnie. Wtedy delikatnie zwracałam uwagę, stąd teraz byl opis na papierze. Mam bardzo mieszane uczucia, ale nie zrobię dymu, bo obawiam się, że mogę stracić w przyszłości opiekuna, a jaki by nie był, jeść zwierzakowi dawał. 

Po drugie... Po powrocie nie chciałam zwalać im się od razu na głowę tak nagle, więc powiedziałam, żeby zadzwonili jak znajdą ciut czasu to zajrzę, przyjadę. Cóż... Raz się przypomniałam, ale usłyszałam tlumaczenia te, co wyżej opisałam. Trochę rozumiem, ale przykro mi, tak po ludzku i maminemu. I generalnie do dzisiaj czekam. I wiem, że się nie doczekam. Żeby nie było mamy kontakt, głównie przez Wh....pp i foty.

Po trzecie... Taki drobiazg, ale miło by było gdyby pomyśleli, że warto matce wracającej po dwóch tygodniach nieobecności przynajmniej kupić chleb, żeby miała co jeść jak wróci. Nigdy jeszcze tak się nie zdarzyło. Może za dużo wymagam i mierzę innych własną miarą? Czepiam się?

Po czwarte... Dzień Kobiet. Mlody mieszka w niedalekiej okolicy. Byłoby mi miło gdyby pamiętał, postarał się ciut, a tu tylko był SMS wieczorem. Choć dobre i to, ważne że chciał, pamiętał. Tu jednak mam lekko umiarkowany żal, bo z tym obchodzeniem różnie to bywa, nie każdy przywiązuje do tego uwagę, ale faktem jest, że w domu rodzinnym Młodego się to święto obchodziło, bo zawsze razem z SzM składali życzenia z kwiatkiem i mnie i Małej. 

Po piąte... Zapytałam ich jakie mają plany na Święta. Najpierw powiedzieli że trudno im się określić (znam przyczynę, rozumiem, dlatego też zapytałam), a potem zadzwonili z info że "w sprawie tego śniadania to będziemy". Aż się sama do siebie uśmiechnęłam, bo gdzie w tym pytaniu o plany było zaproszenie na śniadanie? Cieszę się bardzo, że przyjdą, bo zeszłoroczne śniadanie jadłam tylko w towarzystwie Matencji. Wtedy Mała była na zagranicznych wojażach (wcześniej jednak pytała czy nie będzie mi to przeszkadzało), a Młodzi okazało się że poszli na śniadanie do teściów-pasożytów, "bo to ich kolej", tak usłyszałam.

Może ja przesadzam, za dużo oczekuję, może zapomniałam jak to jest być młodym, sama nie wiem. Ale to są takie kamyczki, które mnie uwierają. I z jednej strony nie chcę ruszać tych tematów; bo nikomu nie będzie miło, bo jakoś niezręcznie mi domagać się, bo jeśli coś się potem poprawi to nie dlatego, że to ich/jego inicjatywa tylko dlatego żeby matka znowu nie gderała. A z drugiej strony jeśli nie reaguję to znaczy że sprawy nie ma i wszystko jest ok.

Mała działa już w nowej firmie, taką podjęła decyzję, mam tylko nadzieję, że finalnie nie będzie żałować i wyjdzie jej to na dobre. Przeszła już przez etap łez pt. "dlaczego to sobie zrobiłam?" i wychodzi na prostą, a przynajmniej tak mówi. Wierzę, że da sobie radę. Ustalilyśmy, że zjemy razem śniadanie wielkanocne, Mała nawet proponowała by zorganizować je u niej. Z konkretnych planów wyszło jednak że przyjedzie do mnie już w sobotę (bo organizuję u siebie spotkanie wspominkowe po Rio). 

Te moje dzieci... Często zastanawiam się nad tym, że te moje dzieci są tak różne, a przecież wyszły z jednego domu. Wiadomo, że każde z nich ma swój charakter, ale dochodzę też do wniosku że bycie przez siedem lat jedynakiem i oczkiem w głowie rodziców, dziadków to może być przyczyna takiego egoizmu, egocentryzmu, braku empatii u Młodego. Myślę, że gdy żył SzM to Młodego od czasu do czasu trochę prostował, naprowadzał, reagował, a ja być może zachowuję zbyt dużą rezerwę, chcę być zbyt akuratna, nie chcę być tak całkiem odseparowana, odrzucona, chce być fajna, za bardzo fajna? Albo stwarzam sobie w głowie niepotrzebne problemy? No i po raz sto-szesnasty chyba piszę, że dzieci moje niestety nie mają ze sobą kontaktu, nie czują żadnej więzi, potrzeby kontaktu, wiedzy co u brata, siostry. Muszę się z tym pogodzić. Po raz kolejny powtórzę że to moja życiowa porażka i błąd wychowawczy. Powtórzyłam nieświadomie błąd swoich rodziców. Na próżno teraz drzeć szaty. Trzeba to wziąć na klatę.

