Stali bywalcy :)

sobota, 22 sierpnia 2026

24 / 2026

35 lat temu zostałam po raz pierwszy mamą. Urodziłam syna i mój świat się zmienił. Świadomość, że jestem odpowiedzialna za nowe życie bardzo mnie paraliżowała. A nasz mały chłopczyk, który był całym moim, naszym światem pięknie się rozwijał. Noworodek nazwany przez Matencję "pomarańczką" z uwagi na barwę skóry (żoltaczka fizjologiczna), który uwielbiał spać na brzuszku. Niestety były też masakryczne kolki. Pamietam, że po kropelki na te kolki Tatencjusz jechał do apteki do dalekiego miasta, takie to były czasy. Pamiętam grzanie suszarką brzuszka osłoniętego pieluszką, bo w zasadzie tylko to pomagało. I tak przez prawie cztery miesiące. Młody był niesamowitym łakomczuchem, jego brzuszek nigdy nie był pełny. Zawsze było "am, am", bez względu na to czy przed chwilą zjadł czy nie. Zaowocowało to niestety nadwagą, która zgubił w okresie nastoletnim (mamusia zapisała na zajęcia sportowe), a która w wieku dojrzałym się uaktywniła i walczy z nią do dziś. Po porodzie zamieszkaliśmy na kilka miesięcy u moich rodziców. Zakochana we wnuku Matencja na samiuśkim początku prawie go zaanektowała i musieliśmy jej zwrócić uwagę że dziecko jest nasze :) A po pół roku przenieśliśmy się do siebie. Wieczorne rytuały tzw. usypiania, były męczące, ale dziś wspominam je z czułością. Trzeba go było ukołysać, by nie dopuszczać do płaczu z uwagi na przepuklinę pępkowa, pachwinową, a potem stan po zabiegu. Był dzieckiem ciekawym świata, raczej grzecznym, bo specjalnych problemów mam nie sprawiał, zasypywał nas tysiącem pytań o wszystko. Pamiętam ten moment gdy powiedział mi coś czego ja mu nie tłumaczyłam i wtedy zdałam sobie sprawę, że on już czerpie wiedzę ze świata zewnętrznego, nie tylko ode mnie. Nie pamiętam o czym mówił, ale pamiętam ten moment. Pamiętam, że kochałam go tak mocno że gdy byłam w ciąży z Małą pełna byłam obaw jak to będzie gdy urodzę drugie dziecko. Czy dam radę kochać je tak samo. Uwielbiałam na niego patrzeć gdy spał, przytulać to małe ciałko. Od małego dbałam by słyszał od nas słowa, że go kochamy. Gwiazdkę z nieba byśmy mu dali do momentu gdy na Boże Narodzenie nie daliśmy rady kupić pod choinkę tego konkretnego zestawu LEGO (zamówionego oczywiście w liście do Aniołka) i dostał podobny, ale inny. Pokaz złości i rozczarowania, który wtedy nam zafundował nasz pięciolatek był dla nas zimnym prysznicem, zdaliśmy sobie sprawę że dyscyplinowanie, tzw. kindersztuba, bo był dzieckiem tzw. dobrze wychowanym, to nie wszystko :) Do dziś myślę, że sześć, prawie siedem lat życia jedynaka siedzi w nim głęboko. Wspominam nasze wieczorne rozmowy przed snem, które zabrał mi dopiero Big Brother, bo wsiąkłam i jak gooopia go ogladałam zamiast cieszyć się ze wspólnych chwil z Młodym. Nie pamiętam by były z nim jakieś poważne problemy. Naprawdę. Raz była bójka w szkole podstawowej, ale jak powiedziała wtedy na zebraniu wychowawczyni "ona się nie dziwi, bo ten kolega go wyśmiewał". Do dziś pamiętam jak w liceum nauczycielka przy okazji innej rozmowy pogratulowała mi wysokiej kultury osobistej syna. Zawsze był pokojowo nastawiony do świata. Zapisany przeze mnie na treningi sportu walki chętnie chodził a gdy przyszla pora na walki grzecznie podziękował i powiedział, że walczyć nie chce. Był wytrwały i systematyczny. Kolejny sport, wodny tym razem, wytrwale jeździł nawet na poranne (6!) treningi przez blisko chyba trzy lata mimo że nigdy nie był w czołówce. Przez całe studia dorabiał w fajnym miejscu, ale miał zajęte wieczory, weekendy, czasem święta i zawsze Sylwestry. Z minusów żeby nie było tak pięknie: koloryzował i ubarwiał treści zdarzeń i opowieści. To po Tatencjuszu, którego opowieści trzeba było dzielić na cztery i koniec końców słuchaliśmy ich nie wierząc w nie. A gdy sama siebie kiedyś na tym złapałam źle się z tym poczułam i potem już świadomie zwalczyłam to w sobie. Tępiliśmy to u Młodego, podawaliśmy przykład niewiarygodnego dziadka i chyba się nawet w końcu udało, bo jakoś nie kojarzę by teraz coś było na rzeczy. 

