Stali bywalcy :)

czwartek, 16 lipca 2026

19/2026

U terapeuty...

Przyszłam tu po to by w końcu pokazać swój ból.

Tak naprawdę nikomu go nie pokazuję. Nikt nie wie co we mnie siedzi. Wszyscy widzą tylko tyle ile ja im pokazuje. Jestem ogarnięta, samodzielna, często w ruchu, na zajęciach, spotkaniach, wyjazdach. Tak, mam dobre opakowanie. Tylko środek cały pokaleczony i pokruszony. Dlaczego nie uzewnętrzniam się? Bo nie chcę stawiać nikogo w niekomfortowej sytuacji. Nie chcę nikogo kłopotać, obarczać swoimi troskami. Bo co to zmieni... Nie chcę też być oceniana. Do dziś pamiętam określenie dotyczące innej osoby, ale też w żałobie. "Ona sprawia wrażenie, że to się stało wczoraj". Nie chcę tak. Wiem, że to się stało dwa lata i 9 miesięcy temu. Nie czuję już tak intensywnie tej straty. Wydaje się że się przyzwyczaiłam. Nawet wyszukałam kilka dobrych stron mojego obecnego życia. Ale irracjonalnie sama wracam do tamtych złych momentów, do tych czarnych godzin gdy życie mi się zawaliło. Wtedy mam wrażenie, że jestem bliżej SzM. Nie gloryfikuje go, nie ubarwiam, nie wybielam, ale brak mi oparcia, poczucia komfortu, bezpieczeństwa, czyjejś troski. 

Dlaczego nie mówię o tym dzieciom? Bo nie chcę ich obciążać swoim bólem, nie chcę żeby się o mnie martwili. Mają swoje problemy, troski i radości i problem z mamą chyba jest im jak najmniej potrzebny. Staram się ich wspierać, bo chyba od tego jest rodzic. Nie chcę robić sobie z nich terapeutycznych poduszek, ale wiedzą, że wróciłam do terapii.

Jestem po drugim spotkaniu z terapeutą. Tam puszcza mi wiele i pojawiają się zalążki łez, ale wyćwiczony mechanizm powstrzymywania się od chęci płaczu jeszcze działa. Podobno dobrze jest nauczyć się płakać. Bo przez płacz dobrze rozładowuje się emocje, stres. A ja do śmierci SzM płakałam tylko wtedy gdy nikt nie widział a i to było rzadkie. Moja Mała po raz pierwszy zobaczyła mnie płaczącą w covidzie, ona miała wtedy 23 lata. Bo ja zawsze byłam tą silną babą, jak ten Atlas co wszystko brał na siebie, czy jakoś tak. I potem płakałam już bez opamiętania w dniu śmierci SzM. I w kolejnych...

poniedziałek, 13 lipca 2026

18 / 2026

Po pierwszej wizycie u terapeutki poczułam po prostu ulgę. Tak się poczułam. Zdziwiłam się sama sobą gdy przy słowach "mój mąż umarł" po prostu ścisnęło mi się gardło i popłynęły łzy. Poczułam się tak, jak na początku, zaraz po jego śmierci, gdy nie potrafiłam tego powiedzieć bez łez. Generalnie to teraz częściej mi się włącza płacz. To nawet nie jest płacz, to są łzy, które po prostu płyną. 

niedziela, 5 lipca 2026

17 / 2026

Zdecydowałam się na spotkanie z terapeutą, nowym. Odczekałam do wyznaczonego terminu. W tym tygodniu mam wizytę. I teraz im bliżej tego dnia, im bardziej myślę tym mniej wiem co mam mu powiedzieć, czego oczekuję. Bo przecież nie poda mi na tacy cudownego sposobu na powrót do dawnej mnie. Po co idę do terapeuty skoro wydaje się, że teoretycznie jestem przygotowana do tematów. 

