Znalezione gdzieś w necie, zmodyfikowane nieco... ale tak bardzo prawdziwe, tak bardzo o mnie, że chcę to sobie zatrzymać. Minęło nieco ponad dwa i pół roku od dnia gdy zmieniło się moje życie.
Brak bliskiej osoby nie mierzy się dniami, miesiącami ani latami. Czuje się go w ciszy, w pustych miejscach, we wspomnieniach, które wracają nagle, bez ostrzeżenia. Czasem jest w tęsknocie za objęciami, których już nie będzie, w potrzebie, by coś opowiedzieć, podzielić się wrażeniami, wysłać zdjęcie, … i w świadomości, że nie ma już komu. Stracić kogoś to jak żyć z pęknięciem w duszy, próbując odnaleźć się w świecie, gdzie życie toczy się dalej, jakby nic się nie wydarzyło. A SzM żyje w wielu naszych wspólnych historiach, w każdym słowie, w każdym śladzie, jaki we mnie zostawił. Nie ma go już obok fizycznie, już nie czuję jego obecności za plecami, tuż obok...
Chyba nauczyłam się już żyć solo i wydaje się że jest ok, a jednak nie tak całkiem.
....przytulam Cię mocno:) Tereska
OdpowiedzUsuń