Rodzina, cóż... Mój brat... Muszę przyznać, że dobrze dogadujemy się w temacie opieki nad Matencją, ale poza tym chyba się nie znamy. I przypuszczam, że drogi nasze się rozejdą gdy wyczerpiemy tematy do rozwiązania i ogarnięcia. Od dawna jestem tego świadoma. Lepszy, bliższy towarzysko, serdeczny kontakt mam z jedną siostrą SzM. Jedną, bo ta druga to prawie zero kontaktu od śmierci SzM, ale wcześniej też był raczej śladowy.

Matencja...  Przeżyła swoje 83 urodziny w stanie raczej zadowalającym, poruszając się przy pomocy chodzika, w miarę nawiązując kontakt i rozmowę, samodzielnie jedząc i się obsługując. A potem za kilka dni stopniowo ją odcinało, jakby ktoś wyłączał prąd, albo baterie się wyczerpują. Niestety stan się pogorszył, znacznie. Teraz jest pacjentką leżącą, którą trzeba wysadzić na fotel rehabilitacyjny, jest zapampersowana, z ograniczonym kontaktem logicznym, raczej żyjąca w swoim świecie, mega słaba. Czekamy na wyniki badań i reakcje organizmu na zaordynowane leki. W swojej ponad dwuletniej chorobie już dwa razy do nas wróciła, może i teraz się uda. Jakiś dobry duch nad nami czuwał, że zorganizowaliśmy się z tą opieką instytucjonalną. Naprawdę tak myślę, wrecz jestem o tym przekonana. 

Ja... Dopada mnie znowu syndrom pt. potem, później, jutro. Brak mi chęci, sił, energii, motywacji do jakiegokolwiek działania w domu. Cokolwiek bym nie miała zrobić w domu, musi to nabrać mocy urzędowej. Odkładam, bo scrolluje telefon, oglądam seriale, robię ćwiczenia na Duo....o, albo po prostu nie robię nic. Lista rzeczy do ogarnięcia jest, motywacji i inicjatywy do działania brak. Wszystko na ostatnią chwilę. Zawsze sobie obiecuję, że ogarnę się w domu, a potem w takim czyściutkim otoczeniu np. zabiorę się za fotoksiążki, odrobię zaległości z ogłoszeniami na OLX, poczytam papierowe książki, zrobię coś na drutach, zrobię sobie domowe spa, itd. kończy się jak zwykle, robię tylko to, co konieczne, a reszta potem. Wczoraj przebąblowalam prawie całą sobote czyli robiąc nic, za to dziś jestem z siebie dumna, bo mimo że to palmowa niedziela umyłam 4 okna. Zostały mi jeszcze 2 i odwlekam, jak zwykle.

Aaa, zapomniałam napisać, że mimo wszystko o swoje tzw. życie towarzyskie dbam, tzn. nie zamykam się w tym nieposprzątanym domu. Od powrotu z wojaży czyli od końca lutego było już: duża zorganizowana impreza z okazji dnia kobiet, tradycyjne kino, niespodziewany duży koncert, zorganizowane wyjście nowej grupy fajnych babek, tradycyjne domowe babskie spotkanie, dwie imprezy urodzinowe, spotkanie z kumpelką pt. nie mów nikomu (na jej prośbę), no i zaczęłam sezon rowerowy (byłam tylko raz - 35 km, ale się liczy), a ponadto cały czas kontynuuję różnego rodzaju warsztaty aktywizacyjne (bardzo fajne i bez opłat, więc warto) i zaczęłam znowu chodzić na zajęcia jogi (te niestety płatne). Jak tak wypisałam tu i teraz, to jednak trochę tego jest. Brawo ja, mimo wszystko. Jak powiedziała pani terapeutka: na zewnątrz bardzo dobrze sobie daję radę. 