Za co go kocham teraz, gdy jest dorosły? Źle postawione pytanie, bo nie kocha się za coś. Bardziej mi tu pasuje "dlaczego?" Bo jest moim synem. Bo widzę w nim tego małego nieporadnego, szczerego do bólu chłopca, który jest czarno-biały i zasadniczy, trochę jak jego tata. I nie potrafi być sprytny i dyplomatycznie poprawny, a czasem mi tego u niego brak. Nie muszę go lubić, bo z tym różnie bywa przy różnych sytuacjach, ale rozumiem że jest oddzielnym dorosłym bytem. Podziwiam i bardzo szanuję go za decyzję dotyczącą adopcji. Wiem, że musiał do tego dojrzeć. Mówi się, że syna wychowuje się dla synowej. Kiedyś nie mogłam sobie wyobrazić takiego obrotu sprawy. Wydawało mi się niemożliwe powstanie sytuacji gdy nie będę dla mojego dziecka już najważniejszą osobą, gdy zostanę przesunięta gdzieś obok. Punkt widzenia zależy jednak od punktu siedzenia. I z jednej strony dumna jestem z niego, że tak dba o swoją kobietę i rodzinę, a z drugiej jak przystało na Teściową zastanawiam się co robi synowa oprócz tego że leży i pachnie, gdy wszystko ogarnia Młody :) Mam nadzieję, że jest mu w życiu dobrze, że jest szczęśliwy, że jest kochany, doceniany i że spełnia się dokładnie tak, jakby chciał i że ma swoje marzenia do spełnienia. 

... to że matka-Anonimka czasem sobie na niego tu pomarudzi i ponarzeka to osobna historia, bo nie zawsze musi być pięknie i idealnie, przecież musi być gorzej żebyśmy docenili to lepiej.


poniedziałek, 17 sierpnia 2026

23 / 2026

Nosiłam w sobie potrzebę powrotu do starych zapisków. Starych czyli z czasów gdy żył SzM. Bloga prowadzę generalnie od września 2004 roku wiec na dobrą sprawę do czytania mam blisko 22 lata. Stare notki z Bloxa (bo tam zaczynałam) są zarchiwizowane i wiszą sobie u mnie na poczcie mailowej ku pamięci dla mnie, być może dla dzieci, by poczytały to sobie gdy mnie już nie bedzie. A tu na blogu wróciłam do mojego starego życia i przeczytałam sobie rok 2023 od stycznia do września, do dnia w którym wszystko się zmieniło. Czytałam te teksty tak jakby to nie było moje życie, musiałam się bardzo na nich skupiać i wczuć. Inaczej wspomina się małżeństwo w tak zwanym ogólnym podsumowaniu, z perspektywy całości przeżytych wspólnie 32 lat, a inaczej patrzy się na konkretne notki z ostatnich miesięcy wspólnego życia. Celowo wybrałam ten ostatni okres. Chciałam wrócić do tamtego czasu. Skonfrontować to, co wspominam, pamiętam, za czym teraz tęsknię, czego mi teraz brakuje, z tym co wtedy czułam i pisałam. Przypomnieć sobie co mnie męczyło, drażniło, bolało, co analizowałam i mocno przeżywałam. 

Co wyczytałam? 

... przypomniałam sobie jak bardzo się spalałam w sprawie rodziców; już w maju 2023 napisałam że mojej Matencji już w środku nie ma, że zostało tylko ciało. Już wtedy czułam że będzie tylko gorzej. I pamiętam jak dziś, gdy wracając z Grecji do Polski po śmierci SzM, miałam w sobie tę myśl, chęć, potrzebę, gdy chciałam po prostu schować się w ramionach mojej dawnej mamy... I bolała świadomość, że to niemożliwe. I ja musiałam zastanawiać się z bratem czy im o śmierci SzM można mówić bez podania wcześniej leków na uspokojenie. 

... że wtedy brakowało mi czułości, bliskości i zrozumienia ze strony SzM; że nie rozmawialiśmy o emocjach, o tym co czujemy, co nas gryzie, nie mówiłam o swoich bolączkach na głos, bo nikt mnie tego wcześniej nie nauczył; wiele rzeczy odpuszczałam ponieważ nie chciało mi się już o nie walczyć, szarpać się i przekonywać, zaznaczać swojego terenu; miałam w sobie coraz mniejsze poczucie wartości, że miałam wrażenie że często robię coś nie tak jak powinnam, że nie jestem wystarczająca; że nasze życie towarzyskie było w rozsypce i bardzo się starałam by je odbudować.