Po pierwsze każdą żałobę trzeba przeżyć, a ja nie miałam okazji zamknąć jednej (SzM) gdy pojawiała się druga (Tatencjusza), potem trzecia (Teściowa), czwarta (Matencja). Powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza to najważniejsza w moim życiu. Pozostałe niejako zgodne z naturą, bo przecież wiek ma swoje prawa. Śmierć Tatencjusza w cieniu żałoby po SzM, jakoś mnie tak bardzo nie obeszła. Chyba żadna śmierć nie robi już na mnie wrażenia. Mogłabym powiedzieć, że nic gorszego już mnie w życiu nie spotka, ale z tyłu głowy siedzi myśl że przecież mam jeszcze dzieci... Brzmię jak wyrodna córka, na której śmierć ojca nie zrobiła wrażenia, ale taka prawda. Nie byłam związana tak bardzo z Tatencjuszem, był zawsze na wyciągnięcie ręki, gdy trzeba było pomóc, ale bez emocji, rozmów, rad, żadnych rozkmin, które miałyby wpływ na moje życie. Co najbardziej zapamiętałam...? "Gość jest dobry rzadko i krótko", "Mi wódka nie jest dziwna" (bo pił rzadko i mało). Pewnie więcej gdzieś tam jest we mnie, bo przypomina mi się adekwatnie do sytuacji, ale teraz mam pusto w głowie. Podeszłam do jego śmierci jakoś chyba bez emocji, na zimno. Na pewno ogromny wpływ na to miała wiecznie narzekająca na niego i zazwyczaj stawiająca go w złym świetle Matencja. Tego jestem pewna. Począwszy od tekstów, które słyszałam od dziecka "Poczekaj aż przyjdzie ojciec", "Zobaczymy co na to powie ojciec" itp., do późniejszego płaczu i żali jak to on ją unieszczęśliwia i ile krzywdy jej robi. Dziś z perspektywy czasu wszystko widzę ciut inaczej, śmiem twierdzić, że miał do niej anielską cierpliwość, i pewnie dlatego mało go było w domu. Wolał uciec w pracę, bo w domu cokolwiek by nie zrobił, powiedział to było nie tak jak trzeba, źle. Śmierć Teściowej, powiem wprost, w ogóle mnie nie obeszła. Był moment w moim życiu gdy mówiłam do koleżanek że wychodząc za mąż należy wybrać faceta z domu dziecka i upewnić się że jego rodzice mają odebrane prawa rodzicielskie. Dość powiedzieć, że jej dzieci nie mialy o niej dobrego zdania. Wszyscy wiemy, że jej dewizą życiową było "Najważniejsza jestem ja, a reszta świata jest tylko po to, by mnie było dobrze". A śmierć Matencji... To trudna sprawa, bo ta moja prawdziwa mama, ta serdeczna, ciepła, opiekuńcza, zainteresowana mną i moim życiem zniknęła z mojego życia dawno, dawno temu. Więc z jednej strony jej śmierć to dla mnie żal, smutek, bo wiadomo - to mama, z drugiej pewnego rodzaju uwolnienie (mimo tego że była w instytucji opiekuńczej), a z trzeciej - pojawienie się pewnego rodzaju pustki, bo nastąpiło to uwolnienie.

Po drugie SzM... Już nie czuję jego obecności przy moim boku. Znika. Oddalił się, a bym bardzo chciała to jeszcze czuć. Na moje urodziny Młody przyszedł z jego zegarkiem na ręce. Mam ten obraz jak kadr z filmu, bo zobaczyłam kadry z mojego poprzedniego życia. Pisze to i łzy same mi płyną, a nie jestem skora do płaczu. Od dziecka potrafiłam zdusić w sobie chęć płaczu, łez. Nie wiem dlaczego nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego tak mam. Przychodzi mi do głowy, że pewnie dlatego by przy tzw. "klapsie za niegrzeczność" nie pokazać że mnie złamała, a wręcz pokazać że jestem twarda i nic sobie z tego nie robię. A jeśli płakałam to w łazience po cichu w ręcznik. Po śmierci SzM nie potrafiłam przestać płakać, te łzy po prostu same płynęły, nie miałam na to wpływu. I trwało to kilkanaście godzin. Pamiętam ten czas, najpierw czekanie na dworcu autobusowym, potem długa podróż autobusem, oczekiwanie na lotnisku na lot, sam lot i powrót do domu, w którym już nie czekał na mnie SzM. Gdyby nie Mała, umarłabym tam, zaginęła i chyba ktoś musiałby po mnie przylecieć. To wiem na pewno.