Święta wielkanocne... W tym roku nie organizuję się na maxa. Jeśli mam je spędzić sama to trudno, nic na siłę. Na sobotę umówiłam jedną mamę z córką na wspominkowe spotkanie po Rio i przyjedzie też Mała. Zastanawiam się nad powiększeniem tego grona, ale muszę to gruntownie przemyslec. Śniadanie wielkanocne zjem z dziećmi. Może posiedzą do pory obiadu, nie wiem. Po południu na pewno znikną z horyzontu, bo Młodzi do dziecka, a Mała już jest zorganizowana towarzysko. A reszty czasu nie organizuję, nikogo tym razem nie zapraszam, ale też nikt nie zaprosił mnie. Jakby co to pójdę na spontan, albo będę mieć zajęcia z lotnictwa czyli czas z pilotem w garści.

Ktoś doczytał do końca? Tak ? 

Gratuluję wytrwałości :)

PS.        Z odkładanej na potem mojej listy "to-do" pozycję pt. zaległości na blogu, będę mogła już skreślić.

PS.        Edit  godz. 20:43.  A jednak, moje dwa okna wciąż czekają na umycie 😉😀


8 / 2026

Znalezione gdzieś w necie, zmodyfikowane nieco... ale tak bardzo prawdziwe, tak bardzo o mnie, że chcę to sobie zatrzymać. Minęło nieco ponad dwa i pół roku od dnia gdy zmieniło się moje życie.

Brak bliskiej osoby nie mierzy się dniami, miesiącami ani latami. Czuje się go w ciszy, w pustych miejscach, we wspomnieniach, które wracają nagle, bez ostrzeżenia. Czasem jest w tęsknocie za objęciami, których już nie będzie, w potrzebie, by coś opowiedzieć, podzielić się wrażeniami, wysłać zdjęcie, … i w świadomości, że nie ma już komu. Stracić kogoś to jak żyć z pęknięciem w duszy, próbując odnaleźć się w świecie, gdzie życie toczy się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. A SzM żyje w wielu naszych wspólnych historiach, w każdym słowie, w każdym śladzie, jaki we mnie zostawił. Nie ma go już obok fizycznie, już nie czuję jego obecności za plecami, tuż obok... 

Chyba nauczyłam się już żyć solo i wydaje się że jest ok, a jednak nie tak całkiem.

niedziela, 22 marca 2026

7 / 2023

Najpierw zaległości czyli...

Karnawał w Rio. 

Ten wyjazd to był sztos. Sześcioosobowa babska ekipa czyli matki i córki :) Mieszkanie przy Copacabanie, dosłownie, bo od budynku do oceanu 5 minut, tuż obok Ipanemy. Prawie wszystkie podstawowe punkty turystyczne zaliczone, karnawał uliczny z każdej chyba strony poznany, pokazy i parady karnawałowe razem z mega imprezą na Sambodromie zaliczone, figura Jezusa obejrzana z góry z helikoptera, ścieżki w lesie tropikalnym podeptane naszymi stopami, przy okazji zaliczone różne cudne widoki i plenery i kąpiel pod wodospadem, nowe smaki kuchni brazylijskiej i opalenizna nabyta bez specjalnych starań. Dłuuugo by opowiadac, bo dwa tygodnie to jednak kupa czasu i mnóstwo się działo. Warto było, bezapelacyjnie. Mamy cudowne wspomnienia. Bezcenne. To wszystko było super fantastico. Dziś nie chce mi się wierzyć, że naprawdę tam byłam. 










poniedziałek, 9 lutego 2026

6/2026

 Już chwilkę wyruszam... Stres jest, ale usiłuje się doprowadzić do porządku, co nie jest łatwe. Kot chyba czuje że zostaje, bo siedzi przyklejony do mnie. Uprasza się o trzymanie kciuków, żeby wszystko było jak trzeba. Trzy lekko szalone babki z piątką z przodu i ich córki, razem sześć babek, średnia wieku 40 :) Jedziemy na drugi koniec świata. Karnawał w Brazylii. Ma być dobra zabawa i fajna przygoda. Oby!

