Dwa wpisy w jednym dniu? Dlaczego nie?
Młodzi są w trakcie procedury adopcyjnej. Są naprawdę zachwyceni, zapatrzeni w dziecko, szczęśliwi, a ja cieszę się ich radością. Niech im się dobrze układa i dzieje. Szanuję i podziwiam ich za decyzję, wiem że motorem tego była JuzNiePanna, ale zaangażowani są oboje na maxa. Kontakt z dzieckiem (plus dojazdy) zżera im sporo czasu; sprawa przeorganizowania mieszkania (była sypialnia i salon, a teraz jest pokój dziecinny i pokój dzienny ze spaniem); ogarnianie spraw urzędowych plus normalne życie zawodowe ich obojga, to spory bagaż do udźwignięcia, ale przeciez nikt nie mówi że życie jest proste. Chciałam wesprzeć ich finansowo, poważnie o tym myślałam, ale skoro się już zorganizowali chyba w całości to znaczy, że dają radę, a poza tym to sprawa nieco złożona, bo... generalnie to widzieliśmy się tylko z okazji urodzin Matencji u Matencji w domu opieki. Inna sytuacja by była gdybym była jakoś na bieżąco z tym co tam się u nich remontowo dzieje, wtedy spontanicznie mogłabym coś sfinansować albo się dołożyć, a tak to nawet okazji nie ma do pogadania. A poza tym to trochę rzeczy mnie uwiera od powrotu z wojaży, ale od początku.
Po pierwsze... Młody opiekował się kotem podczas mojej nieobecności. Opiekował się to raczej luźne określenie. Po powrocie zastałam dodatkowe miseczki na wodę puste, wyschnięte, na szczescie ta podstawowa była pełna, ale kuweta nie była czyszczona od kilku dni. Nie miałabym pretensji czy uwag bo mogło się zdarzyć, ale czy na pewno moglo, bo przecież zostawiłam dokładny opis co trzeba robić, a kuwetę to wyczyściłabym przynajmniej "dla oka" przed powrotem właściciela, tak z czystej przyzwoitosci. Ręce mi opadły. Przy poprzednich razach/opiekach niestety było podobnie. Wtedy delikatnie zwracałam uwagę, stąd teraz byl opis na papierze. Mam bardzo mieszane uczucia, ale nie zrobię dymu, bo obawiam się, że mogę stracić w przyszłości opiekuna, a jaki by nie był, jeść zwierzakowi dawał.
Po drugie... Po powrocie nie chciałam zwalać im się od razu na głowę tak nagle, więc powiedziałam, żeby zadzwonili jak znajdą ciut czasu to zajrzę, przyjadę. Cóż... Raz się przypomniałam, ale usłyszałam tlumaczenia te, co wyżej opisałam. Trochę rozumiem, ale przykro mi, tak po ludzku i maminemu. I generalnie do dzisiaj czekam. I wiem, że się nie doczekam. Żeby nie było mamy kontakt, głównie przez Wh....pp i foty.
Po trzecie... Taki drobiazg, ale miło by było gdyby pomyśleli, że warto matce wracającej po dwóch tygodniach nieobecności przynajmniej kupić chleb, żeby miała co jeść jak wróci. Nigdy jeszcze tak się nie zdarzyło. Może za dużo wymagam i mierzę innych własną miarą? Czepiam się?
Po czwarte... Dzień Kobiet. Mlody mieszka w niedalekiej okolicy. Byłoby mi miło gdyby pamiętał, postarał się ciut, a tu tylko był SMS wieczorem. Choć dobre i to, ważne że chciał, pamiętał. Tu jednak mam lekko umiarkowany żal, bo z tym obchodzeniem różnie to bywa, nie każdy przywiązuje do tego uwagę, ale faktem jest, że w domu rodzinnym Młodego się to święto obchodziło, bo zawsze razem z SzM składali życzenia z kwiatkiem i mnie i Małej.
Po piąte... Zapytałam ich jakie mają plany na Święta. Najpierw powiedzieli że trudno im się określić (znam przyczynę, rozumiem, dlatego też zapytałam), a potem zadzwonili z info że "w sprawie tego śniadania to będziemy". Aż się sama do siebie uśmiechnęłam, bo gdzie w tym pytaniu o plany było zaproszenie na śniadanie? Cieszę się bardzo, że przyjdą, bo zeszłoroczne śniadanie jadłam tylko w towarzystwie Matencji. Wtedy Mała była na zagranicznych wojażach (wcześniej jednak pytała czy nie będzie mi to przeszkadzało), a Młodzi okazało się że poszli na śniadanie do teściów-pasożytów, "bo to ich kolej", tak usłyszałam.