Po trzecie... staram się żyć normalnie, ale cały czas mam wrażenie, że żyję za szybą, bez emocji, bez radości. Owszem uśmiecham się, jestem pogodna, ale w środku czarno i pusto. Kompletnie nie interesują mnie opowieści i historie innych. Jestem chyba dobrym słuchaczem, bo staram się, ale wysłucham i to znika, jeśli trzeba to w pamięci zostaje tylko to, co konieczne, czyli praca. A ja potem się stresuję, że to może już początki otępienia, tej choroby na literkę A. Likwidując mieszkanie moich rodziców robię też redukcję rzeczy u siebie w mieszkaniu, żeby po mnie nie było tylu przydasików i klamotów. Wciąż pozbywam się jeszcze rzeczy po SzM, który był niejako hobbystą gadżeciażem. Ileż to ja jego rzeczy już powystawiałam do sprzedaży, ale i tak sporo jeszcze zostało... Każdorazowe grzebanie w tych kartonach też pewnie zostawia we mnie ślad. 

Po czwarte pojawił się w naszym rodzinnym życiu nowy członek rodziny. Kilkuletnia Iskierka, córeczka Młodych. Niby dla mnie żaden stres, bo to ich życie, ale gdy słyszę że JuzNiePanna zmaga się z depresyjnymi myślami, że jednak nie jest łatwo i że wiele ich, ją ta sytuacja kosztuje (ale mają wsparcie psychologa), to jednak zostaje mi w głowie trochę niepokoju. Pojawiła się też pierwsza prośba o przejęcie opieki nad Iskierką na 2-3 godzinki, a tu zonk! bo Babcia-Anonimka ma w kalendarzu trochę zajętych terminów i niestety nie da rady. Z jednej strony przykro mi że tak trafili, ale z drugiej przecież jestem chętna do zaopiekowania się Iskierką po uzgodnieniu terminu, który będzie mi dogodny, o czym im powiedziałam. 

Podsumowując, wiem że wszystko duszę w sobie i to nie jest dobre, ale... Kompletnie nie potrafię mówić o tym co czuję. Bo co mam powiedzieć... I co to zmieni że będę ludziom smędzić że coś mnie zżera.

piątek, 19 czerwca 2026

16/2026

Dojrzałam do terapii, postanowiłam pójść do nowej terapeutki, polecanej przez znajomą, z dobrymi opiniami. Nie żeby ta moja "stara" była zła, ale chcę mieć porównanie, spróbować nowego. Analizując tą przebytą terapię jakoś nie mam wrażenia że "pracowałam", chyba bardziej się po prostu wygadywałam. Ale może o to chodzi właśnie, żebym podczas swojego słowotoku doszła do odpowiednich wniosków naprowadzona celnym pytaniem terapeuty. No nie wiem. No i dojrzałam do decyzji, umówiłam termin i zonk. Błąd systemu, ten konkretny okazało się że jednak nie był wolny, kolejne zaproponowane mi nie pasowały, a potem pani idzie na urlop. Tak więc nie jest mi widać pisana ta terapia. Może nie jest taka konieczna :) 

Póki co słucham podcastów, trafiłam na fajną starsza panią, która tak pogodnie o wszystkim rozprawia że chce mi się jej słuchać. Ka ta rzy na Mi ll er. 

Wiem już że muszę zmienić myślenie, szukać codziennie drobnych pozytywów i radości. 

Tylko nie mam na to siły.


poniedziałek, 15 czerwca 2026

15/2026

Pomyślałam, że coś wrzucę tu sobie na bloga żeby nadrobić zaległości, ale chyba nie mam weny. Nie mam o czym chyba pisać. Nic mnie jakoś nie porusza, pustka taka we mnie jest ...

Poznałam moja wnuczkę Iskierkę. Przy kolejnym chyba trzecim spotkaniu (na Dzień Dziecka) na powitanie biegła do mnie z rozpostartymi ramionami. Jakie to było miłe... 

Zaliczyłam koncert, na który bilety kupowałam blisko rok temu. Było ok. Ten dwa lata temu zrobił na mnie mega wrażenie, pewnie dlatego że to był mój pierwszy tak duży. A ten teraz był po prostu ok.