środa, 14 stycznia 2026

5/2026

Założyłam sobie, że do lutowego wyjazdu opracuję sobie fotoksiążkę z zeszłorocznego wyjazdu do Ameryki, zrobię porządek ze zdjęciami w telefonie, bo chcę zrobić miejsce na nowe, w laptopie, bo tylko je poprzerzucałam ze swojego starego lapka... Zabierałam się do tego od dawna i cały czas podchodzę do tego jak pies do jeża, jakbym chciała a nie mogła. Zamiast podejść do sprawy zadaniowo czyli fotoksiążka i gites, to zaczęłam od przeglądania rzeczy i zdjęć w laptopie i... to nie jest, nie był dobry pomysł. Moje świadome zanurzanie się i brodzenie w tamtym życiu ze świadomością, że było minęło i nie wróci, pachnie masochizmem na dużą skalę. 

Do amerykańskich zdjęć wracam z przyjemnością i chyba muszę podejść do tego zadaniowo bez nurkowania do starych zdjęć w laptopie.


 

wtorek, 13 stycznia 2026

4 / 2026

Film pt. D a l e j - j a z d a!2. Byłam w kinie. Wzruszył mnie ten film. W finałowej scenie do łez. Naprawdę. Dlatego polecam. Szczerze. Jedynkę też 😀


poniedziałek, 12 stycznia 2026

3 / 2026

No i po weekendzie. W czwartek spotkanie grupy, fajnie było zobaczyć ich po długim czasie. Przy okazji do kalendarza wpadło spotkanie w sobotę i potem impreza z okazji Dnia Kobiet. Fajnie wiedzieć że coś się będzie działo. Piątkowe babskie spotkanie u mnie zaliczone. Spełniłam się kulinarnie, na słodko i slono. Oczywiście zrobiłam za dużo więc dojadam do dzisiaj. Sobotnie spotkanie towarzyskie z planszówkami w tle też było fajne. Niedziela przesiedziana w szlafroku, snułam się po domu i w końcu po południu poszłam odśnieżyć auto i trochę nim pojezdzic. Zahaczyłam też o cmentarz A wieczorem przyszli Młodzi, na krótko, ale fajnie.

Młodzi zapoznali się dzisiaj z dokumentacją pierwszego ich kandydata tj. dziecka do adopcji. A ja... boję się za nich i stresuję się jak to będzie. Ja wiem że są dorośli, że to ich decyzja. Jednakże obawy mam takie ogólne, podstawowe czyli czy podołają... Pełna jestem wątpliwości, ale i takiego wewnętrznego nerwa. Czy JA jestem gotowa na to dziecko...

Szczepienie kota zaliczone, mogę odhaczyc w liście rzeczy do zrobienia. Receptę na szczepionkę dla siebie już mam. Walizka od niedzieli już wyciągnięta żeby na bieżąco wrzucać co mi się tam przypomni. 

Popisałabym może dluzej, ale oczy mi sie zamykają. Spokojnej nocy.


wtorek, 6 stycznia 2026

2 / 2026

I nadejszła ta wiekopomna chwila. Odpaliłam laptopa, sto tysięcy aktualizacji niekoniecznie udanych, włącznie z datą, logowania, cuda-wianki, oswajanie Bloggera w kompie i w końcu metodą prób i błędów sprawiłam (chyba), że mogę wrzucać komentarze. 
Uczę się tego laptopa, bo to maszyna SzM jest. Dzieci mi doradziły żeby go zostawić, bo jest lepszy, wypaśniejszy. Zaglądam do niego sporadycznie, ostatnio w październiku, tak mi pokazał system, bo trochę się go boję. Wielu rzeczy się jeszcze boję i powoli je oswajam, albo jeszcze udaję, że ich nie ma. Na bieżąco to, co trzeba załatwiam z poziomu telefonu, a jak tylko pomyślę, że przyjdzie kiedyś czas na jego wymianę to aż mnie skręca w środku z nerwów. Powinnam zrzucić wszystkie zdjęcia z telefonu i zrobić z nimi porządek, w końcu opracować fotoksiążkę z wyjazdu do Ameryki, ale tak bardzo to odkładam, tak bardzo się boję, że coś spierniczę, że odkładam to w nieskończoność.  
Już chyba nadchodzi koniec tych poszatkowanych świętami dni roboczych. Gubię się w tym czy jutro mam wolne czy jednak "do pracy rodacy". A zakładałam, że ten długi wolny czas właśnie na to wykorzystam. Ale nie pielęgnujmy porażek, co mi tam komunikat "nie udało się zaktualizować", ważne że krok do przodu z Bloggerem zrobiłam. Tylko nie wiem na ile zapału mi starczy by pisać.

piątek, 2 stycznia 2026

1 / 2026

Zorientowałam się właśnie, że blogowo cały 2025 rok zamknęłam w osiemnastu wpisach. Gdzie te czasy gdy w jakimś rocznym rankingu byłam numerem jeden w ilości notek... To chyba za czasów Bloxa było. 