... że podtrzymywaliśmy tradycje wspólnych spotkań z dziećmi żeby zachować bliskość z nimi. Często też razem gdzieś wyjeżdżaliśmy. I do tego chcę teraz wrócić, bo mimo zapewnień po śmierci SzM rozjechała się tzw. wspólnota rodzinna. Nawet jeśli nie kontaktują się zbyt często ze sobą to chcę mieć świadomość że staram się podtrzymać to wygasłe ognisko domowe, rodzinne. Nie chcę ich zmuszać do organizowania tego u siebie, ale raz w miesiącu będę ich ściągać do siebie na tak zwany niedzielny obiadek u mamusi, tudzież babci 😉

I tak mi mija wolny poniedziałek. Niechcący terapeutycznie chyba 😏😄

sobota, 15 sierpnia 2026

22 / 2026

Terapia.

Jestem wciąż, raptem miesiąc minął, ale wciąż w terapii. Wychodzę powolutku z czarnej dziury. Poszlam tam by pokazać swój ból. Tak powiedzialam, nieświadomie, mimochodem. To wyłapała terapeutka. Ale to prawda. Potrzebowałam się wygadać, opowiedzieć, poukładać myśli i emocje, które mi troszkę puściły. W środowisku nieco się otworzyłam, zaczęłam mówić, przestałam udawać, sprawiać wrażenie że jest ok. Do szału mnie doprowadzały stwierdzenia znajomych "jak fajnie z tego wyszłaś, świetnie że się ogarnęłaś" ... itp. Nie, nie ogarnęłam się i nie wyszłam. Po prostu nauczyłam się żyć sama. A teraz przestało mi się chcieć udawać że jest ok. Wkrótce, za miesiąc, miną trzy lata. Wtedy nie potrafiłam sobie wyobrazić siebie za rok, dwa. A dziś żyję. Dzień po dniu. Codziennie rano na balkonie z kawą i papierosem zbieram siły by przeżyć dzień kolejny. Nie gloryfikuje SzM w żaden sposób, pamiętam jak mnie wkurzał, drażnił i denerwował, ale był. Nawet jeśli wtedy tak nie myślałam, to teraz wiem, że sama jego obecność w moim życiu była dla mnie wsparciem, dawał mi poczucie bezpieczeństwa, dbał o nas, o mnie. I żyliśmy we dwoje. Mieliśmy wspólne życie.

Moje życie solo.

Samotność nie jest fajna. Dzieci, rodzina, znajomi, koleżanki to wszystko jest fajne, fajnie że ich mam, że są, ale oni mają swoje życie i nie zawsze znajduje się tam dla mnie miejsce. Przychodzi weekend i wiem że nikt nie zajrzy jeśli się wcześniej nie umówię. Jeśli umarłabym w piątek wieczorem to znajdą mnie najwcześniej w poniedziałek gdy zaniepokojeni współpracownicy będą sprawdzać dlaczego nie dotarłam do pracy. Gdy jadę gdzieś po pracy okropna jest świadomość, że nie mam komu dać znać gdzie będę, czy będę później. Nikogo to nie interesuje.

Z obawą, z lękiem myślę co będzie dalej, jak dam sobie radę w późniejszych latach. Co robić by nie być obciążeniem dla dzieci. Póki co likwidując mieszkanie po rodzicach z automatu czyszczę też swoje z wszelkich niepotrzebnych mi rzeczy. Pozbywam się przydasików i kurzołapów. Robię to od dawna a za każdym razem znajduję jeszcze kolejne rzeczy do puszczenia w świat. 

Młodzi 

Stopniowo przyzwyczajam się do bycia Babcią. Pierwszy wieczór jako babysitter już zaliczyłam, bo Młodzi zrobili sobie wyjściową randkę. Pierwsza prośba z ich strony niestety nie mogła być zrealizowana, bo termin mi nie pasował, wypadł w mój weekendowy wyjazd. Dziadek-pasożyt wtedy miał dyżur przy wnuczce. Powiedziałam że bardzo chętnie im pomogę ale musimy ustalać terminy wcześniej. A Iskierka jest fajna, przytulaśna, lgnie do mnie. Naczytałam się bajek na dobranoc do syta. Dzisiaj idę na kawę i ciastko z okazji urodzin Iskierki. Młodzi nie zdecydowali się na duże urodzinowe party, bo podobno zaleceniem psychologa jest stopniowe wprowadzanie nowych członków rodziny do jej życia. Poznała już prawie wszystkich (Mała, mój brat z rodziną i Siostrunia nr 1 SzM). Nie poznała Siostruni nr 2 SzM, bo nie mamy z nią dobrego kontaktu. Początkowo planowali zaprosić wujków i ciocie, ale potem uznali że ograniczą się do dziadkow. Tak więc będą teście-pasożyty i ja. Będę się bardzo starać być poprawną, ale wiem że łatwo nie będzie. Znając Młodych nie spodziewam się jakiejś super gościny więc myślę że zajmie mi to max dwie godzinki. 