Może ja przesadzam, za dużo oczekuję, może zapomniałam jak to jest być młodym, sama nie wiem. Ale to są takie kamyczki, które mnie uwierają. I z jednej strony nie chcę ruszać tych tematów; bo nikomu nie będzie miło, bo jakoś niezręcznie mi domagać się, bo jeśli coś się potem poprawi to nie dlatego, że to ich/jego inicjatywa tylko dlatego żeby matka znowu nie gderała. A z drugiej strony jeśli nie reaguję to znaczy że sprawy nie ma i wszystko jest ok.
Mała działa już w nowej firmie, taką podjęła decyzję, mam tylko nadzieję, że finalnie nie będzie żałować i wyjdzie jej to na dobre. Przeszła już przez etap łez pt. "dlaczego to sobie zrobiłam?" i wychodzi na prostą, a przynajmniej tak mówi. Wierzę, że da sobie radę. Ustalilyśmy, że zjemy razem śniadanie wielkanocne, Mała nawet proponowała by zorganizować je u niej. Z konkretnych planów wyszło jednak że przyjedzie do mnie już w sobotę (bo organizuję u siebie spotkanie wspominkowe po Rio).
Te moje dzieci... Często zastanawiam się nad tym, że te moje dzieci są tak różne, a przecież wyszły z jednego domu. Wiadomo, że każde z nich ma swój charakter, ale dochodzę też do wniosku że bycie przez siedem lat jedynakiem i oczkiem w głowie rodziców, dziadków to może być przyczyna takiego egoizmu, egocentryzmu, braku empatii u Młodego. Myślę, że gdy żył SzM to Młodego od czasu do czasu trochę prostował, naprowadzał, reagował, a ja być może zachowuję zbyt dużą rezerwę, chcę być zbyt akuratna, nie chcę być tak całkiem odseparowana, odrzucona, chce być fajna, za bardzo fajna? Albo stwarzam sobie w głowie niepotrzebne problemy? No i po raz sto-szesnasty chyba piszę, że dzieci moje niestety nie mają ze sobą kontaktu, nie czują żadnej więzi, potrzeby kontaktu, wiedzy co u brata, siostry. Muszę się z tym pogodzić. Po raz kolejny powtórzę że to moja życiowa porażka i błąd wychowawczy. Powtórzyłam nieświadomie błąd swoich rodziców. Na próżno teraz drzeć szaty. Trzeba to wziąć na klatę.
Rodzina, cóż... Mój brat... Muszę przyznać, że dobrze dogadujemy się w temacie opieki nad Matencją, ale poza tym chyba się nie znamy. I przypuszczam, że drogi nasze się rozejdą gdy wyczerpiemy tematy do rozwiązania i ogarnięcia. Od dawna jestem tego świadoma. Lepszy, bliższy towarzysko, serdeczny kontakt mam z jedną siostrą SzM. Jedną, bo ta druga to prawie zero kontaktu od śmierci SzM, ale wcześniej też był raczej śladowy.
Matencja... Przeżyła swoje 83 urodziny w stanie raczej zadowalającym, poruszając się przy pomocy chodzika, w miarę nawiązując kontakt i rozmowę, samodzielnie jedząc i się obsługując. A potem za kilka dni stopniowo ją odcinało, jakby ktoś wyłączał prąd, albo baterie się wyczerpują. Niestety stan się pogorszył, znacznie. Teraz jest pacjentką leżącą, którą trzeba wysadzić na fotel rehabilitacyjny, jest zapampersowana, z ograniczonym kontaktem logicznym, raczej żyjąca w swoim świecie, mega słaba. Czekamy na wyniki badań i reakcje organizmu na zaordynowane leki. W swojej ponad dwuletniej chorobie już dwa razy do nas wróciła, może i teraz się uda. Jakiś dobry duch nad nami czuwał, że zorganizowaliśmy się z tą opieką instytucjonalną. Naprawdę tak myślę, wrecz jestem o tym przekonana.