I tak z kronikarskiego obowiązku...

Święta - w skrócie. Do Wigilii siadalyśmy we dwie z Małą/Młodą. Bo jak odpowiedział mi Młody na zaproszenie: w tym roku kolej na Wigilię u rodziców JuzNiePanny. Znaczy tych pasożytów, których długi Młodzi spłacali. Nie ukrywam, że najpierw się we mnie zagotowało, potem zrobiło mi się przykro, a potem pogodziłam się z losem, bo co innego mi zostało. Brat z kolei podziękował za zaproszenie i zapytał czy mogą zajrzeć ale po swojej wigilii. Rozumiem, szanuję, nie mówiłam tez że zostajemy na Wigilię we dwie. Nie zdecydowałam się zabierać Matencji na Wigilię, na Święta, do siebie z różnych względów. Tak ustaliliśmy z bratem. Nie chce mi się wchodzić w szczegóły, ale to była bardzo dobra decyzja. Byłam u niej tuż przed Wigilią, wieczorem po Wigilii i w drugi dzień Świąt. Te wizyty były chyba bardziej dla mnie niż dla niej... A nasza Wigilia, cóż... Szału nie było. Łez nie było. Wzruszenia nie było. Wielu rzeczy nie było. Wieczorem zajrzał brat z rodziną, późnym wieczorem Młodzi. Mała nocowała u mnie, bo w Boże Narodzenie byliśmy zaproszeni na obiad do Siostry SzM. Tej fajnej. Młodzi podpięli się pod transport i pojechaliśmy jednym autem. Podczas imprezy moje młode pokolenie zaliczyło ostrą dyskusję z drugą siostrunią SzM, której nikt nie lubi i każdy omija wielkim łukiem. Temat dyskusji nieistotny, ale wspomnę tylko że w owej dyskusji ostatni argument z jej strony to "mam spojrzenie na sprawę poprzez mój wiek i doświadczenie" i... ręce wszystkim opadły. Nie wytrzymałam gdy zaczęło się robić gorąco i po prostu uciekłam do toalety. Nie lubię konfliktów, a było blisko. Ciocia, która ma ZAWSZE rację i młode pokolenie, to mieszanka wybuchowa. Spasowali widząc brak argumentów z jej strony, ostentacyjnie niejako odpuszczając :) Wieczorem Mała społecznie, towarzysko i rodzinnie przebodźcowana pojechała wcześniej więc nie musiałam jej odwozić do MiastaWojewódzkiego. A spontanicznie podczas drogi powrotnej na drugi dzień świąt zaprosiłam Młodych na obiad pt. zjadamy co zostało z Wigilii, bo zostało sporo ponieważ nie umiem robić wigilijnej kolacji dla dwóch osób. A potem, po tym obiedzie, pojechałam do brata na kawę i ciasto, bo mnie zaprosili. Było miło. I tak minęły mi Święta, których nie lubię, zwłaszcza teraz, coraz bardziej chyba... Próbowałyśmy nawet z Małą znaleźć jakąś ofertę na wyjazd świąteczny, ale zbyt późno już było na rezerwację. Na przyszły rok zrobię to chyba wcześniej nie zważając na to że być może w kalendarzu Młodych będzie kolej na Wigilię u mnie. Z jednej strony boli, z drugiej niby szanuję decyzję bo to jednak rodzice JuzNiePanny, z trzeciej jednak nie rozumiem...

W sobotę po Świętach byłam na wypadzie w górach. To był miód na moje serce, nie sama wycieczka tylko fakt że ktoś o mnie pamiętał, pomyślał że może będę chciała z nimi. Trudne dla mnie było to, że to okolice, które odkrywalismy z SzM. Oswajam po kolei kolejne miejsca, gdzie wcześniej jeździłam z SzM. Taka karma, chciałoby się rzec. A poświąteczny reset w oprószonych śniegiem Górach Opawskich był fajny no i 13 km pykło w nogach. Niedziela była już tylko dla mnie. Zwloklam tyłek z kanapy i z rozpędu przemaszerowałam po okolicy ponad 8 km. Muszę po prostu zacząć więcej chodzić, celowo, rekreacyjnie, byle nabijać km i budować kondycję bo zniknęła, a będzie potrzebna, bo w lutym czeka mnie chyba sporo chodzenia.