Mała

Niepokoi mnie że wciąż nie znalazła swojej drugiej połówki. Bardzo by chciała, wiem, ale łatwo nie będzie, bo jest kobietą świadomą, samodzielną, która wie czego chce, potrafi się świetnie zorganizować, ma grono znajomych, ma z kim spędzać czas. Dumna z niej jestem, że dobrze sobie radzi w pracy, jest finansowo niezależna. Zmieniła jakiś czas temu pracę, trochę nerwów kosztowała ją ta zmiana, bo wiadomo nowe środowisko. Nawet były łzy że przecież sama to sobie zrobiła, to była jej decyzja, ale koniec końców jest ok i jest zadowolona, a to najważniejsze.

Moje dzieci niestety nie mają ze sobą kontaktu. Młodzi do dzisiaj jeszcze Malej nie zaprosili do siebie na nowe (2024!) mieszkanie. Nie mam na to wpływu. Boleję, ale nie rozdzieram szat. Może połączą siły gdy ja już będę kiedyś wymagać opieki i wsparcia.

Brat

Jest a jakby go nie było. Póki co jeszcze łączy nas likwidacja mieszkania po rodzicach i potem jego sprzedaż. Nie odwiedzają mnie, a ja ich. Mam silne postanowienie by to zmienić i przyzwyczaić nas do kontaktów wzajemnych. Nie wiem czy to nie jest w mojej głowie problem, bo nie mam oporów by się wpraszać w odwiedziny do Siostruni nr 1 SzM. Natomiast gdy myślę o tym by pojechać do brata to zawsze z tyłu głowy mam że uszczęśliwię ich sobą na siłę i odpuszczam temat, nawet nie próbuję. W ogóle mam w głowie taką zaporę że gdy pojadę do kogoś z naszych wspólnych znajomych z czasów gdy żył SzM to ciągnę za sobą żałobny cień i nie wiem czy ten ktoś będzie się czuł dobrze w moim towarzystwie. 

Praca

Jest ok. Oswoiłam już swojego dyrektora z myślą że nie wybieram się póki co na emeryturę (a mogę już za trzy lata) i że dopracujemy razem do jego emerytury, jeśli zdrowie mi na to pozwoli. I tej wersji będę się trzymać.

Moje życie...

Nie pamiętam o czym tu ostatnio sobie pisałam. Były weekendowe kajaki nad Wartą. Była weekendowa eskapada na Śnieżkę. Było kino. Były imprezowe spotkania na ogródku. Trochę się działo.

Mam sporo znajomych i okazji do spotkań, wypadów, ale mam też w sobie taki niedosyt, że to jest powierzchowne. Ale gdy staje się jakaś nitka nicią bliższą to ja się wycofuję nieco i odsuwam, bo chyba czuję się zbyt przytłoczona. Ważna dla mnie jest świadomość że w razie czego mam do kogo dzwonić np. z prośbą o ratunek lub pomoc. Oczywiście jeśli nauczę się w końcu prosić o pomoc, bo póki co jestem raczej Zosią Samosią, która musi dać sobie radę sama.

I to by było na tyle aktualizacji.

środa, 29 lipca 2026

21 / 2026

Wiedziałam o tym wcześniej, ale co innego suchy fakt rzucony ot tak, a co innego krótka opowieść...

Chciałabym móc przytulić tego małego chłopca, który urodził się pod panienskim nazwiskiem matki, który nie znał swojego ojca, którego matka oddała na wychowanie swoim rodzicom, potem wyszła za mąż i urodziła kolejne dzieci. A jego wciąż wychowywali dziadkowie. A gdy przyjeżdżał do matki i ojczyma który dał mu swoje nazwisko, do rodzeństwa, to dzieci sąsiadów się z niego naśmiewały. I tak prawie do 16 roku życia mieszkał z dziadkami, aż potem brat matki wziął go do siebie, do miasta. Myślę o nim i jego historii z czułością i współczuciem. I myślę że miało to ogromny wpływ na jego życie. Na ten chłód emocjonalny, ten pancerz, ten brak czułości, toporność i niezgrabność taką... Nigdy nie usłyszałam że jest ze mnie dumny, że mnie kocha... Tatencjusz.