Sprawa nagrobka/pomnika u rodziców już załatwiona. Mieszkanie w dalszym ciągu jest w procesie opróżniania. Mnóstwo rzeczy wywiozłam, rozdałam, wyrzuciłam. Ile razy tam byłam nawet nie liczę, a każdy raz sporo emocji mnie kosztuje. Większość szafek już jest pusta. Nie chcę by było całe opustoszałe, bo podobno urządzone lepiej się sprzedaje. Musimy się za tą sprzedaz zabrać na poważnie. Tak jak przypuszczałam, kontakt z bratem coraz bardziej zanika. Jak sprzedamy mieszkanie to już nic nas nie będzie trzymać.

Moje życie społeczne jako tako się toczy. Bez szału i entuzjazmu. Po prostu poddaję się temu co życie niesie, ale nie wychodzę z inicjatywą. Wykonanie telefonu z pytaniem co słychać to szczyt moich możliwości. A i tak odwlekam w czasie, za chwilę, za godzinę, później, a teraz to już za późno więc może jutro...

Mała ma teraz gorszy czas. A ja się martwię, bo nie potrafię pomóc. Nie chcę się narzucać, oblepiać jej sobą, a potem sobie wyrzucam, że mogę, że powinnam więcej, bardziej...

Przetrzepuję po raz kolejny chałupę i pozbywam się rzeczy zbytecznych, niepotrzebnych, bo skoro od śmierci SzM z nich nie korzystałam znaczy że nie są potrzebne. Więc też wyprzedaję, rozdaję. Żeby moje dzieci miały mniej roboty gdy przyjdzie im likwidować mieszkanie po mnie. A jeśli kiedyś mnie przyjdzie wena na jakiś remont, odświeżenie go, to na pewno będzie mi prościej to wszystko ogarnąć. Kartony z rzeczami wystawionymi do sprzedaży czekają na nowych właścicieli, a ja zaczęłam przeglądać pudła że zdjęciami. Bo na co komu tyle zdjęć. Są cztery pudła, w planie mam zrobić z nich dwa.

Siedzę w domu i czuję się jak Matencja, która kilka lat temu czekała na odwiedziny, na znak, sygnał, na cokolwiek. Karma wróciła. Teraz ja czekam. Wiem, że to nieporównywalne, ale nie mogę przestać tak myśleć.

Z tygodnia na tydzień odkładam różne rzeczy; klima w aucie (jeszcze chłodzi, ale odgrzybić w końcu po trzech latach trzeba), drobne uszkodzenie po stłuczce w zeszłym roku (niby nie przeszkadza, ale...), mrugająca lampa podłogowa (wkurza więc jej nie używam, dlatego czas poszukać złotej rączki...), sterowanie w rączce odkurzacza (nie działa regulacja, ale odkurza, a poza tym mam przecież dwa odkurzacze). Poza tym po zeszłorocznej diagnozie okulisty na serio rozważałam opcje zrobienia korekty powiek, które wchodzą mi w pole widzenia, a poza tym wyglądam jak pies basset. Czas na ustalenie terminu zabiegu już dawno minął i znowu muszę zacząć od skierowania do okulisty. Od śmierci SzM nie byłam u dentysty, a mam usuwać kamień koniecznie co roku wiec aż się boję co to będzie jak w końcu tam dotrę. Jak już tak wyliczam to i wizyta u kosmetyczki by się przydała... Obiecuje sobie że zacznę coś ze sobą w końcu robić, a biegać nie mogę, rower stoi w piwnicy, stoi i czeka na niewiadomo co, więc chodzenie mi zostaje. A kończy się na tym że siedzę na kanapie z pilotem w garści. I czasem nie wiem nawet co oglądam. Książek nie czytam, bo nie umiem się na nich skupić. Dziś zmobilizował mnie paczkomat, czyli przesyłka do nadania, więc zaraz potem poszłam na szybki marsz. Raptem niecałe 4 km, ale zawsze to coś. W lipcu mam zaplanowany weekendowy wyjazd na Śnieżkę, a drugi na kajaki więc wypadałoby ruszyć się z tej kanapy...

Poważnie zastanawiam się nad powrotem do terapii, bo czuję że przestaję sobie dawać radę. Nie mam inspiracji, chęci do czegokolwiek. Nic mi się nie chce. Robię tylko tyle co minimum. Chyba potrzebuję jakiegoś kopa w tyłek po prostu. I tylko ja to wiem, bo z zewnątrz wszystko jest ok. No może za wyjątkiem tych powiek basseta i kilku kilogramów które mi wróciły.