Ja... Dopada mnie znowu syndrom pt. potem, później, jutro. Brak mi chęci, sił, energii, motywacji do jakiegokolwiek działania w domu. Cokolwiek bym nie miała zrobić w domu, musi to nabrać mocy urzędowej. Odkładam, bo scrolluje telefon, oglądam seriale, robię ćwiczenia na Duo....o, albo po prostu nie robię nic. Lista rzeczy do ogarnięcia jest, motywacji i inicjatywy do działania brak. Wszystko na ostatnią chwilę. Zawsze sobie obiecuję, że ogarnę się w domu, a potem w takim czyściutkim otoczeniu np. zabiorę się za fotoksiążki, odrobię zaległości z ogłoszeniami na OLX, poczytam papierowe książki, zrobię coś na drutach, zrobię sobie domowe spa, itd. kończy się jak zwykle, robię tylko to, co konieczne, a reszta potem. Wczoraj przebąblowalam prawie całą sobote czyli robiąc nic, za to dziś jestem z siebie dumna, bo mimo że to palmowa niedziela umyłam 4 okna. Zostały mi jeszcze 2 i odwlekam, jak zwykle.
Aaa, zapomniałam napisać, że mimo wszystko o swoje tzw. życie towarzyskie dbam, tzn. nie zamykam się w tym nieposprzątanym domu. Od powrotu z wojaży czyli od końca lutego było już: duża zorganizowana impreza z okazji dnia kobiet, tradycyjne kino, niespodziewany duży koncert, zorganizowane wyjście nowej grupy fajnych babek, tradycyjne domowe babskie spotkanie, dwie imprezy urodzinowe, spotkanie z kumpelką pt. nie mów nikomu (na jej prośbę), no i zaczęłam sezon rowerowy (byłam tylko raz - 35 km, ale się liczy), a ponadto cały czas kontynuuję różnego rodzaju warsztaty aktywizacyjne (bardzo fajne i bez opłat, więc warto) i zaczęłam znowu chodzić na zajęcia jogi (te niestety płatne). Jak tak wypisałam tu i teraz, to jednak trochę tego jest. Brawo ja, mimo wszystko. Jak powiedziała pani terapeutka: na zewnątrz bardzo dobrze sobie daję radę.
Święta wielkanocne... W tym roku nie organizuję się na maxa. Jeśli mam je spędzić sama to trudno, nic na siłę. Na sobotę umówiłam jedną mamę z córką na wspominkowe spotkanie po Rio i przyjedzie też Mała. Zastanawiam się nad powiększeniem tego grona, ale muszę to gruntownie przemyslec. Śniadanie wielkanocne zjem z dziećmi. Może posiedzą do pory obiadu, nie wiem. Po południu na pewno znikną z horyzontu, bo Młodzi do dziecka, a Mała już jest zorganizowana towarzysko. A reszty czasu nie organizuję, nikogo tym razem nie zapraszam, ale też nikt nie zaprosił mnie. Jakby co to pójdę na spontan, albo będę mieć zajęcia z lotnictwa czyli czas z pilotem w garści.
Ktoś doczytał do końca? Tak ?
Gratuluję wytrwałości :)
PS. Z odkładanej na potem mojej listy "to-do" pozycję pt. zaległości na blogu, będę mogła już skreślić.
PS. Edit godz. 20:43. A jednak, moje dwa okna wciąż czekają na umycie 😉😀
Melduję, że do końca. :))) Ja bym rozmawiała z synem. Szczera rozmowa o uczuciach to co innego niż pretensje i ciosanie kołków.
OdpowiedzUsuńMuszę się w sobie zebrać ... Ale najpierw święta.
UsuńJa też do końca, oraz, podobnie jak powyżej napisano, uważam, że może warto porozmawiać z synem. W końcu kot też ma swoje prawa. ;-)
OdpowiedzUsuńMuszę się na to zebrać i powalczyć o dobrostan kota. Ale to po świętach.
UsuńCo to za zajęcia aktywizacyjne, możesz napisać coś więcej?
OdpowiedzUsuńJa bym wzięła syna na kawę I pogadała od serca. Faceci pewnych rzeczy nie czują, trzeba kawę na ławę.
Rio zazdroszczę, szkoda że tak mało napisałaś
Różnego rodzaju warsztatowe zajęcia dla kobiet organizowane w ramach projektu unijnego. Zaliczyłam już szeroko mówiąc plastyczne, florystyczne, muzyczne, relaksacyjne, psychologiczne, kultywujące tradycje lokalne 😉 to takie cykle po kilka zajęć w jednym module. Bardzo fajna sprawa.
Usuńdoczytałam
OdpowiedzUsuńDziękuję, że Ci się chciało 😀
OdpowiedzUsuńNo właśnie, dziękuję, że Ci się chciało. Zawsze z niecierpliwością czekam na Twoje relacje
OdpowiedzUsuń