czwartek, 23 lipca 2026

20 / 2026

Od dłuższego już czasu pracuję nad naszym drzewem genealogicznym. Szerokim. Badam po kolei wszystkie konary, odnogi, gałązki. Sprawdziłam, że to, co ktos kiedyś szepnął w tajemnicy na ucho, jednak miało miejsce. Zrobiłam ogromną, żmudna robotę sprawdzając groby, archiwa, księgi parafialne, ale wszystko to nie tylko z poziomu komputera, internetu. Teraz zaczynam uzupełniać współczesnych. Podczas tej pracy zdziwiłam się ogromną liczba porodów, które zaliczały wtedy kobiety, wysoką umieralnością dzieci, tym że jeśli dziecko umarło, to następne moglo dostac to samo imię, tym że nastolatka sama emigrowała za ocean do lepszego świata i podawała się za pełnoletnią, tym że jedno dziecko urodziło się przed ślubem jeszcze pod panienskim nazwiskiem matki, tym że ślub dla jednej ze stron nie był pierwszym ślubem a druga strona o tym nie wiedziała, no i różne takie inne. I tak sobie pokopałam w tych zamierzchłych czasach, zweryfikowałam różne rodzinne tajemnice przodków dalszych i blizszych, a teraz mam zagwozdkę - czy dzielić się tymi odkryciami czy lepiej zostawić je dla siebie? Zaznaczam, że nikomu krzywda się nie stała i konsekwencji żadnych prawnych nie będzie. Info mam sprawdzone i zweryfikowane na 200%.  Wszystko, co znalazłam dotyczy osób zmarłych, ale żyją ich dzieci, które są już bardzo mocno dorosłe i pewnie będą zdziwione. I nie wiem czy mówić o tym (w kwestii ciekawostek rodzinnych) czy nie?

czwartek, 16 lipca 2026

19/2026

U terapeuty...

Przyszłam tu po to by w końcu pokazać swój ból.

Tak naprawdę nikomu go nie pokazuję. Nikt nie wie co we mnie siedzi. Wszyscy widzą tylko tyle ile ja im pokazuje. Jestem ogarnięta, samodzielna, często w ruchu, na zajęciach, spotkaniach, wyjazdach. Tak, mam dobre opakowanie. Tylko środek cały pokaleczony i pokruszony. Dlaczego nie uzewnętrzniam się? Bo nie chcę stawiać nikogo w niekomfortowej sytuacji. Nie chcę nikogo kłopotać, obarczać swoimi troskami. Bo co to zmieni... Nie chcę też być oceniana. Do dziś pamiętam określenie dotyczące innej osoby, ale też w żałobie. "Ona sprawia wrażenie, że to się stało wczoraj". Nie chcę tak. Wiem, że to się stało dwa lata i 9 miesięcy temu. Nie czuję już tak intensywnie tej straty. Wydaje się że się przyzwyczaiłam. Nawet wyszukałam kilka dobrych stron mojego obecnego życia. Ale irracjonalnie sama wracam do tamtych złych momentów, do tych czarnych godzin gdy życie mi się zawaliło. Wtedy mam wrażenie, że jestem bliżej SzM. Nie gloryfikuje go, nie ubarwiam, nie wybielam, ale brak mi oparcia, poczucia komfortu, bezpieczeństwa, czyjejś troski. 

Dlaczego nie mówię o tym dzieciom? Bo nie chcę ich obciążać swoim bólem, nie chcę żeby się o mnie martwili. Mają swoje problemy, troski i radości i problem z mamą chyba jest im jak najmniej potrzebny. Staram się ich wspierać, bo chyba od tego jest rodzic. Nie chcę robić sobie z nich terapeutycznych poduszek, ale wiedzą, że wróciłam do terapii.

Jestem po drugim spotkaniu z terapeutą. Tam puszcza mi wiele i pojawiają się zalążki łez, ale wyćwiczony mechanizm powstrzymywania się od chęci płaczu jeszcze działa. Podobno dobrze jest nauczyć się płakać. Bo przez płacz dobrze rozładowuje się emocje, stres. A ja do śmierci SzM płakałam tylko wtedy gdy nikt nie widział a i to było rzadkie. Moja Mała po raz pierwszy zobaczyła mnie płaczącą w covidzie, ona miała wtedy 23 lata. Bo ja zawsze byłam tą silną babą, jak ten Atlas co wszystko brał na siebie, czy jakoś tak. I potem płakałam już bez opamiętania w dniu śmierci SzM. I w kolejnych...

poniedziałek, 13 lipca 2026

18 / 2026

Po pierwszej wizycie u terapeutki poczułam po prostu ulgę. Tak się poczułam. Zdziwiłam się sama sobą gdy przy słowach "mój mąż umarł" po prostu ścisnęło mi się gardło i popłynęły łzy. Poczułam się tak, jak na początku, zaraz po jego śmierci, gdy nie potrafiłam tego powiedzieć bez łez. Generalnie to teraz częściej mi się włącza płacz. To nawet nie jest płacz, to są łzy, które po prostu płyną. 