A jednak się rozpisałam... :)

środa, 27 maja 2026

14 / 2026

Moi Młodzi doczekali się finału sprawy bardzo dla nich ważnej. Nie pamiętam czy ja o tym tutaj pisałam, ale ich kilkuletnie starania o dziecko nie przynosiły pożądanych efektów i podjęli decyzję o adopcji. Całe zamieszanie z tym związane długo trwało, ale w końcu mamy to. No i w związku z tym, że kilkuletnia Mała-Istotka, którą los im wybrał w końcu jest u nich na stałe to mogę napisać, że zostalam babcią;) Kompletnie tego nie czuję, nie kumam czaczy, ale w skrócie mówiąc dzielnie "walczę" by nasze relacje były fajne. 

Pierwszy Dzień Matki bez mojej mamy. Byłam na cmentarzu, ogarnęłam ten prowizoryczny grób, bo lada dzień będą stawiać nagrobek, położyłam różę... Bez życzeń, bo już nie ma komu. Wydaje mi się, że nie przeżywam, nie dramatyzuje, nawet zastanawiam się czy coś ze mną nie tak, że ja może za zimna jakaś nieczuła jestem. Ale potem myślę tak na chłodno, że chyba jej choroba tak mi dała psychicznie w kość, że głupio to zabrzmi, ale poczułam ulgę gdy umarła. Mówi się że nie ma dobrej pory na umieranie, na śmierć, ale śmiem twierdzić że w przypadku Matencji to był dobry moment. Gdy tak sobie myślę z perspektywy czasu to widzę jak się nam to organizacyjnie wszystko pięknie pospinało... Jeszcze tylko ogarnąć i sprzedać mieszkanie. Stopniowo opróżniam, widzę coraz więcej pustych półek, szafek. Każda wizyta tam sporo mnie kosztuje. Chyba odreagowuję to potem u siebie gdy po raz stosiedemnasty robię przegląd swoich szafek, półek i zakamarków, i za każdym razem znajdę coś czego nie chcę, nie potrzebuję, co jest zbędnym durnostojkiem lub innym balastem więc aby moje dzieci po mojej śmierci miały łatwiej przy opróżnianiu mojego mieszkania wyrzucam, sprzedaję, rozdaję. Nie lubię być obrośnięta rzeczami, nigdy tego nie lubiłam, a teraz szczególnie.

Mój Dzień Matki? Telefoniczne życzenia od Mlodego, który mieszka prawie rzut beretem ode mnie i zaproszenie, a potem wspólnie spędzony czas u Malej, do której mam ponad 20 km. Życzenia telefoniczne trochę mnie zabolaly, ale po jego  SMS-ie z okazji Dnia Kobiet nie byłam już tak zdziwiona, czy może bardziej rozczarowana. Zwłaszcza, że to był dla nich, Młodych, też bardzo ważny dzień więc jest to usprawiedliwienie, ale jak to się mówi dla chcącego nic trudnego. 

Wspólny czas z Małą za to był fajny. Pomijając fakt, że wrąbałam się w szczyt korków i jechałam do niej godzinę. Czasem Bozia odcina mi prąd do rozsądku i umawiam się jak kretynka na 17.00, a potem obiecuje sobie, że następnym razem zdecydowanie później, ale pamięć moja krótka jest i mam to, co mam. Żeby nie było tak pięknie to musi być łyżka czegoś gorzkiego w tym garncu miodu. Mała tęskni za tatą, i ma poważne rozkminy. Zmieniła pracę i chyba cały ten proces tak się na niej odbija. Zmiana pracy to była jej decyzja, ale do nowego otoczenia i zasad trzeba się przyzwyczaić. I ma doła. Nie pomaga też to, że wciąż nie ma swojej drugiej połówki, a ostatnio właśnie pomaga koleżance w organizacji jej wesela. Serce mi pęka gdy słyszę jaką ona ma niską samoocenę, jak bardzo w swojej opinii jest niewystarczająca. Nie potrafię jej pomóc, nie mam takiej siły, mocy i wiedzy. Ledwo daję(?!) sobie radę sama ze sobą. Wspieram ją bardzo jak mogę, jak umiem, słucham i przytulam. I bardzo się o nią martwię.