Sylwester spędziłam u siostry SzM. Tej fajnej. Nie miałam ochoty na żadne bale, imprezy, wyjazdy, a domowa posiadówka w znanym mi gronie była całkiem ok. Nielubianej siostruni SzM nie bylo. W Nowy Rok najpierw śniadanie, potem wspólny grupowy spacer po lesie, kawa i ciasto, potem szybki obiad i można wracac. Jeszcze po drodze zahaczyłam o cmentarz i już o 18 byłam w domu. Nie robiłam noworocznych postanowień, z życzeń które płynęły w moją stronę wybierałam "zdrowia i spokoju", ale czas już zabrać się za odrabianie zaległości, bo czuję wewnętrznie, że raisefuber mi się powolutku włącza, a jeszcze mam sporo rzeczy do ogarnięcia z mojej listy rzeczy do zrobienia. Pół roku minęło od mojej podróży do Ameryki a zdjęcia wciąż czekają na uporządkowanie i foto książka nawet nie ruszona. Za chwilkę będę mieć kolejne dziesiątki, setki nowych zdjęć do uporządkowania i zginę w tym, pogubię się. Chcę poukładać tamte wspomnienia nim przyjdą nowe. Z przyjemnością wrócę do tych zdjęć, bo to był fajny wyjazd. Chętnie poleciałabym jeszcze raz. A tymczasem czeka mnie postawienie stopy w drugiej Ameryce, tej poludniowej, bo czeka mnie R_i_o :) Teraz to już dni polecą mi biegusiem, bo tylko styczeń mam na "pozamykanie" pracowych rzeczy, które zwykle "zamykam" do końca lutego, a czasem nawet do końca marca. Lutowy urlop jest już na wyciągnięcie ręki, a ja bardzo chcę nie musieć już niczego "zamykać" po powrocie z urlopu. Chcę się po prostu cieszyć wyjazdem.

Kronikarsko uzupełnione, a emocjonalnie... Cóż nawet nie wiem jak to określić. Chyba już nauczyłam się tego życia solo. Choć w dalszym ciągu w głębi duszy zdarza mi się dziwić że np. mogę nagle to coś czy też gdzieś po coś, bo przecież i tak nie mam komu powiedzieć gdzie idę, co robię, będę później, albo nie będę. Nikogo to nie obchodzi. Zaraz potem włącza mi się wewnętrzny panik, bo jak już coś się mi stanie to po jakim czasie się ktoś zorientuje, bo przecież nikt nie dzwoni, nie bywa u mnie codziennie i nikomu nie spowiadam się dokładnie z tego co i kiedy będę robić. Teraz przyzwyczajam się wciąż do tego, że odpadła mi stała opieka nad Matencją, uczę się powoli tego, że nie muszę, że mogę wszystko. Ależ to brzmi :)

Często słyszę pytania, nawet tu w komentarzu padło, czy jestem gotowa, czy myślę o nowym rozdziale, o nowym związku. Cóż. Niechciany nowy rozdział mi się zaczął wraz ze śmiercią SzM. Teraz już jestem ogarnięta, samodzielna, osadzona w realiach, opanowana. A nowy związek...? Nie zarzekam się, bo tego nie lubię, ale myślę że ja już jestem na to za stara, już nie chce mi się trzepotać rzęsami i starać ;) Nie mam takich potrzeb. Towarzysko jestem ogarnięta dosyć szeroko, mam kogo zapytać czy nie chce ze mną do kina, teatru, w góry... Korzystam z tego mocno. Od początku bardzo się starałam by nie wypaść z obiegu kontaktów towarzyskich i jest chyba ok. A do takiego silnego poczucia bliskości, czy też nowego jakiegoś związku chyba nie jestem gotowa i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Próbowałam o tym myśleć, ale po prostu nie umiem sobie wyobrazić innej relacji niż towarzyska, czy tez stricte przyjacielska. Odpowiadam więc z uśmiechem zainteresowanym koleżankom że poprzeczkę mam ustawioną wysoko, ale chyba zmienię odpowiedź na nowy slogan, który chyba brzmi przyjaźniej nieco: lepiej nie oczekiwać i nie szukać żeby uniknąć rozczarowania, bo kto by mnie teraz chciał. I może to jest ta najszczersza prawda. Chyba jestem już po prostu typem solo. Życie solo też jest fajne, zwłaszcza jak jest co wspominać ;)