niedziela, 5 lipca 2026

17 / 2026

Zdecydowałam się na spotkanie z terapeutą, nowym. Odczekałam do wyznaczonego terminu. W tym tygodniu mam wizytę. I teraz im bliżej tego dnia, im bardziej myślę tym mniej wiem co mam mu powiedzieć, czego oczekuję. Bo przecież nie poda mi na tacy cudownego sposobu na powrót do dawnej mnie. Po co idę do terapeuty skoro wydaje się, że teoretycznie jestem przygotowana do tematów. 

Po pierwsze każdą żałobę trzeba przeżyć, a ja nie miałam okazji zamknąć jednej (SzM) gdy pojawiała się druga (Tatencjusza), potem trzecia (Teściowa), czwarta (Matencja). Powiedzmy sobie szczerze, że pierwsza to najważniejsza w moim życiu. Pozostałe niejako zgodne z naturą, bo przecież wiek ma swoje prawa. Śmierć Tatencjusza w cieniu żałoby po SzM, jakoś mnie tak bardzo nie obeszła. Chyba żadna śmierć nie robi już na mnie wrażenia. Mogłabym powiedzieć, że nic gorszego już mnie w życiu nie spotka, ale z tyłu głowy siedzi myśl że przecież mam jeszcze dzieci... Brzmię jak wyrodna córka, na której śmierć ojca nie zrobiła wrażenia, ale taka prawda. Nie byłam związana tak bardzo z Tatencjuszem, był zawsze na wyciągnięcie ręki, gdy trzeba było pomóc, ale bez emocji, rozmów, rad, żadnych rozkmin, które miałyby wpływ na moje życie. Co najbardziej zapamiętałam...? "Gość jest dobry rzadko i krótko", "Mi wódka nie jest dziwna" (bo pił rzadko i mało). Pewnie więcej gdzieś tam jest we mnie, bo przypomina mi się adekwatnie do sytuacji, ale teraz mam pusto w głowie. Podeszłam do jego śmierci jakoś chyba bez emocji, na zimno. Na pewno ogromny wpływ na to miała wiecznie narzekająca na niego i zazwyczaj stawiająca go w złym świetle Matencja. Tego jestem pewna. Począwszy od tekstów, które słyszałam od dziecka "Poczekaj aż przyjdzie ojciec", "Zobaczymy co na to powie ojciec" itp., do późniejszego płaczu i żali jak to on ją unieszczęśliwia i ile krzywdy jej robi. Dziś z perspektywy czasu wszystko widzę ciut inaczej, śmiem twierdzić, że miał do niej anielską cierpliwość, i pewnie dlatego mało go było w domu. Wolał uciec w pracę, bo w domu cokolwiek by nie zrobił, powiedział to było nie tak jak trzeba, źle. Śmierć Teściowej, powiem wprost, w ogóle mnie nie obeszła. Był moment w moim życiu gdy mówiłam do koleżanek że wychodząc za mąż należy wybrać faceta z domu dziecka i upewnić się że jego rodzice mają odebrane prawa rodzicielskie. Dość powiedzieć, że jej dzieci nie mialy o niej dobrego zdania. Wszyscy wiemy, że jej dewizą życiową było "Najważniejsza jestem ja, a reszta świata jest tylko po to, by mnie było dobrze". A śmierć Matencji... To trudna sprawa, bo ta moja prawdziwa mama, ta serdeczna, ciepła, opiekuńcza, zainteresowana mną i moim życiem zniknęła z mojego życia dawno, dawno temu. Więc z jednej strony jej śmierć to dla mnie żal, smutek, bo wiadomo - to mama, z drugiej pewnego rodzaju uwolnienie (mimo tego że była w instytucji opiekuńczej), a z trzeciej - pojawienie się pewnego rodzaju pustki, bo nastąpiło to uwolnienie.

Po drugie SzM... Już nie czuję jego obecności przy moim boku. Znika. Oddalił się, a bym bardzo chciała to jeszcze czuć. Na moje urodziny Młody przyszedł z jego zegarkiem na ręce. Mam ten obraz jak kadr z filmu, bo zobaczyłam kadry z mojego poprzedniego życia. Pisze to i łzy same mi płyną, a nie jestem skora do płaczu. Od dziecka potrafiłam zdusić w sobie chęć płaczu, łez. Nie wiem dlaczego nie potrafię sobie przypomnieć dlaczego tak mam. Przychodzi mi do głowy, że pewnie dlatego by przy tzw. "klapsie za niegrzeczność" nie pokazać że mnie złamała, a wręcz pokazać że jestem twarda i nic sobie z tego nie robię. A jeśli płakałam to w łazience po cichu w ręcznik. Po śmierci SzM nie potrafiłam przestać płakać, te łzy po prostu same płynęły, nie miałam na to wpływu. I trwało to kilkanaście godzin. Pamiętam ten czas, najpierw czekanie na dworcu autobusowym, potem długa podróż autobusem, oczekiwanie na lotnisku na lot, sam lot i powrót do domu, w którym już nie czekał na mnie SzM. Gdyby nie Mała, umarłabym tam, zaginęła i chyba ktoś musiałby po mnie przylecieć. To wiem na pewno.