I tyle.


niedziela, 17 maja 2026

13 / 2026

Minął miesiąc i nie potrafię wygrzebać się z czarnej dziury, którą mam w sobie głęboko w środku. Matencja przeżyła 83 lata, ja za chwilę będę mieć 57. Przy dobrych wiatrach zostało mi jakieś 15-20 lat...

Mówi się, że nie ma dobrego momentu na śmierć. W przypadku Matencji to był dobry moment. Naprawdę. Stan pogarszał się w tempie błyskawicznym. W marcu świętowaliśmy jej urodziny, była aktywnym uczestnikiem, rozmawiała z nami, ładnie budowała zdania, dziękowała nam że przyszliśmy, a zaraz potem wszystko po kolei zaczęło zanikac. I w niecały miesiąc później zmarła. Dziękuję bardzo za komentarze, że jest już wolna od Alzheimera, otepienia. Bardzo mi to pomogło. Pozwoliło spojrzeć na tę sytuację z jej perspektywy. Naprawdę.

Od śmierci SzM już niewiele mnie rusza, taka jestem zamrożona od środka. Śmierć Tatencjusza, wtedy zastanawiałam się nawet czy nie jestem jakąś zimną ..., która nie uroni łzy na pogrzebie ojca. Owszem uroniłam, ale bardziej dlatego, że przypomniał mi się SzM, jego pogrzeb i wszystko co za tym szło i idzie. Na pogrzebie Matencji było inaczej. Płakałam za nią, płakałam, bo przed oczami widziałam ją młodszą, energiczną, sprawczą, taką jaką była dawniej. Nie tą nieporadną zagubioną staruszką, którą trzeba było wspierać, tylko energiczną zaradną kobietą w pełni sił. 

Opróżniamy mieszkanie Matencji, dobrze że od momentu gdy wkroczyłam do Matencji i Tatencjusza z pełną opieką to zaczęłam też tzw. inwentaryzacje i remanent. Ile worów różnych przydasików wyrzuciłam, wywiozłem to tylko ja wiem. Nie potrafię sobie wyobrazić co by to było gdybyśmy dopiero zaczynali. Przekłada się to również na moje zdrowie psychiczne, bo przeglądanie tego nie jest łatwe, bo wracają wspomnienia. A oprócz tego żeby uniknąć zarośnięcia rzeczami i siebie, żeby moje dzieci nie musiały wyrzucać tony przydasików i niepotrzebnych klamotów, już po raz kolejny przeglądałam swoje mieszkanie. Za każdym razem znajduje coś niepotrzebnego i kolejny worek wylatuje z mojego domu albo w świat albo po prostu na śmietnik. Jeszcze kilka miejsc zostało do uporządkowania, więc trochę jeszcze muszę pozyc, jeszcze nie jestem gotowa.

Codziennie obiecuje sobie, że wezmę się w garść, zepnę poślady i wyjdę z tego stuporu, w którym trwam. Jeśli mam poukładane terminy, zajęcia, spotkania to trzymam się ich sztywno. Najgorzej jest gdy nie mam planu. Wtedy stupor, bo w domu brak mi totalnie sił by funkcjonować normalnie. Najchętniej bym spała. Wtedy jest ok. Bo generalnie to nie jest. Z zewnątrz tego nie widać, bo to w środku siedzi. 




czwartek, 16 kwietnia 2026

12 / 2026

2023 - SzM

2024 - Tatencjusz

2025 - Teściowa

2026 - Matencja...

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

11 / 2026

I już po. Plany sobie, a życie sobie. Tak to zwykle bywa.

Sobota udana, spokojna; pogaduchy z Małą, szybkie święcenie koszyczka, rekonesans na mieszkaniu Matencji, odwiedziny u Matencji i potem goście u mnie, babskie pogaduchy pt. dwie mamy i dwie córki. Słowem plan wykonany, goście zadowoleni. Mała bardzo emocjonalnie reaguje na pogarszający się stan babci czyli Matencji. Bardzo przeżyła odwiedziny u niej, a przecież jest lepiej niż było w ostatnim czasie. Złapałam się na tym ile radości sprawił mi fakt, że Matencja obiema rękami piła z kubka-niekapka, albo że potrafiła unieść głowę z poduszki. Okropna jest starość. Stan Matencji był przedtem tak kiepski że zdałam sobie sprawę z tego że powinnam przygotować jakieś ciuchy by ją ładnie ubrać do trumny, żeby potem nie biegać z szaleństwem w oku. Co nie znaczy, że przygotowałam.