Po trzecie... staram się żyć normalnie, ale cały czas mam wrażenie, że żyję za szybą, bez emocji, bez radości. Owszem uśmiecham się, jestem pogodna, ale w środku czarno i pusto. Kompletnie nie interesują mnie opowieści i historie innych. Jestem chyba dobrym słuchaczem, bo staram się, ale wysłucham i to znika, jeśli trzeba to w pamięci zostaje tylko to, co konieczne, czyli praca. A ja potem się stresuję, że to może już początki otępienia, tej choroby na literkę A. Likwidując mieszkanie moich rodziców robię też redukcję rzeczy u siebie w mieszkaniu, żeby po mnie nie było tylu przydasików i klamotów. Wciąż pozbywam się jeszcze rzeczy po SzM, który był niejako hobbystą gadżeciażem. Ileż to ja jego rzeczy już powystawiałam do sprzedaży, ale i tak sporo jeszcze zostało... Każdorazowe grzebanie w tych kartonach też pewnie zostawia we mnie ślad. 

Po czwarte pojawił się w naszym rodzinnym życiu nowy członek rodziny. Kilkuletnia Iskierka, córeczka Młodych. Niby dla mnie żaden stres, bo to ich życie, ale gdy słyszę że JuzNiePanna zmaga się z depresyjnymi myślami, że jednak nie jest łatwo i że wiele ich, ją ta sytuacja kosztuje (ale mają wsparcie psychologa), to jednak zostaje mi w głowie trochę niepokoju. Pojawiła się też pierwsza prośba o przejęcie opieki nad Iskierką na 2-3 godzinki, a tu zonk! bo Babcia-Anonimka ma w kalendarzu trochę zajętych terminów i niestety nie da rady. Z jednej strony przykro mi że tak trafili, ale z drugiej przecież jestem chętna do zaopiekowania się Iskierką po uzgodnieniu terminu, który będzie mi dogodny, o czym im powiedziałam. 

Podsumowując, wiem że wszystko duszę w sobie i to nie jest dobre, ale... Kompletnie nie potrafię mówić o tym co czuję. Bo co mam powiedzieć... I co to zmieni że będę ludziom smędzić że coś mnie zżera.

piątek, 19 czerwca 2026

16/2026

Dojrzałam do terapii, postanowiłam pójść do nowej terapeutki, polecanej przez znajomą, z dobrymi opiniami. Nie żeby ta moja "stara" była zła, ale chcę mieć porównanie, spróbować nowego. Analizując tą przebytą terapię jakoś nie mam wrażenia że "pracowałam", chyba bardziej się po prostu wygadywałam. Ale może o to chodzi właśnie, żebym podczas swojego słowotoku doszła do odpowiednich wniosków naprowadzona celnym pytaniem terapeuty. No nie wiem. No i dojrzałam do decyzji, umówiłam termin i zonk. Błąd systemu, ten konkretny okazało się że jednak nie był wolny, kolejne zaproponowane mi nie pasowały, a potem pani idzie na urlop. Tak więc nie jest mi widać pisana ta terapia. Może nie jest taka konieczna :) 

Póki co słucham podcastów, trafiłam na fajną starsza panią, która tak pogodnie o wszystkim rozprawia że chce mi się jej słuchać. Ka ta rzy na Mi ll er. 

Wiem już że muszę zmienić myślenie, szukać codziennie drobnych pozytywów i radości. 

Tylko nie mam na to siły.


poniedziałek, 15 czerwca 2026

15/2026

Pomyślałam, że coś wrzucę tu sobie na bloga żeby nadrobić zaległości, ale chyba nie mam weny. Nie mam o czym chyba pisać. Nic mnie jakoś nie porusza, pustka taka we mnie jest ...

Poznałam moja wnuczkę Iskierkę. Przy kolejnym chyba trzecim spotkaniu (na Dzień Dziecka) na powitanie biegła do mnie z rozpostartymi ramionami. Jakie to było miłe... 

Zaliczyłam koncert, na który bilety kupowałam blisko rok temu. Było ok. Ten dwa lata temu zrobił na mnie mega wrażenie, pewnie dlatego że to był mój pierwszy tak duży. A ten teraz był po prostu ok.

Sprawa nagrobka/pomnika u rodziców już załatwiona. Mieszkanie w dalszym ciągu jest w procesie opróżniania. Mnóstwo rzeczy wywiozłam, rozdałam, wyrzuciłam. Ile razy tam byłam nawet nie liczę, a każdy raz sporo emocji mnie kosztuje. Większość szafek już jest pusta. Nie chcę by było całe opustoszałe, bo podobno urządzone lepiej się sprzedaje. Musimy się za tą sprzedaz zabrać na poważnie. Tak jak przypuszczałam, kontakt z bratem coraz bardziej zanika. Jak sprzedamy mieszkanie to już nic nas nie będzie trzymać.

Moje życie społeczne jako tako się toczy. Bez szału i entuzjazmu. Po prostu poddaję się temu co życie niesie, ale nie wychodzę z inicjatywą. Wykonanie telefonu z pytaniem co słychać to szczyt moich możliwości. A i tak odwlekam w czasie, za chwilę, za godzinę, później, a teraz to już za późno więc może jutro...

Mała ma teraz gorszy czas. A ja się martwię, bo nie potrafię pomóc. Nie chcę się narzucać, oblepiać jej sobą, a potem sobie wyrzucam, że mogę, że powinnam więcej, bardziej...

Przetrzepuję po raz kolejny chałupę i pozbywam się rzeczy zbytecznych, niepotrzebnych, bo skoro od śmierci SzM z nich nie korzystałam znaczy że nie są potrzebne. Więc też wyprzedaję, rozdaję. Żeby moje dzieci miały mniej roboty gdy przyjdzie im likwidować mieszkanie po mnie. A jeśli kiedyś mnie przyjdzie wena na jakiś remont, odświeżenie go, to na pewno będzie mi prościej to wszystko ogarnąć. Kartony z rzeczami wystawionymi do sprzedaży czekają na nowych właścicieli, a ja zaczęłam przeglądać pudła że zdjęciami. Bo na co komu tyle zdjęć. Są cztery pudła, w planie mam zrobić z nich dwa.

Siedzę w domu i czuję się jak Matencja, która kilka lat temu czekała na odwiedziny, na znak, sygnał, na cokolwiek. Karma wróciła. Teraz ja czekam. Wiem, że to nieporównywalne, ale nie mogę przestać tak myśleć.

Z tygodnia na tydzień odkładam różne rzeczy; klima w aucie (jeszcze chłodzi, ale odgrzybić w końcu po trzech latach trzeba), drobne uszkodzenie po stłuczce w zeszłym roku (niby nie przeszkadza, ale...), mrugająca lampa podłogowa (wkurza więc jej nie używam, dlatego czas poszukać złotej rączki...), sterowanie w rączce odkurzacza (nie działa regulacja, ale odkurza, a poza tym mam przecież dwa odkurzacze). Poza tym po zeszłorocznej diagnozie okulisty na serio rozważałam opcje zrobienia korekty powiek, które wchodzą mi w pole widzenia, a poza tym wyglądam jak pies basset. Czas na ustalenie terminu zabiegu już dawno minął i znowu muszę zacząć od skierowania do okulisty. Od śmierci SzM nie byłam u dentysty, a mam usuwać kamień koniecznie co roku wiec aż się boję co to będzie jak w końcu tam dotrę. Jak już tak wyliczam to i wizyta u kosmetyczki by się przydała... Obiecuje sobie że zacznę coś ze sobą w końcu robić, a biegać nie mogę, rower stoi w piwnicy, stoi i czeka na niewiadomo co, więc chodzenie mi zostaje. A kończy się na tym że siedzę na kanapie z pilotem w garści. I czasem nie wiem nawet co oglądam. Książek nie czytam, bo nie umiem się na nich skupić. Dziś zmobilizował mnie paczkomat, czyli przesyłka do nadania, więc zaraz potem poszłam na szybki marsz. Raptem niecałe 4 km, ale zawsze to coś. W lipcu mam zaplanowany weekendowy wyjazd na Śnieżkę, a drugi na kajaki więc wypadałoby ruszyć się z tej kanapy...

Poważnie zastanawiam się nad powrotem do terapii, bo czuję że przestaję sobie dawać radę. Nie mam inspiracji, chęci do czegokolwiek. Nic mi się nie chce. Robię tylko tyle co minimum. Chyba potrzebuję jakiegoś kopa w tyłek po prostu. I tylko ja to wiem, bo z zewnątrz wszystko jest ok. No może za wyjątkiem tych powiek basseta i kilku kilogramów które mi wróciły.

A jednak się rozpisałam... :)