Niedzielne wielkanocne śniadanie wspólnie z Małą zjadłyśmy w pidżamach, bo Młodzi do nas nie dotarli. Młody zadzwonił rano, że w nocy targalo nim w obu kierunkach plus gorączka, nie wiadomo czy zatrucie czy grypa, więc zostali w domu. Dawniej spakowałabym pół lodówki i zawiozła im. Teraz nie wychodzę przed szereg, a poza tym dieta wskazana :) Potem odwiozłam Małą, bo bagażnik był pełen różnych przydasików z mieszkania Matencji. Wracając od Małej pojecham na cmentarz do Teściowej, potem na drugi do SzM i Tatencjusza, a potem odwiedziłam Matencję. A potem kompletnie nie miałam co robić... Wcześniej zrezygnowałam z "zaproszenia zwrotnego" do siostry SzM, a innych brak więc spędziłam leniwie czas w towarzystwie telewizora. Nie ukrywam, że doła miałam mocno sentymentalnego. Naprawdę mocno, ale też kompletnie brak ochoty na towarzystwo.

Poniedziałek zapowiadał się nienajlepiej, bo świadomie zrezygnowałam z "zaproszenia zwrotnego" do brata. Co to jest "zaproszenie zwrotne"? To moja definicja... Kiedy robisz "sprawdzam", bo zazwyczaj Ty zapraszasz do siebie, a w tym roku czekasz do ostatniej chwili, mając nadzieję, że ktoś będzie chciał Twojego towarzystwa w czasie Świąt, ale nic się nie dzieje, więc na ostatni dzwonek jednak zapraszasz kogoś do siebie, a w odpowiedzi dostajesz zaproszenie do tego kogoś. Nagroda pocieszenia? Ochłap? Litość? Bo wypada?... I to jest zaproszenie zwrotne. Więc zaczęłam dzień z TV, bez ochoty na integrację albo jakąkolwiek aktywność, ale usłyszałam w serialowych dialogach by pozwolić sobie pomóc, by się nie izolować, by zmusić się do integracji, więc zaprosiłam do siebie  koleżankę. I spędziłyśmy miło czas.

Ten tydzień będzie krótki, ale aktywny. Poniedziałek już minął, a w piątek mam urlop; oprócz standardowej pracy, dodatkowo zajęcia aktywizacyjne, kino, joga i babski wyjazdowy weekend.

czwartek, 2 kwietnia 2026

10 / 2026

Z serii "potem"

Dwa okna wciąż czekają na umycie, chałupa czeka na ogarnięcie, kocie kłaki po kątach fruwają, kuweta, pranie w pralce, schody na klatce schodowej, mnóstwo innych rzeczy i czynności do zrobienia, a jeszcze kwiaty w doniczkach karnie stoją na dużym stole czekając na przesadzenie... i tak już od poniedziałku 😉 Brak mi motywacji, chęci i ... czasu. Ale żeby nie było że tak wszystko odkładam; mam już świątecznie ogarnięte groby SzM i Tatencjusza, mam też w końcu po zimie umyte auto w (środku, na zewnątrz i nawet pod spodem); mam zakupy (jak zwykle za dużo) zrobione wszystkie, łącznie z chrzanem do koszyczka. Czyli trochę jednak już zrobilam, a chałupkę z wnętrznościami mogę przecież w każdej niezależnej chwili i o to chodziło :) Plan mam by ile się da to zrobić dzisiaj. Jutro co prawda mam wolne w pracy, ale o 17.00 mam dead-line więc dobrze byłoby finiszować dzisiaj. No ale jak widać póki co snuję się i szukam zajęcia byle nie brać się już do roboty. 

Nie wiem czy jeszcze tu będę zaglądać więc spokojnych Świąt Wam życzę 🐣🥚🐣